Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS

okruchy

czwartek, 21 lipca 2011

 

Stoję na balkonie i patrzę jak świat się rozpada. Czarne jak w nocy niebo rozdziera błysk za błyskiem, w uszach huk i deszcz na twarzy. A potem spokój, spokój myśli i słów na kilka dni, godzin, choćby minut. Gdybym miała narysować początek, wybrałabym burzę. Od burzy wszystko się zaczyna. Mgła oplatająca ciasno umysł znika i jestem sobą, tą zapomnianą, zagrzebaną gdzieś głęboko i uśpioną w snach, z których nie ma już wyjścia. Tą, która ma marzenia, lubi się śmiać i czuje, po prostu czuje. Potrafi latać i nigdy nie wątpi. 

Stoję na balkonie i zbieram pokruszone pelargonie. Może kiedyś, może znów, cicho szepcze wiatr.

 

...........................................................................................................................

Ponieważ moje nastroje ostatnio (coś długie to "ostatnio") oscylują gdzieś między ogólnym zniechęceniem a przygnębieniem iście nieprzystającym do tej jakże przecież przyjemnej i lekkiej pory roku, trochę odcięłam się od słów. Ile można używać wciąż tych samych, szarych i znużonych, przepełnionych melancholią, od której nie mogę się uwolnić? W pewnym momencie słowa przestają pomagać, a wręcz przeciwnie, potęgują smutek i wciągają w siebie, głębiej i głębiej, tak że nie rozróżniam już co było autentycznym odczuciem, a co balastem nieudolnie użytych fraz. Trochę się pokłóciliśmy, słowa i ja.

Ale one są cierpliwe. Czekają. Ja też poczekam, szukając nowych, szukając swoich, szukając tych właściwych - a póki co, sięgnę po te cudze. Nie umiem długo się gniewać na słowa. 

 

19:01, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 21 lutego 2011

 

Na schodach potykamy się o siebie

Ty w górę, ja w dół

Na schodach potykamy się o siebie

Bo ta zabawa taka jest

(Pustki, Ty w górę, ja w dół)

 

- Cóż tam na tej twojej filologii? – Pan Hrabia uśmiecha się kącikiem ust. „Filologia” w jego wydaniu jest zawsze odpowiednio zaakcentowana, zdeprecjonowana samą intonacją; jak nikt wymawia ją z hektolitrami pobłażania w głosie, jakby była kaprysem małego dziecka, czymś totalnie infantylnym i niepoważnym. W filologii wymykającej się z jego ust pobrzmiewa poczucie wyższości (poczuj się zaszczycona, że rozmawiam z kimś z filologii, przecież to jakiś trzeci świat, drugi sort, zrzut ludzi bez perspektyw i pomysłu na siebie – zdaje się mówić), lekceważenie (tak, dziewczynko, baw się dalej w czytanie wierszyków i stawianie przecinków, to takie potrzebne światu) i kpiny. Tak, Pan Hrabia zdecydowanie bywa irytujący. Drażni mnie. Najbardziej irytujące jest jednak to, że on chyba nie zdaje sobie sprawy z pogardy pobrzmiewającej w jego głosie i byłby szczerze zdziwiony, gdyby go o to posądzić, ale taka już jest hrabiowska natura. I tak go lubię, mimo jego filologii i kpiących spojrzeń. Bo, pomijając denerwujący chwilami styl bycia, Pan Hrabia jest wyjątkowo charyzmatyczną osobą i ma niezwykle urzekającą mimikę. Kiedy uśmiecha się zaraźliwie, wzdycha przewracając oczami i komicznie porusza symetrycznymi łukami brwi, od razu zapominam o irytacji. Kiedy dziesięć lat temu spotkałam go pierwszy raz, był dokładnie taki sam, tylko trochę niższy i bez zarostu. Przyciągający magnetycznym uśmiechem i jednocześnie stawiający mur dystansu nie do przekroczenia. Zawsze intrygowało mnie co jest za tym murem, pod tą wzgardliwą pobłażliwością, pod warstwami ironicznych komentarzy i kpiących spojrzeń, ale lęk przed upadkiem zawsze powstrzymywał mnie przed skakaniem. Dość już stłuczeń i kontuzji.

Nie znam go zbyt dobrze, a nasza znajomość opiera się - i właściwie zawsze opierała – na krótkich wymianach zdań podczas przypadkowych spotkań. I te właśnie przypadkowe spotkania czasem nie dają mi spokoju. Zastanawiam się, czy to moje myśli przywołują jego, czy to on, niczym magnes, przywołuje je do siebie. Zaklinował się gdzieś w mojej podświadomości i sama nie wiem czemu nie mogę go z niej usunąć, nigdy do końca. Nie myślę o nim zbyt często, ale wciąż niezmiennie od tych dziesięciu lat. Powraca falami i znika. Nic mnie nie obchodzi, nie ma żadnego znaczenia przez kilka miesięcy i nagle, niespodziewanie, jakaś myśl wyskakuje znienacka. Co u Hrabiego. I wychodzę z domu albo wracam z zajęć, wsiadam do pierwszego lepszego tramwaju i zaraz słyszę znajomy głos zza pleców:

- I cóż tam na tej twojej filologii?

 

19:23, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (9) »
piątek, 18 lutego 2011

 

W ramach mojego „powrotu do regularnego czytania” postanowiłam uzupełnić wreszcie półki o książki, które od dawna (lub niedawna) planuję przeczytać bądź po prostu (te już kiedyś przeczytane i ulubione) chcę mieć na wyciągnięcie ręki. Najpierw musiałam co prawda kupić dodatkowy regał (bo dwie szafki w pokoju od dawna już stoją wypełnione książkami), więc Ikea się przydała. Rach-ciach i złożony wysoki, czarny regał prezentuje się całkiem elegancko. Półki zapełniają się szybko, dziś wzbogacone o kilka kolejnych pozycji – których zakupienie nie odbyło się co prawda bez drobnych problemów. Otóż, zamówiłam je sobie przez Internet, a żeby zaoszczędzić na kosztach wysyłki, zaznaczyłam odbiór osobisty w księgarni. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że dotarcie na miejsce graniczyło z cudem, ale przynajmniej miałam trochę zabawy i czułam się jak bohaterka Dreamfall czy innej przygodówki. Kierując się za podanym adresem i wskazówkami googlemaps dotarłam w postindustrialne rejony Księżego Młyna, rzędy starych, opuszczonych baraków, zanurzonych w wieczornej mgle, przy świetle przygasających latarni wyglądały dość niepokojąco. A w okolicy żadnego człowieka, aż dreszcze przemknęły po plecach. Błąkając się przez chwilę między niskimi budynkami w końcu znalazłam właściwy adres, tyle że tabliczka wskazywała inną nazwę. Weszłam jednak po schodach na górę i przeszłam pustym korytarzem. Zza uchylonych drzwi wynurzała się smuga światła, zapukałam więc i weszłam do środka, żeby zapytać o drogę. W pokoju nie było nikogo, jedynie komputer pracował cicho a jarzeniówka na suficie mrugała nieregularnie, jakby za chwilę chciała zgasnąć. Poczułam się trochę nieswojo, nierealnie, jakby to był jeden z tych moich dziwnych snów. Zbiegłam na dół. Obchodząc budynek naokoło, od strony podwórza, znalazłam niskie schodki przeciwpożarowe, które zaprowadziły mnie do magazynów. Naciskając klamkę miałam głupie uczucie, że w środku czeka na mnie horda wygłodniałych ghuli, ale jeśli to były ghule, to sprawiały wrażenie całkiem cywilizowanych i najedzonych. Na szczęście. Sprzedały mi książki, wszystko się zgadzało, i wyszłam. Odprowadzało mnie długie spojrzenie kota, stojącego na odrapanym murku.

 

A o to moje łupy wydarte z ghulowych szponów:

 

 

A skoro już się chwalę stosikami, to jeszcze jeden, tych oczekujących na przeczytanie w pierwszej kolejności:

 

19:32, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (5) »
niedziela, 13 lutego 2011

 

Żyję. I wracam, mam nadzieję, że już z regularną częstotliwością. Sesja w tym semestrze była wyjątkowo długa i parszywa, ale wreszcie została zwyciężona i mogę odetchnąć oraz nadrobić wszelkie zaległości, również te zapiskowe. W ogóle, miałam mały kryzys. Nie, nie emocjonalny tym razem (bo ile można? Nawet ja mam swoje granice!), tylko związany ze studiami. To trochę śmieszne, ale uznałam ostatnio, że wybrany kierunek jest pomyłką. Życiową. Głupio tak, na czwartym roku dojść do takiego wniosku, ale cóż. Za późno na zmiany, zresztą po serii piątek w indeksie trochę moja wściekłość (na siebie i idiotyczne przedmioty, i jeszcze bardziej idiotycznych wykładowców) ochłonęła i mruknęła pod nosem, że w sumie nie jest tak źle. I nie ma co żałować, że nie poszłam na medycynę (jak kiedyś, dawno temu, chciałam), bo czasu nie cofnę. Bo dużo trzeba by cofnąć. Właściwie wszystko zależało od mojej decyzji w gimnazjum, od decyzji o wyborze profilu klasy w LO. Jako czternastolatka musiałam decydować o swojej przyszłości, a jako czternastolatka byłam taka sama jak teraz, tylko jeszcze bardziej niezdecydowana (czy to w ogóle możliwe?). No i wybrałam, nie wiem czy źle, tydzień temu bluzgając nad teorią literatury, Bergsonem i fenomenologią myślałam, że tak. Teraz tylko zastanawiam się i gdybam (nigdy nie uwolnię się od co-by-było-gdyby), jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie posłuchała brata (medycyna? E, ty bardziej na jakieś ASP pasujesz), rodziców (jesteś pewna, że poradziłabyś sobie na tych ciężkich i wyczerpujących studiach?) i polonistek, które zawsze zachwycały się moimi wypracowaniami i wysyłały mnie na konkursy czy olimpiady. Jaką byłabym teraz osobą i jakie popełniłabym błędy? Czy byłabym szczęśliwa? A może przeklinałabym swój wybór lub zrezygnowała znacznie wcześniej? Cobybyłogdyby, nieuleczalny wirus.

Z jednym tylko pogodzić się nie mogę. I nie zamierzam, bo na to akurat mam wpływ. Bo wiecie, paradoksalnie, ale studia filologiczne wyssały ze mnie pasję czytania. Kiedyś pochłaniam codziennie książki, sięgałam po nie z autentycznym entuzjazmem, czytałam dla siebie i dla przyjemności. Na studiach przestałam czytać. Oczywiście, niedosłownie, przeczytałam mnóstwo książek na zajęcia i egzaminy, ale bardzo niewiele dla siebie. Czytanie stało się zautomatyzowane, jakieś takie bezduszne i bezrefleksyjne. Uciekła gdzieś radość z lektury, z odkrywania fikcyjnych światów. Zostały tylko metody i szkoły, chwyty literackie i formalne rozwiązania. Kiedy w semestrze masz (obok mnóstwa innych zajęć) trzy epoki literackie i na każdą do przeczytania kilkadziesiąt książek, nie czujesz ich. Czytasz, bo musisz. Nie dlatego, że chcesz. Nie delektujesz się misternymi rozwiązaniami ani zaskakującą treścią, bo nie tego od ciebie wymagają. Nikt nie zapyta cię co czułaś, co ci się podobało, tylko co to znaczy i jak jest wyrażone. Zapyta cię o mnóstwo szczegółów i detali, ale nie o emocje, które lektura wywołała. I w końcu zapominasz o emocjach, jak robot zaprogramowany do szybkiego czytania. Więcej rozumiesz, ale mniej czujesz. Filologia.

A może to po prostu moja wina, może przestawiając się na to inne, „głębsze”, bardziej analityczne czytanie, gdzieś zgubiłam pierwiastek spontaniczności i zwykłego smakowania literatury. Stało się, trudno, ale nie musi tak przecież być dalej. Znowu zaczęłam więcej czytać dla siebie. Czuć książki. Odbierać je emocjonalnie, nie tylko intelektualnie. I wiecie, lepiej mi z tym. Dużo lepiej. To jak powrót do starych przyjaciół, o których na trochę się zapomniało, ale oni nigdy nie zapomnieli o tobie i wszystko można naprawić.

Czytam więc. Jeśli się uda, będę pisać w pewnym książkowym magazynie. I założyłam sobie konto na sympatycznym portalu http://lubimyczytac.pl/, który pozwala utrzymywać porządek w wirtualnej biblioteczce.

I mam jeszcze jeden plan. Noworoczne postanowienie, które zależy tylko ode mnie. I mam nadzieję, że nie zabraknie mi entuzjazmu, energii i dalej będzie mi się chciało chcieć. I że się uda. Co? Jak się uda, na pewno napiszę. Dość cobybyłogdyby. Trzeba działać. Trzymajcie kciuki.

 

19:52, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (10) »
środa, 13 października 2010

 

Jednak operacja. Leki nie chcą pomóc, więc nie ma wyjścia i w listopadzie moje jajniki będą maltretowane laparoskopią. Nie powiem, żebym skakała z radości. Wiem, że to jest konieczne, że czekanie przyniosłoby prawdopodobnie tylko zmiany na gorsze – ale się boję. Samej operacji, ale też tego wszystkiego, hospitalizacji i mnóstwa absurdalnych szczegółów. Ja po prostu czuję irracjonalny lęk przed samymi szpitalami. Boję się, że właściwie nie wiem, co i jak, boję się, że zostaną mi blizny i szlag trafi mój ładny brzuch (już mi wystarczy jedna pod ramieniem, miała być „niewidoczna” a jest wielka jak cholera), boję się tych wszystkich pielęgniarek i szpitalnej atmosfery, która spycha mnie w depresyjny dół, boję się, że coś pójdzie nie tak i wytną mi cały jajnik albo rozpieprzą coś innego, boję się narkozy (że się obudzę podczas zabiegu, że będę czuła bez możliwości reagowania albo że się w ogóle potem nie obudzę), boję się tego, że będę tam szła całkiem sama i nikt mi nawet mi nie powie, że te wszystkie strachy są idiotyczne i nie ma czego się bać. Nie powie, bo przecież ja jestem taka niby twarda (haha) i nawet nikomu nie powiedziałam. Bo ja każde jak się czujesz/co słychać kwituję spokojnym „wszystko jest okay”. Ale nie jest, kurwa, nie jest. Niedobrze mi od bólu, niedobrze mi od strachu i niedobrze mi od własnej słabości. Wszystko potęguje fakt, że myślenie o tym przywołuje inne, wcale nie lepsze wspomnienia i cofa pamięć do tego cholernego majowego dnia, który przecież miał wyglądać zupełnie inaczej. Ale nie wyglądał. 

Myśli powoli cofają się jeszcze dalej, pociąg wstecz do zapomnianych krain. Psychologowie nadaliby pewnie temu jakąś etykietkę, forma wyparcia, represja czy coś w tym stylu. Nigdy o tym nie mówiłam, rzadko o tym myślałam. Jedenaście lat i najdłuższy tydzień w życiu w szpitalu chorób zakaźnych. Wtedy chyba pierwszy raz poczułam tę okropną samotność i strach, który później towarzyszył mi przez wszystkie dni. Pamiętam, że wtedy zamknęłam się w świecie swoich snów i marzeń, a odcięłam od tego rzeczywistego. Tam było tak nierealnie, leżałam otępiała po lekach i mogłam tylko wędrować po krainach w mojej głowie, który były barwniejsze niż białe ściany korytarzy, w których nie było pielęgniarek wyzywających od kurw dziewięcioletnią dziewczynkę, bo zbiła termometr, nie było tego okropnego „jedzenia” (pasta z psa na zmianę z nóżkami w galarecie i kotlet-podeszwa z buta, nic tam nie jadłam i wyszłam jeszcze chudsza niż byłam). Nie było pobudek o szóstej rano na mierzenie temperatury i codziennych popłuczyn. Nienawidziłam popłuczyn. Pamiętam, że szło się długim, ciemnym korytarzem ze szklanką wody parzącą dłonie. Była tak gorąca, że w drodze do łazienki musiałam przystawać dwa razy i stawiać ją na chwilę na podłodze. W łazience trzeba było wymiotować, na posiew. Nigdy nie umiałam tak na zawołanie, więc pielęgniarka wpychała mi na siłę do gardła plastikową rurkę, wyzywając mnie przy okazji od dziwadeł (bo jak to tak, nie potrafić rzygać na zamówienie? To na pewno jej na złość tak). Nigdy nie lubiłam pielęgniarek.

Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Pamiętam, że coś tam się we mnie zmieniło, ale było kilka aspektów, które pozwoliły przetrwać i nawet, w jakiś dziwny sposób, pomogły uczynić pobyt tam nieco bardziej znośnym. Codziennie odwiedzali mnie rodzice, siedzieliśmy przy małych kwadratowych stolikach w pokoju odwiedzin. Przynosili ze sobą normalność, pozwalali utrzymać się w rzeczywistości. Raz przywieźli też ze sobą sporą maskotkę, pluszowego łosia. Mam go do dzisiaj. Niezapomniane, niezwykle były też wschody słońca, które obudziły we mnie pragnienie piękna. W pokoju nie było zasłonek, nie potrafiłam tam spać, mogłam więc całą noc obserwować niebo. Od granatu wieczoru przez rodzącą się purpurę, nad rankiem łagodzoną przez złote przebłyski. Wtedy pokochałam chmury. Była jeszcze trzecia kwestia, bez której byłoby niewyobrażalnie ciężej to znieść. Pamiętam, że kiedy zamknęły się za mną drzwi pokoju, do którego mnie przydzielono, stałam tam, chuda i drżąca z plecakiem w zimnych dłoniach. Rozpaczliwie rozejrzałam się po sali. Na łóżku po prawej stronie przy drzwiach siedziała Wariatka. Miała ciemne, krótko ścięte włosy i przenikliwy wzrok. Była nieobliczalna, od śmiechu przechodząc w dziwne milczenie. Trzymała się razem z młodszą dziewczynką. Pamiętam, że wzbudzały we mnie jakiś niepokój i obrzydzenie, gdy Wariatka wyskubywała jej chudymi dłońmi pchły z włosów (czystość w szpitalach to najwyraźniej mit). Dalej siedziała Gruba Gośka. Miała donośny śmiech i tłuste uda. Nocą przychodził do niej pryszczaty, brzydki chłopak z końca korytarza, ich jęków i stęków długo nie mogłam wyrzucić z pamięci, prześladowały mnie w tych dziwnych, śliskich snach. Na szczęście było jeszcze jedno łóżko, po lewej stronie, za moim. A na nim szatynka z niezwykłymi, kocimi zielonymi oczami, w których pobłyskiwały złote iskierki. Miała bladą skórę, kontrastującą z czarnymi sztruksami, czarnym podkoszulkiem i długimi, ciemno pomalowanymi paznokciami. Cała była obwieszona wisiorkami i rzemykami a w uszach miała mnóstwo kolczyków. Marta. Od razu, kiedy tylko tam weszłam, poczułam z nią jakąś dziwną nić porozumienia, zresztą, gdyby nie ona, nie wiem, czy bym tam wytrzymała, ja chyba też w jakiś tam sposób przynosiłam jej ulgę. Była sporo starsza, chodziła wtedy do trzeciej klasy LO, ale dobrze nam się rozmawiało. Albo wspólnie milczało. Zawsze trzymałyśmy się razem, we dwie, na stołówce siadając w rogu sali i śmiejąc się z tamtejszych „przysmaków”, w łazience pilnowałyśmy sobie ręczników. Czasem sadzałam jej pluszową maskotkę na kolanach, a ona mi coś rysowała (przepięknie jej to wychodziło), a czasem po prostu słuchałyśmy muzyki z słuchawek. Podziwiałam ją. Nigdy nikt nie był dla mnie autorytetem, a ona, spokojna, małomówna z tym delikatnym uśmiechem skrywającym pokłady energii i siły, ona była. Kochałam ją. Tak jak tylko dzieci kochać potrafią, takim prostym, niewymagającym, bezkresnym i nieżądającym niczego w zamian uczuciem. Lubiłam myśleć, że gdyby moja siostra żyła, gdyby miała szansę dorosnąć, byłaby właśnie taka. Delikatna, tak bardzo delikatna, a przy tym tak silna. Wróciła raz z bronchoskopii, cała wycieńczona i przeraźliwie blada. Nie miała siły się ubrać, pomagałam jej zakładać bieliznę i bluzkę, a ona wymykała mi się z rąk, skrajnie wyczerpana. Ale to ja byłam bardziej przerażona od niej. Ona uśmiechnęła się słabo, ale z niezwykłą siłą i mówiła, że nie ma się czego bać, a to minie i wszystko będzie dobrze.

 

Po wyjściu ze szpitala nie spotkałam jej już nigdy więcej, czasem jednak, gdy widzę młodą kobietę obwieszoną kolczykami i ze złotymi iskierkami w zielonych, kocich oczach, myślę sobie, że

 

Marta, może ma na imię Marta.

 

23:41, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 13 września 2010

 

I najbardziej wkurza, że ja przecież wiem, że to są bzdury, które nigdy nie miały znaczenia. Że przecież zdawałam sobie sprawę z tego wszystkiego, ale to nie było ważne. Że teraz tylko szukam w tym oparcia, bo nie chcę znowu się przewrócić. Wkurza, że musiałam zerwać kontakt z kilkoma znajomymi, bo to przecież byli przede wszystkim jego znajomi. Wkurza, że omijam szerokim łukiem jego pracę, żeby tylko na niego nie trafić. I wkurza, że pamiętam o jego urodzinach, choć ja przecież nigdy nie pamiętam żadnych takich dat.

 

Tak sobie mówię. I wkurza mnie powtarzane jak mantra co dzień. Wmawiam to sobie, próbując zbrzydzić sobie jego osobę, bo wolę czuć złość niż żal. Bo może tak będzie łatwiej. Bo może w ten sposób wreszcie wyrzucę to z siebie tak ostatecznie, do końca. Żeby nie zostało nic. I choćbym musiała zdeptać wszystkie te dobre wspomnienia, to tak będzie lepiej dla mnie. Nie chce dłużej deptać siebie. Wkurza, że wciąż jestem za słaba i wystarczyłoby jedno spojrzenie jego za małych oczu, żebym poszła na dno. To takie śmieszne, do jakiego stanu potrafi doprowadzić jeden człowiek, to śmieszne, że albo nie zależy mi wcale albo zależy za bardzo. I wiem, że choć pogrzebałam to tak głęboko w sobie, jak tylko byłam w stanie, to w każdej chwili może nikczemnie wypełznąć ze swojego grobu i zacisnąć śliską, lodowatą dłoń na moim gardle. Wiem, że wystarczyłoby jedno słowo wypowiedziane tym niskim, znudzonym głosem. Jedno słowo i znowu, jak te kilka miesięcy temu, znalazłabym się na podłodze w łazience, zastanawiając się jak będzie łatwiej. To takie śmieszne, jak prosto jest kłamać, uśmiechać się i błyskawicznie pozbawiać oczy łez. Powinni dać mi Oscara za tę rolę, ale w sequelu nie chcę już grać. Nigdy.

Ja bym tylko chciała, żeby tego nie było. Żeby zniknął, pękł jak bańka mydlana. Żeby jego już nigdy nie było. Dziś i jutro. A najbardziej wczoraj. Ja bym tylko chciała zapomnieć. Zapomnieć o zapominaniu. Zapomnieć, że zapomniałam. I nigdy już nie tęsknić.

 

 

Mała przerwa na reklamy: otóż, proszę państwa, zakochałam się. Absolutnie i ogromnie. W fanfiku. Żeby było śmieszniej, w fanfiku HP (a myślałam, po tych katastrofach czytanych na RO, że nigdy mi się żaden nie spodoba). Dwubiegunowa na pewno wie, czym się właśnie zachwycam, a resztę zapraszam tu. Nawet jeśli ktoś za Harrym nie przepada (jak ja), to warto. Pottera właściwie nie ma (i całe szczęście, bo przez niego nie miałam cierpliwości przeczytać wszystkich części oryginału), jest za to idealnie poprowadzony, uwiarygodniony i fascynujący Voldemort. Tylko ostrzegam, wciąga. (Aż nawet odwołałam spotkanie dziś, żeby skończyć czytać, cóż poradzę, że Czarny Pan bardziej działa na moją wyobraźnię niż Zawsze-I-Wszędzie-Uprzejmy kolega D.)

 

I naszła mnie chęć żeby znowu coś pisać. Tylko, cholera, ja nie mam cierpliwości do fabuły i wątków pobocznych. Pewnie jak zawsze wyszłoby zbyt, hm, monotematycznie.

No tak, nie powinno mnie to dziwić, nie kiedy w dzieciństwie prawie uczyłam się składać literki na Markizie de Sade. To ja może jednak nie będę niczego pisać. Lepiej nie.

 

13:56, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 września 2010

 

Pod jednym przynajmniej względem idealnie wpisuję się w rolę stereotypowej kobiety. Mianowicie, uwielbiam zakupy. Nawet jeśli niczego nie kupuję, lubię chodzić po sklepach (chyba że akurat szukam czegoś konkretnego, a tego czegoś nigdzie nie ma – wtedy jestem poirytowana wyjątkowo i lepiej w drogę mi nie wchodzić). Godzinami. Oczywiście nie mam na myśli supermarketów i pogoni za żółtym serem (i tak niezmiennie kupuję edamer, mięciutki, lekko słodki i z dziurami – kwintesencja żółtoserowatości), tudzież sałatą – ale przede wszystkim sklepy z książkami, filmami i ubraniami. Pół dnia mogę przerzucać płyty w poszukiwaniu czegoś ciekawego czy przymierzać ciuchy (gorzej, że zawsze jestem niezdecydowana i drugie pół dnia schodzi mi na zastanawianiu się co wybrać, a to już takie fajne nie jest). Uwielbiam kupować bieliznę – nie wiem co prawda po cholerę mi kolejny koronkowy komplet, ale jakoś nigdy nie mogę im się oprzeć. (Ach ta moja słaba wola. Jak ja ją lubię.) Najchętniej jednak chodzę do sklepów z wyposażeniem wnętrz. Cały dzień mogę przechadzać się długimi korytarzami IKEI, Leroy Merlin czy Home&You (no, w tym ostatnim długich korytarzy może nie ma, ale za to mnóstwo przepięknych drobiazgów – jak najbardziej). Nawet jeśli niczego nie kupuję (mhm, to raczej rzadko się zdarza), to dziką przyjemność sprawia mi oglądanie tych wszystkich mebli, zasłonek, paneli, śrubek, kompletów naczyń, kieliszków, wazonów, poduszek, ramek, luster, obrazów, świec, kadzidełek, pachnidełek i pudełeczek. Zawsze w myślach projektuję sobie wnętrze mojego przyszłego domu, z każdym drobiazgiem i detalem. Wiecie, takiego wymarzonego domu, ze snów. Niewielkiego, ale przytulnego, z kominkiem, mnóstwem książek i niezwykłą atmosferą. I kotem. Kot musi być, nieważne, że mam alergię i by mnie wykończył, ale zawsze marzyłam o kocie, najlepiej z długą sierścią i puchatym ogonem. I żeby jeszcze morze za oknem było. Albo chociaż niedaleko. W takim domu nie byłoby złych myśli, koszmary zostawałyby za progiem. W takim domu rozbrzmiewałby tylko śmiech i dźwięk gitary. I byłby On. Oparty o framugę drzwi, z tym swoim lekko kpiącym uśmiechem i wywołującym dreszcz spojrzeniem ciemnych oczu. Mój Diabeł. Może tylko nieco bardziej rzeczywisty.

Tak, kiedyś będę miała taki dom.

 

 

W czasie remontu natknęłam się na swoje stare pamiętniki. Popijając gorące kakao, zaczęłam przeglądać te najstarsze, z podstawówki. Uśmiech wywołał nieposkromiony potok bzdurek, które kiedyś namiętnie tam wypisywałam, nie żałując słów i kolejnych kartek. Opisy kłótni z koleżankami, pierwszych miłości, zielonych szkół i zepsutego skanera. Uśmiech zmienił się w lekkie zażenowanie, gdy czytałam „wiersze”, które kiedyś tworzyłam (dobrze, że już ich nie piszę, to była zdecydowanie dobra decyzja, oj tak. Wybaczyłabym sobie, gdybym te głupoty pisała w wieku lat siedmiu, ale nie dwunastu) i delikatny smutek, gdy znalazłam myśli niebezpiecznie bliskie do tych współczesnych. Uczucia, odczucia – te same co teraz. Tak bliskie, tylko gorzej wyrażone, niewprawionym jeszcze zupełnie piórem: „po co tak się spieszysz? po co tak wołasz? nie lepiej zamknąć się przed światem, przed tymi wszystkimi pytaniami? (...) nie pytaj mnie kim jestem, bo uśmiechnę się tylko bezradnie i nic ci nie powiem (...) ile można trwać? w nieskończoność? Najbardziej uwielbiam noce, wtedy mogę bezkarnie marzyć. Ale ile tak można żyć? ile? i po co? (...) chętnie bym z kimś pogadała. Nie mam z kim (...) i to mi dało do myślenia. Śmierć to pójście na łatwiznę. Życie jest ciężkie, ale trzeba mu podołać. Trzeba. (…) No i znowu łzy garną się do oczu zupełnie bez powodu… a może powód jest, ukryty zbyt głęboko w duszy? Może ja wcale nie jestem, może mnie wcale nie ma. Nie ma i nigdy nie będzie. Przejdę obok i nie zauważę sama siebie. Gdy odejdę w dal, nikt nawet nie obejrzy się za mną, nie poczuje, że czegoś brak. Może mnie nie ma i nigdy nie było.” Jedenastolatki nie powinny tak pisać. Nie powinny.

Zupełnie rozklejam się natomiast, gdy docieram do fragmentów o Bartku, koledze z klasy, może przyjacielu. Jeśli kiedykolwiek miałam przyjaciela – prawdziwego, nie tylko takiego z nazwy – to on nim był. Czytam kolejne strony i to wszystko jak żywe rysuje mi się przed oczami, przypominam sobie wszystkie zabawne sytuacje (walka na szczotki, ciągłe kłótnie na przerwach i bal, na który oczywiście się spóźnił), w pamięci ożywają zapomniane już dawno słowa. Chyba się we mnie podkochiwał trochę, a ja oczywiście tego nie zauważałam, tragicznie i beznadziejnie zakochana w obiekcie nieosiągalnym: niesamowicie wysokim brunecie o chmurnym spojrzeniu i wyrazistych brwiach (tak, to zawsze jest jakiś brunet łypiący okiem). Nie dostrzegałam, że mam obok siebie kogoś, na kim mogę zawsze polegać. Może trochę przez to, że do mnie wtedy trzeba było mówić wielkimi literami, a on był trudny w odbiorze. Często upierdliwy, niesamowicie bezczelny, szczery aż do bólu i wyjątkowo złośliwy. Jak on mnie denerwował. Jak on mnie potrafił rozbawić. Nieważne, jak bardzo byłabym smutna, zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, jak nikt inny. Mówił coś złośliwego, co wyprowadzało mnie z równowagi i irytowało. Wściekła zaczynałam na niego krzyczeć, by nagle ze śmiechem uświadomić sobie, że już nie jestem smutna.

Brakuje mi tych jego ironicznych uwag i kpiących spojrzeń. Chciałabym z nim pogadać, chciałabym, żeby tu teraz był. Ale on już nie przyjdzie przecież. Ja pójdę do niego, opowiem mu o kolejnych głupstwach, które zrobiłam i rzeczach, które powinnam, a których nie zrobiłam. Wytłumaczę się z milczenia i opowiem ten absurdalny żart, który zawsze nas śmieszył, choć żadne nie pamiętało już jego znaczenia. Położę drobny, kruchy kwiatek na zimnym granicie, nie lubił przecież przepychu. Zobaczysz, śmiał się kiedyś, dawno już będę zakąską dla robali, a ty nadal będziesz pamiętać.

Zawsze musiał mieć rację.

 

Patrzenie na samoloty uspokaja. W locie jest wszystko, czysta doskonałość. Zawsze chciałam być ptakiem.

(fot. własne)

 

17:42, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (4) »
środa, 21 lipca 2010

 

Elegancka starsza pani, zaczepiająca mnie na przystanku, opowiada historię swojego życia. Mówi o wojnie, o polityce, o nienawiści, o świecie, który dla niej umarł i przestał istnieć dawno temu. Trochę szalona, momentami opowiada brednie, mieszając fakty i tworząc sprzeczną całość. I taka przy tym jest samotna. Tak bardzo. Przepuszczam tramwaj i słucham. Słucham naprawdę. Tylko tyle mogę jej dać. Trochę swojego czasu. Tylko tyle. Śmieszy mnie trochę to, co mówi, ale jednocześnie coś ściska mnie od wewnątrz. Dziwnie się czuję, kiedy ze łzami w oczach żegna mnie i życzy szczęścia. Taka samotna. Zawsze znajdę dla nich czas, nie wiem czy jakoś podświadomie to wyczuwają, ale ile ja już słyszałam takich historii. Ile smutnych spowiedzi, ile w nich gniewu, wciąż żywej urazy i zwykłych ludzkich emocji. Ile przy tym czasem zagubienia, życzliwości i zwykłej chęci uśmiechnięcia się do kogoś. Do kogokolwiek - kto tylko wysłucha. Kto da im te kilka chwil, może jednych z ich ostatnich. Kto. Też taka będę za 60 lat? Czy w ogóle będę.

Nie myśleć. Spotkanie z P. pomaga, jak zawsze. Przy niektórych ludziach ten dziwny, dławiący strach znika i mogę być po prostu sobą. Tą częścią siebie, która wiele się śmieje, patrzy prosto w oczy i za którą oglądasz się na ulicy. Ładny kolor sukienki ktoś zawołał, ktoś się uśmiecha. Może napijemy się razem? czasem to wszystko jest takie proste. Może zbyt. Później wraca reszta mnie i nie ma już prostych spraw. Są tylko niemożliwe odpowiedzi na pytania, których nawet nie umiem sformułować. Wcześniej jednak, zanim wrócę cała ja, rozmawiam z P. Kiedy komuś opowiadam całą tę historię, wydaje się taka śmieszna, banalna. Żałosna i niegodna tylu myśli i słów. Znika cały dramatyzm. A kiedy P. pyta mnie czy ty jeszcze...? nie umiem odpowiedzieć. Nie wiem. Wszystko jest takie dziwne. Niejasne. Uświadamiam sobie, że w tym samym miejscu, przy stoliku obok, byłam z nim na ostatnim normalnym spotkaniu. Kiedy zaśmiewaliśmy się z jakichś niesamowitych głupot, kiedy opowiadaliśmy sobie o przeszłości, lęku i braku zaufania, który ciężko odbudować, o dawnych sprawach. Kiedy, jak mi się wtedy wydawało, miały przyjść nowe, tym razem te nasze. Kiedy podszedł do mnie ten śmieszny niski facet, którego twarz pamiętam jak przez mgłę, i mówił mi "jaki ten pani facet ma szczęście, jak ja mu zazdroszczę” a ja się tylko śmiałam. Kiedy jeszcze dużo się śmiałam. Kiedy chciałam zatrzymać czas i tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć w te jedyne oczy. Kiedy kroki zgubiły rytm, a on zakładał mi kurtkę. Kiedy trzymał mnie mocno za rękę, a usta miał takie ciepłe.

A później przyszły dni, których do dzisiaj nie rozumiem. I pewnie nigdy już nie zrozumiem. Może już nie warto. Choć "ja nie mam sobie nic do zarzucenia" boli wciąż i boleć będzie jeszcze długo.

 

23:44, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (4) »
wtorek, 22 czerwca 2010


Moje (nie)zdecydowanie mnie poraża. Nigdy nie wiem, czego chcę. Nie wiem, po co żyję, nie wiem, jaki mam cel w życiu, nie wiem co chcę robić za pięć lat. Nie wiem, co czuję i czy kogoś lubię, czy tak naprawdę wcale nie. Nie jestem zdolna do podejmowania decyzji. Zawsze pytam: a jak ty wolisz? Nie dlatego, że obchodzi mnie jakiś "ty". Pytam, bo nie wiem czego ja chcę. Czas to zmienić.
Bo nie umiem nawet zdecydować się jakie chcę zdjęcia. Byłam wczoraj u fotografa po fotografie do dyplomu. Zrobił chyba z osiem. Pokazuje mi je potem i pyta, z których robić odbitki. Oglądam trzy razy. I nie mogę się zdecydować. Nieważne, że wszystkie wyglądają prawie tak samo. Ja nie wiem.
Może trzecie? Albo nie, piąte.
Czyli piąte, tak?
Drugie jednak.
I tak w kółko. Jedyne czego byłam pewna, to to, że chcę kolorowe. Ostatnio miałam zawsze czarno-białe, więc mówię, że na pewno kolorowe. Dumna z siebie, że raz bez wahania podjęłam jakąś „decyzję”.
Przychodzę dzisiaj. Pan uśmiecha się na wejściu i wita mnie słowami: Pani była taka niezdecydowana, więc na wszelki wypadek zrobiłem też czarno-białe.
No i szlag. Znowu nie wiem. Kolorowe. Nie, jednak czarno-białe. Kolorowe? Pan się śmieje, on nie doradzi, oba mu się podobają.


W końcu decyduję się na czarno-białe. Kolorowe dostaję gratis.

16:00, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 08 lutego 2010

 

Piszę, bo lubię. Bo to pomaga uporządkować myśli. Bo to koi. Jeśli przy okazji komuś spodoba się to, co napisałam, jest mi z tego powodu niezmiernie miło; jeśli kogoś zainspiruję do stworzenia własnej notki – cieszę się. Złodziejstwa jednak nie trawię.

Przez przypadek trafiłam na blog, gdzie jakaś dziewczyna skopiowała CAŁE moje notki, zmieniając co najwyżej szczegóły (ja pisałam o zielonych oczach, ona o niebieskich, ja pisałam, że coś było na jesieni – ona, że w zimę. Oprócz tego dodawała gdzie się da wielokropki, zniekształcając wymowę moich notek. Ja nie znoszę wielokropków. Są pretensjonalne i głupie.) Informacji o prawdziwym autorze oczywiście nie znalazłam. Po mojej interwencji, dziewczyna zachowała się w porządku i dodała odnośnik do mojej strony. I tak jest ok, proszę bardzo, podobają się jej moje teksty - cieszę się.

Jednak nauczona doświadczeniem sprawdzam co jakiś czas, nie chcąc, żeby sytuacja się powtórzyła. Zdaję sobie sprawę, że to trochę taka walka z wiatrakami, ale nie zamierzam odpuścić, nie pozwolę na kradzież mnie. I długo szukać nie muszę. Co piąta fraza z mojego bloga (zwłaszcza z nowszych notek), wrzucona w google, wyświetla się na innej stronie. Jestem w stanie przymknąć na to oko, jeśli są to pojedyncze zdania, głównie na fotoblogach albo blipach/opisach do gg itp. Milej by mi było, gdyby pojawiła się wzmianka o mnie, ale już bez przesady. Zwłaszcza, że te moje pojawiają się wśród innych tekstów z książek, piosenek i pewnie innych blogów. To już jakoś przeżyję.

Ale kradzieży i bezczelnego przerabiania całych tekstów nie zamierzam tolerować. Kolejny złodziej okazał się użytkownikiem bloxa. Niejaka marzea77nia ukradła mi dwa (przynajmniej tyle zauważyłam) teksty, podała za swoje (może myślała, że jak potnie moje notki i zrobi z tego quasi-wiersz, to nikt się nie zorientuje? Biedactwo).

Notka moja oryginalna:
Szeptem

I nędzny plagiat:
http://marzea77nia.blox.pl/2010/02/Glupia-Nieuleczalnie-chora-na-nadzieje-Nieodporna.html#ListaKomentarzy

Moja notka:
Śniło

I ukradziona:
http://marzea77nia.blox.pl/2010/01/Rzeczywistosc-zanika-Aja-cofam-sie-do-kiedys-Ty.html#ListaKomentarzy


Żałosne. Nawet mi jej trochę żal – widać nie potrafi napisać nic swojego, przykre. Ale nie zamierzam tego tolerować. To są moje słowa, moje myśli, moje uczucia. Tylko moje.


Coraz bliższa jestem myśli, żeby pożegnać się z tym blogiem lub (co bardziej prawdopodobne) zamknąć go szczelnie na kłódkę i klucze dać tylko tym, którym warto i którzy są tu po to, żeby czytać, odezwać się w komentarzach, a nie kraść cudzą własność.

12:18, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (17) »
 
1 , 2 , 3 , 4
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.