Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS

zwierciadła

wtorek, 20 września 2011

 

Ouch I have lost myself again

Lost myself and I am nowhere to be found,

Yeah I think that I might break

I've lost myself again and I feel unsafe

(Sia, Breathe me)

 

Od zawsze to były dwa światy. Ten zewnętrzny i ten drugi, tylko mój. Dwa światy dla mnie, dwa światy we mnie. I oba były prawdziwe. Potrafiłam zachować równowagę między jednym a drugim, mogłam żyć w obu i przełączać je kiedy tylko chciałam. Oba były wspaniałe. W dzień realność, w nocy magia, słońce ze znajomymi i księżyc pełen rozmów z tymi z drugiej strony siebie. Czasem światy nakładały się na siebie, fizycznie byłam w jednym miejscu, a myślami zupełnie gdzie indziej, z kim innym, odległa, nieobecna coraz bardziej i bardziej każdego dnia.

A potem zaczęłam uciekać. Kiedy realność zawiodła, pozostawała fikcja, tak kojąca i delikatna, tak piękna, nieograniczona niczym, kusząca bezpieczeństwem. Pozwalała zapomnieć, leczyła szeptem. I mogłam wrócić, by zacząć od nowa, jak zawsze, jeszcze raz. Później nagle świat się zatrzymał. Coś pękło, a ja zgubiłam drogę. Tak bardzo chciałabym wrócić do realności, ale nie potrafię. Coś blokuje mnie od środka, dusząc powietrzem. Mimo świadomości upływu czasu, kolejnych zmarnowanych dni i chwil, które zaprzepaściłam – nie potrafię się obudzić, oddychać, żyć. Świat pędzi, a ja stoję wciąż w tym samym punkcie co rok temu i nie jestem w stanie zrobić kroku, rozczarowana wszystkim, a najbardziej sobą. Tyle spraw było ważnych, wszystkie zmarnowałam. Tylu było ludzi przy mnie, wszystkich odtrąciłam. Spadanie, powolne spadanie przez dni, które nie ma końca. Skondensowana ja do głosów w głowie, których już nie umiem wyrazić i kilku uczuć, które dawno straciły sens. Błądzę gdzieś we mgle oplatającej ciasno myśli, zaklinowana między dwoma światami, niedostępnymi już teraz. Tak mało we mnie – mnie. Tak cicho. Wokół tylko pusty, nonsensowny strach. A potem długo, długo nic.

 

Be my friend

Hold me, wrap me up

Unfold me

I am small

I'm needy

Warm me up

And breathe me

 

środa, 27 kwietnia 2011

 

'Cause baby, you're a firework,

Come on show them what you're worth

Come on let your colors burst

(Katy Perry, Firework)

 

Bieganie jest trochę jak taniec. Pierwsze ruchy niepewne, niewprawne, powolne poszukiwanie rytmu w każdym kroku. Muzyka w słuchawkach dyktuje tempo, góra dół, stopa za stopą, raz dwa, pięty uderzające lekko o podłoże. I już go mam, rytm jest mój. Płynne, zsynchronizowane ruchy, ciało bawi się muzyką, płuca wypełnione powietrzem. Harmonia z samą sobą. Słońce łaskocze łydki, deszcz chłodzi policzki. I biegnę. Nieważne dokąd. Nieważne jak. Po prostu biegnę. Nie czuję bólu. Zmęczenie nie istnieje. Jest tylko bieg. Tylko ja. Nie ma ludzi. Świat znika. Jestem muzyką, własnym rytmem. Krok za krokiem. Nuta za nutą. Byle dalej. Uciec od smutku. Uciec od myśli. Zostawić w tyle wątpliwości. Biec szybko, aż do utraty tchu. Szybciej. Z całych sił. Gonić słońce, zanurzyć w wolności, schwytać radość. Nigdy nie przestawać. Krok za krokiem. Nuta za nutą.

Lubię biegać.

 

piątek, 18 marca 2011

 

I don’t lose, i don’t win

I don’t do well alone

Take my heart and break it

Take me out

I don’t want to stay here

i don’t wanna live half my life

and disappear

(Atomic Tom, Take me out)

 

Zbyt często mam wrażenie, że to nie mój czas. Nie moja rzeczywistość. Że zabłądziłam gdzieś tam po drodze i pomyliłam ścieżki. Wątpliwości powracają jak pijacka czkawka nad ranem i nie dają spać, otępiając umysł. Zgubiłam coś bardzo ważnego i nawet nie wiem, co to było i czemu tak mi tego brak. Nie umiem wrócić do samej siebie. Powtarzam się. Stoję w miejscu. Boję się, coraz bardziej się boję. Swoich myśli i snów. Braku wiary i zaufania, emocjonalnego wyjałowienia. Nie czuję nic. Zaprzeczam sobie, oplatając się iluzjami i okłamuję ludzi. Głównie siebie. Nie jest źle ani nie jest dobrze, jest całkiem nijako. Bez dramatów i euforii. Bez endorfin we krwi i ukradkowych łez. Może to dobrze, a może nie. Alkohol, znajomi czy praca to tylko półśrodki, złudzenia w kolorowych opakowaniach, na chwilę odwracające uwagę. Tak naprawdę nie zmieniają nic. Pewnych ran pewnie nie można zaleczyć, o pewnych rzeczach nie można zapomnieć. Nie dziś, jutro pewnie też nie. Kiedyś brzmi wyjątkowo cynicznie.

Stoję na skrzyżowaniu i jak sparaliżowana nie mogę się ruszyć, idiotyczne wrażenie, że wszystko porusza się w przyśpieszonym tempie, a ja zapauzowana czekam bez możliwości drgnięcia i mijam się z życiem. Jestem jakby poza ciałem, coraz bardziej obca samej sobie. Zgubiłam spontaniczność, jak robot wykonujący zapisane na dysku czynności, porzucona na scenie marionetka. Chwile kontaktu z rzeczywistością stają się coraz krótsze i uciekam myślami w jedyny bezpieczny świat, który znam, choć nawet resztki marzeń są wyblakłe i starte. Iluzję przykrywam iluzją i chowam się za kolejnym złudzeniem, a w rzeczywistości chyba już nie umiem ufać. Nie umiem wierzyć. I na nic już nie czekam.

Nie odbieram tak długo, że w końcu przestajesz dzwonić. Odpowiadam z takim przekonaniem, że nie jestem smutna, że uwierzysz bez problemu. I sama nie wiem czemu. Czemu nie potrafię na nowo wskoczyć w bieg życia, zostawiając strach za sobą. Zdezorientowana potrzebuję kogoś, kto by przyszedł i po prostu mną potrząsnął. Choć i tak pewnie nie otworzę mu drzwi. Czasem mam irracjonalną ochotę schować się do szafy albo pod łóżko, jak przerażone dziecko. Tyle że przed samą sobą się nie schowam, bojąc się przed strachem nie ucieknę. Śmieszy mnie moja żałosna bezradność i rutyna lęków, powracających jak zaprogramowane i na stałe wpisane w mój genom.

Czuję się jak pozbawiona uczuć kukiełka, to co było mną roztrzaskało się, rozpadło, zniknęło, zostało tylko marne echo, drżące rezonansem pustych ścian. Jestem jak Blaszany Drwal, który kiedyś był człowiekiem i pragnie znów czuć, jestem jak wilk stepowy z ranną łapą, który wpadł w sidła własnej samotności i jak pustelnik ukradkiem tęskniący za światem. Jestem, ale jakby nie do końca. Jestem, ale nigdy nie w pełni. Jestem, ale jakby mnie nie było. Potrzebuję światła. Idei. Emocji. Potrzebuję siebie z powrotem. Chcę być, chcę być naprawdę.

 

piątek, 26 listopada 2010

 

Nie ma już wielkich dramatów. Nie ma nocy przeszywanych bezgłośnym krzykiem ani łez zduszanych poduszką. Nie ma rozpaczliwych słów i nie ma balansowania na krawędzi. Jego w snach też już nie ma. W pamięci powoli zaciera się przysypany śniegiem. Głos spłynął ulicami w dół. Twarz pokrył lód. I spokój. Spokój jest.

Nie ma już we mnie chaosu. Prowizorycznie posklejana lepię sobą dni i nie odwracam się za siebie. O przyszłości wolę nie myśleć. Porządkuję swoją codzienność, układam wspomnienia na półkach i potrafię się z nimi zmierzyć. Potrafię o tym mówić i się z tego śmiać. A kiedy czasem zamykam oczy i to wraca, zapalam po prostu światło. I spokój. Spokój jest.

Bałagan w uczuciach zniknął razem z tym w pokoju. Nieład zastąpiła harmonia i pedantyczność. Książki zniknęły z podłogi, jednolicie poukładane na regałach. Kosmetyki ustawione pod idealnym kątem, ubrania w szafie poskładane równo a długopisy posegregowane wedle kolorów. Nie ma już chaotycznych zapisków na rogach serwetki czy starym bilecie. Każdy dzień zaplanowany, zrobię to, to i jeszcze tamto. Nawet kieszonkowy kalendarz sobie kupiłam. Notatki na zajęcia staranne, tu podkreślone, tam wypunktowane, żadnych obrazków na marginesach, żadnych ukradkowych słów. Ćwiczę. Uczę się hiszpańskiego. Szukam sensownej pracy. Piszę artykuły. Oglądam filmy o buddyzmie i piję zieloną herbatę. Unikam emocji i staram się zbyt wiele nie myśleć w ciszy. Wyrysowałam sobie schemat i ustaliłam sztywne reguły. Nie uciekać od ludzi, ale nie pozwolić im się za bardzo do siebie zbliżyć. Dużo się śmiać, ale nikomu do końca nie ufać. I spokój. Spokój jest.

 

Tylko… tylko że ja tak naprawdę nie chcę tego wszystkiego. Nie chcę spokoju.

Chcę magii.

 

sobota, 02 października 2010

 

SMS przychodzi, kiedy piję poranną kawę. Nie wiem, w co ty grasz, ale ja mam już tego dosyć. Dopiero po drugim przeczytaniu dociera do mnie jego sens, choć nadal nie bardzo rozumiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę adresata, z którym – wbrew temu, co jak widać, sobie ubzdurał – nic mnie nigdy nie łączyło. Na żadnej płaszczyźnie, fizycznej, towarzyskiej, intelektualnej czy emocjonalnej. Kilka rozmów, parę wiadomości rozciągniętych w czasie. I tyle. Żadnej chemii, żadnego porozumienia. Nic. Widać nie tylko ja nadinterpretuję i zwykłym sprawom dodaję drugiego dna. Jak to śmiesznie wygląda z drugiej strony.

Robi mi się nawet trochę przykro, tylko chyba nie z tego powodu, z którego powinno. Gdybym umiała się przejąć. Gdyby mogło mnie to jakoś poruszyć. Gdybym umiała żałować. Gdybym potrafiła napisać „przepraszam, nie chciałam”. Gdyby mogło mi zależeć na osobach, którym zależy na mnie. Wtedy wszystko byłoby takie proste. Gdybym. Ale nie umiem, nie potrafię, nie wiem nawet, czy chcę. Kończę spokojnie kawę i odkładam telefon. Jutro zapomnę.

W co ja gram? Zasady są proste. Za moje serce - kilka serc. Naturalna kolei rzeczy.

 

sobota, 25 września 2010

 

Czasami wolę być zupełnie sam

Niezdarnie tańczyć na granicy zła

I nawet stoczyć się na samo dno

Czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk

Posiadam wiarę w niemożliwą moc

Potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok

Mogę poruszyć was na kilka chwil

Tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być

(Coma, Leszek Żukowski)

 

Nie potrafię już chyba tęsknić za nikim, choćbym może i chciała, nie odpisuję, znowu nie oddzwaniam, odwołuję prawie wszystkie spotkania. W jakiś absurdalny sposób brakuje mi ludzi, których nie ma. Kolejny kiepski żart umysłu, który projektuje taśmowo byty w mojej głowie. Daj mi uśmiech, stworzę człowieka. Odtrącam ludzi prawdziwych, by otoczyć się kreacjami z obłąkanych snów. Nie potrafię wyjaśnić, że wcale nie jest źle, że czasem po prostu muszę być sama ze sobą. Przemyśleć kilka spraw, doprowadzić do końca niedokończone wątki. Wytłumaczyć sobie parę niewypowiedzianych słów. Rozmowy z innymi rozpraszają, odsuwają myśli na inny plan. A to nie zniknie. Dopóki nie zrozumiem, nie zniknie. Czaszkę rozrywa przemożne pragnienie czegoś nieokreślonego, niezdefiniowanie uczucia pulsują w żyłach. Ciągle mam wrażenie, że mylę ścieżki, że wsiadam nie do tego wagonu, że wysiadam za późno lub zbyt wcześnie. Że coś mi umyka, że zapominam o czymś ważnym. Że coś przegapiłam, a powrotów nie będzie.

 

Na pewno czułeś kiedyś wielki strach

Że oto mija twój najlepszy czas

Bezradność zniosła cię na drugi plan

Czekanie sprawia że gorzknieje cała słodycz w nas

Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept

Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen

Słowa zlewają się w fałszywy ton

Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd

Okłamali mnie z nadzieją że

Uwierzyłem i przestanę chcieć

Muszę leczyć się na ból i strach

Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak

 

Wędruję gdzieś, bez celu i planu, nogi same wybierają zapomniane przez pamięć ścieżki. Jak mnie tu dawno nie było. Idę powoli, celebrując zawieszone w przestrzeni impresje, staram się widzieć, a nie tylko patrzeć. To trochę karmi ten głód nieokreślonego, przyćmiewa go na chwilę. Wierzba długimi kosmykami łaskocze mnie po twarzy, rozbita butelka połyskuje z chodnika. Idę pustą, oblaną przez słońce ulicą, a wiatr rozwiewa mi włosy. Czasem mam wrażenie, że mogłabym tak iść bez końca, dalej i dalej, szukając tęczy. Zatrzymuję się dopiero przy opuszczonym, porośniętym winoroślą domu. Porozbijane okna jęczą cicho, zapomniane drzwi są brudne od samotności. Mimo tego, a może dzięki temu, wciąż jeszcze ten dom ma coś pięknego w sobie, w rozbiciu i smutku znalazłszy coś majestatycznego. Chciałabym. Usta drgają nieznacznie. Nawet głupia foliowa torebka unoszona delikatnie przez wiatr ma w sobie coś, co wydziera strzępki z duszy. Jest odpowiedzią na wszystkie pytania, których wciąż boję się zadać. Bo przecież. W słońcu świat wydaje się prostszy, ale to tylko złudzenie. Strach i tak wróci, wróci razem z nocą, jesiennym deszczem i chłodem, który przychodzi znikąd i boleśnie kłuje w serce. Wiem.

Grupa Chińczyków przygląda mi się z obleśnymi uśmiechami, może dobrze, że nie rozumiem co mówią. Siadam na poręczy schodów, z słuchawek płynie Coma wymieszana z Clintem Mansellem. Zapisuję urywki myśli wędrujących mi po głowie na skrawku kartki, naiwnie licząc, że co zapisane, to oswojone. Zagryzam ołówek i chwilę przypatruję się przechodzącym niedaleko ludziom. Z lekką zazdrością spoglądam na trójkę dzieciaków bawiących się na wielkim drzewie. Było kiedyś takie jedno, ogromne z szerokim pniem i rozłożystymi ramionami. Można było wspinać się po gałęziach i ukrywać pod gęstą koroną. Lubiłam obserwować chmury przez połyskujące od słońca liście. Drzewo ścięto, został tylko ogromny pień, którego widok zawsze coś mi odbiera. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę, wsłuchując w czyjąś gitarową grę dobiegającą z bloku. Pamiętam, że na początku powiedział, że nie chce pakować się w moje życie z brudnymi buciorami, bo kiedyś odejdzie, a plamy zostaną. Zostały, kolejny cień pełzający po moim umyśle, oplatający pamięć ciężkim uściskiem zimnych dłoni. Spadam powoli przez dni z otwartymi powiekami. Ale przecież nieważne, już nie. To tylko moment, to tylko chwila słabości. Wyrośnie nowe drzewo, a ścieżki kiedyś znajdą się właściwe. Słońce nadal będzie odbijać się w potłuczonym szkle, a torebka nie przestanie wirować na wietrze. Reszta nie jest ważna, już nie. Niczego nie będzie żal, jak śpiewa Rogucki. Niczego.

 

piątek, 17 września 2010

 

Lecą na nas planety wszystkie

Lecą liście

Lecą na nas planety wszystkie

Pomarańcze kupię Ci

(Kombajn do zbierania kur po wioskach, Planety i liście)

 

Ognik świecy mruga nieregularnie, jakby pogrążony w pokracznym tańcu, nieudolnie próbując oddalić koniec. Cienie rzucane na ścianę przyglądają mi się z zaciekawieniem, czy to krab wypełza zza szafy? Za chudy słoń układa się w znak niepewny zapytania, krokodyl kłapie paszczą. Po ustach plącze się uśmiech leniwy zbyt by cokolwiek powiedzieć. Trwam sobie w zawieszeniu i bezskutecznie szukam księżyca za oknem. Dziwne myśli usypiają przytulone do poduszki, wyobraźnia spaceruje między gdy a gdyby. Znowu słucham Kombajnu, czytam Cortazara, oglądam smutne filmy i piję herbatę z cytryną.

Jesień.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

 

nie - naprawdę kocham deszcz

uwierzcie mi

nie - naprawdę kocham deszcz

dodaje sił

(R. Kasprzycki, Naprawdę kocham deszcz)

 

Zachwycające zderzenie ciemnoszarych kolosów z granatowym niebem. Nic ma chyba drugiego tak fascynująco pięknego zjawiska jakim są chmury. Wiatr wygina drzewa, ulewa spływa ulicami. Biegnę popękanym chodnikiem, skacząc przez kałuże. Jak w odległym kiedyś, które nieśmiało wychyla spod zmęczonych powiek. Przypomina chudą dziewczynkę ze skakanką, zawsze samą, zawsze w deszczu. Raz, dwa. Melodia kropel wyznaczała rytm. Raz, dwa. Mokre dżinsy lepią się do ciała, w sklepie z farbami przecieka dach. Równomierne kapanie zapełnia zielone wiaderka. Raz, dwa. A od jutra malowanie. Każdą niedoskonałość przykryć farbą. Zamalować przeszłość grubą warstwą. Gdyby. Lubię malowanie.

 

lubię gdy deszcz obejmuje mnie

mówiąc że nikt nie zobaczy łez

nikt nie wyśmieje nie zrani już

tak szepcze deszcz mokry anioł stróż

 

i wiem że już będę zawsze sam

bez gorzkich prawd i półsłodkich kłamstw

lecz jeśli tego naprawdę chcesz

samotność jest jak deszcz

 

Staję na środku drogi i unoszę twarz ku niebu. W deszczu jest wolność. Pachnące waniliową melancholią i mokrymi płatkami róż wyzwolenie. Ze śmiechem dziękuję za parasol i pozwalam przez chwilę kroplom płynąć po twarzy. Tusz rozmazuje się pod okiem. Raz, dwa. Dziewczynka wiecznie skacze przez deszcz. Powoli odnajduję kawałki siebie, rozrzucone niedbale jego dłonią z niedopalonym papierosem. Mi corazón de cenicero, my ashtray heart. Powoli odnajduję siłę. Powoli odnajduję zgubiony rytm. Raz, dwa. Raz, dwa.

 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

 

Tyle było dni do utraty sił

Do utraty tchu tyle było chwil

Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic

Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

 

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy

(M. Grechuta, Dni, których jeszcze nie znamy)

 

Jest dobrze. Lekko, słonecznie. Przeciągam się na kocu i zdejmuję z uszu słuchawki. Piję mrożoną kawę i spotykam się ze znajomą niewidzianą chyba pięć lat. Rozmawiamy, jakby tej przerwy nigdy nie było. Śmieszne, kiedyś nawet za bardzo jej nie lubiłam, teraz miło spędzam czas. Umawiam się z ludźmi, nie zakładając z góry, że będzie nudno. Po dwóch chyba już latach zgadzam się na spotkanie z D. (a niech mu tam, za wytrwałość godną podziwu). Bo w sumie – czemu nie? Powiedziałam sobie, że nie będę z góry skreślać ludzi. Że dam im szansę. I sobie też. Kolejny raz. Bo może jednak warto. Bo może kiedyś.

Stoję na balkonie i wpatruję się w okrągły już księżyc. Szepczemy sobie obietnice lepszego jutra. Bo może kiedyś. Uśmiecham się kącikiem ust. Jest dobrze. Nie, nie zakochałam się. Nie wygrałam na loterii. Nie stało się nic nadzwyczajnego, wyjątkowego. Po prostu jest dobrze. Bez powodu. Może w żyłach szumi mi jeszcze morska bryza, a w płucach mam tamtejszy spokój. Coś zapaliło się w środku i mówi, że warto.

Czuć.

Chcieć.

Próbować.

 

Że warto.

(fot. własne)

 

czwartek, 19 sierpnia 2010

 

Belief in the breeze,

The smoky morning haze.

The sun on her face,

and the touch of lovers' hands.

The pain that comes today,

Is here, then goes away.

(Whitley, More Than Life)

 

W Gdańsku zakochałam się już dawno temu. Za każdym razem, kiedy jestem w tym mieście, czuję, że to jest „to”, że jestem u siebie. To chyba jedyne miejsce tutaj, w którym mogłabym (chciałabym) mieszkać na stałe. Przeprowadzić się choćby zaraz. Jako jednostka zdecydowanie mieszczuchowata, muszę mieć „cywilizację” na wyciągnięcie ręki, mniejsze mieściny czy wieś kojarzyły mi się zawsze z nudą i brakiem perspektyw, zaszycie się w górskiej chacie odpowiadałoby mi jak najbardziej – ale jako rozwiązanie tymczasowe. Musi być miasto. Wielkie, gwarne, tętniące życiem, a zarazem mające w sobie piękno, magię, czar, dużo przestrzeni i miejsca, gdzie przychodzi wolność, w których można się zaszyć. Czyli Gdańsk. Bo taka Łódź, pomijając oczywistości typu brak morza – przytłacza, dusi. W jakiś sposób kocham to miasto, ale jest to uczucie niewątpliwie ciężkie. Męczące, toksyczne. A z Gdańskiem zawsze było inaczej. Tym razem też się nie zawiodłam. Podziałał kojąco, uzdrawiająco, jak balsam. Nie chodzi już o takie sprawy jak ładniejszy kolor skóry (nie tyle istotna intensywność, ile jakość opalenizny, taka nadmorska jest jednak jedyna w swoim rodzaju), czy „magiczne” właściwości tamtejszego powietrza, dzięki któremu włosy stają się pięć razy gęściejsze i błyszczące. Najważniejsze, że tamtejszy wiatr wiejący od morza odświeża też myśli. Słońce rozgania smutki. Gorący piasek pod stopami i woda głaszcząca łydki przywracają chęć do życia.

 

To touch something real,

Will help your wounds heal,

Like the sun on your face,

The dreams of starry nights.

 

And we are homeward bound,

And I,

I want this more than life,

I want this more than life,

I want this more than life...

I want this more than life.

Mogłabym tak codziennie popołudniami leżeć kołysana wiatrem i błądzić wzrokiem po chmurach płynących po niebie. Bez końca spacerować brzegiem plaży i wpatrywać się w horyzont. W morzu zapisana jest tajemnica. Ukryte wspomnienia dawnych emocji. Czas zaklęty w nieskończoności wiatru. Lubię słuchać szeptu fal.

 

Czuję. Otwieram oczy. Uśmiecham się.

Jestem.

(fot. własna)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.