Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS

fikcje

sobota, 18 grudnia 2010

 

Kiedy zadaję zbyt wiele pytań, Diabeł krzywi się nieznacznie. Słowa niewiele znaczą, on nie lubi słów. Dla niego nie ma wczoraj, nie ma jutro, jest jedynie ciągłe dziś, niekończący się seans teraźniejszości zamknięty w smutnym bezczasie. Jest tylko droga bez końca i początku, bezkresny punkt zawieszony w próżni. Może próbował mi to wytłumaczyć wtedy, gdy szliśmy bez celu po śniegu, przemierzając bezgwiezdną, mroźną noc, a może to była po prostu kolejna jego wędrówka, na którą z sobie tylko znanych przyczyn zabrał i mnie. Może.

Szedł powoli, wydeptując dla mnie ścieżkę, przed oczami migotała mi jego szczupła sylwetka w długim, ciemnym płaszczu. Był i znikał, widoczny na śniegu i wtapiający się w czerń nocy. Wędrowaliśmy tak, może godzinę, a może całą wieczność, bałam się, tak bardzo się bałam, choć jeszcze nie rozumiałam czego właściwie się boję, bałam się i chciałam złapać go za rękę. Zabrakło mi jednak odwagi, wsunęłam więc tylko głębiej zziębnięte dłonie do kieszeni i zagryzłam wargę. Wiatr szeptał coś niezrozumiale, pogłębiając niepokój. Pod skórę wżerał się mróz, sennością oszraniając w żyłach krew.

Minęliśmy szklane jezioro i domy bez okien, opustoszałe miasta i samotne lasy, a później kolejne i kolejne, miałam nieustające mgliste wrażenie, że zataczamy kręgi, że to tylko złudzenie, iluzja, która popęka od minimalnego nawet nacisku, a on okaże się tylko snem, z którego gwałtownie się wybudzę. Kręciło mi się w głowie i wydawało, że tonę, że dławię się sama sobą, przewróciłabym się niechybnie, gdyby Diabeł nie podtrzymał mnie silnym uściskiem. Odurzona bliskością jego ramion, zaskakując sama siebie, drżącym głosem zapytałam idiotycznie: Czy mógłbyś mnie kiedyś pokochać? Zapytałam, a słowa nieznośnie długo dźwięczały w ciszy. Diabeł stał zapatrzony w dal, z tym niepokojącym uśmiechem często wykrzywiającym jego usta, z melancholijno-szyderczym grymasem warg, którego nienawidziłam i który kochałam ponad wszystko. Potem nagle spojrzał na mnie, pierwszy raz tej nocy, i miałam wrażenie, że patrzy na mnie cały świat. Intensywność spojrzenia zaklęta w zielonoszarych tęczówkach, mieniących się metalicznym, zimnym blaskiem przyprawiała o drżenie, drżenie wcale nie przyjemne. W jego oczach było wszystko, może tylko prócz tego, co chciałam tam znaleźć. Absurdalnym byłoby liczyć, że będzie inaczej, ale przecież czym są pragnienia, jeśli nie niekończącym się pasmem absurdu? Stał obok, ale intuicyjnie wiedziałam, zawsze wiedziałam, że nigdy nie będzie prawdziwie mój, że nie może być mój choćby i trochę. To tylko ja należałam do niego, żarliwie, ekstatycznie i wyjątkowo żałośnie.

Odwrócił w końcu wzrok od mojej twarzy i uniósł głowę ku niebu. Spójrz na płatki śniegu, powiedział łagodnie, tak kruche, delikatne i ulotne w swoim niepowtarzalnym pięknie. Widzisz? Pojedynczy płatek opadł powoli na jego rozwartą dłoń, Diabeł przyglądał mu się przez chwilę w zamyśleniu, zadumany, a potem, nagle, szybkim, zdecydowanym ruchem wytarł dłoń o rękaw czarnego płaszcza. Czy można kochać płatek śniegu? - Powiedział jeszcze obdarzając mnie przeciągłym spojrzeniem i ruszył dalej, poszedł, zostawiając ślady na skrzącym śniegu i zostawiając mnie. A ja zrozumiałam, wreszcie pojęłam to, co było we mnie od zawsze, co intuicyjnie przeczuwałam i do czego nie chciałam się przyznać sama przed sobą. Jego wędrówka nigdy nie ma końca, a ja byłam jedynie przypadkową myślą, sugestią, impresją, obrazem, który wymknął mu się spod powieki i zaczął żyć. Byłam zaledwie przecinkiem w jego niekończącej się historii, momentem, który minął zanim właściwie się zaczął. Chciałam biec za nim, ale przecież impresje nie biegają, chciałam krzyczeć, ale przecież przecinki nie krzyczą. Osunęłam się bezsilnie na kolana, śnieg wydawał się niemal ciepły. Uśmiechnęłam się smutno. Zawsze myślałam, że to ja wymyśliłam jego, ale to nieprawda. To on wymyślił mnie.

 

 

Szczupła dłoń w ciemności przewróciła kartkę. Z poprzedniej strony przebijała nieznacznie wilgotna, niewielka plama, marszcząc papier. To tylko płatek śniegu, pomyślał i ruszył w dalszą drogę, nieśpiesznym gestem wsuwając książkę do kieszeni płaszcza. Na niebie nie było gwiazd.

 

 

14:29, kredka_666 , fikcje
Link Komentarze (9) »
piątek, 18 grudnia 2009

 

Wieczorny powrót przez park przywołuje wspomnienia. Mroźna zima, kiedy to było, śnieg tak samo trzeszczący pod butami, mój czarny płaszcz i samotne rozcieranie zmarzniętych dłoni. Przyćmione światło latarni skąpo rozświetla mrok, wszystko jest takie niewyraźne, przykryte mglistą warstwą chłodu. Wtapiam się w krajobraz, czarna plamka na białej planszy otulonej ciemnym zaciszem drzew, wnikam w tło. Razem z zimnym powietrzem wdycham obrazy nagle powracające z zakamarków wspomnień. Oddalam się myślami, wtapiam w tamte zimowe wieczory. Ta sama ścieżka i on wyłaniający się zza alei drzew, on, chłopak obwiązany absurdalnie czerwonym szalikiem; czerwony wykrzyknik, dysonans na białym tle. I czarno-biały świat niespodziewanie nabiera barw, wraca do życia. Na moment, który niebezpiecznie przybliża się do wieczności i przynosi dziwny spokój. Zawsze o tej samej porze, zawsze trwaj. Nie znikaj nigdy. Mimowolnie wypatruję w oddali tej czerwieni, złakniona ponownego zmartwychwstania. Mijamy się, mijamy we wspomnieniu, na rozstaju dróg, jak wtedy tutaj, jeszcze jedno krótkie spojrzenie, lekki uśmiech, mgnienie sekundy i rozchodzimy się, każde w swoją stronę. Nigdy nie padły żadne słowa, nie znam nawet imienia, ale to niepotrzebne, tak jest właściwie. Są chwile, te prawdziwie magiczne momenty, których nie sposób logicznie wytłumaczyć, to dejavu tkwiące w powietrzu, pradawna więź, niewytłumaczalne emocje; wspominam wspomnienie zdarzenia, które już w chwili trwania wydawało się tylko nierealnym wspomnieniem. Niedorzeczne. Ale czasem coś bez znaczenia, małe nic, znaczy więcej niż tysiące słów. Moc emocji. Odpowiedzi na jeszcze niezadane pytania. Mistyczna harmonia, do której dąży się całe życie. Tajemnica wieczności. Spokój, ukojenie skołatanych zmysłów. Tak, przez ten jeden moment, przez mgnienie oka, przez jedno uderzenie serca, przez drżenie nieskończoności – przez tę chwilę wiedziałam. Potem opuszczamy wzrok, wsuwamy ręce w kieszenie i rozchodzimy się. I wszystko znika. Nieuchwytna nić bezpowrotnie stracona, czerwień blednie i w końcu staje się tylko niewyraźnym, nierzeczywistym wspomnieniem. Czasem kładzie się jeszcze cieniem na pamięci, tak jak dziś. Pewnie kiedyś, po przebudzeniu, kiedy śnieg dawno już stopnieje, i ono w końcu rozpłynie się już zupełnie w świetle dnia, a czerwony szalik stanie się jedynie zapomnianym symbolem. Póki co, ciągle jeszcze pamiętam chłopaka z parku.

Miał zielone oczy.

19:26, kredka_666 , fikcje
Link Komentarze (4) »
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.