Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
niedziela, 06 grudnia 2009

 

Jakim prawem słońce normalnie wzeszło, kiedy mój świat się wczoraj skończył?

tak tak powtórka z rozrywki po dwóch miesiącach. Tak samo zdeptane marzenia, przecież wiedziałam, ale nadzieja to najgorsze co można mieć, tylko nie spodziewałam się, że zaboli aż tak, intensyfikacja bólu zbiła z nóg, wytrąciła z pozorów równowagi. Nigdy nie było aż tak źle, nie myślałam, że może być aż tak źle. A przecież jeśli jest źle, będzie gorzej, zapamiętaj wreszcie. Nawet słowa uciekły, mój jedyny sprzymierzeniec, i nie wiem, nie wiem, co mam napisać. I nie wiem, co mam ze sobą zrobić, żeby zapomnieć, pogodzić się z tym i wrócić do życia. Wyrwałam obcęgami różową tandetę z piersi i wyrzuciłam do kosza, leży tam jeszcze i bije absurdalnie, nie rozumiejąc, że stało się już i pora umierać.

Ja chyba śnię, to najgorszy z koszmarów, jaki mogłam sobie wyśnić. Klątwa powtarzalności tak okrutna, że aż nierealna. Komu, komu zawiniłam, za co ta wieczna kara? Za co? Błagam, niech ktoś znajdzie za mnie słowa, które ukoją, niech ktoś przyniesie lekarstwo na żal, ból i strach.

Zresetuj mi mózg, zresetuj mnie. Niech to się już wreszcie skończy.

sobota, 05 grudnia 2009

 

Żebym wreszcie powiedzieć mógł, co siedzi we mnie.
Wykrzyknąć: ludzie, okłamywałem was
Mówiąc, że tego we mnie nie ma,
Kiedy TO jest tam ciągle, we dnie i w nocy.

(Cz. Miłosz, To)

Mówisz przepraszam, a przecież nie warto, to niepotrzebne, rań mnie, rań, podepcz, złam, zgnieć, jak tylko ty potrafisz, nastał czas na kryzys, czas na ból. A potem przyjdzie słodkie znieczulenie i nie-czucie. Marazm, zobojętnienie, apatia, inny wymiar świadomości i znowu zaśniemy, na długo, długo, tak.


TO jest podobne do myśli bezdomnego, kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście.
TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś,
kto pojął, że został opuszczony na zawsze.
Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku.
Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur,
i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom.



Odstawiłam leki, trzeci dzień i to chyba nie był dobry pomysł; wmawianie sobie, że jestem silna i że nie potrzebuję pomocy, że nikogo ani niczego nie potrzebuję, pozostaje jedynie wmawianiem. Kłamię sobie, kłamię. Nierówne litery na papierze, przyśpieszone tętno, niepokojące kształty za zasłonką dobitnie szepczą jednak, że strachy wróciły. Nie jesteś sama. Nieokreślony absurdalny lęk, nie wiadomo przed czym i to coś tkwiące w mojej głowie; boję się odwrócić, bo jest tuż za mną i ma takie okrutne oczy. To wraca, to jest obok, to jest we mnie i to nie jest twoja wina. To tylko ja. Tototo. Jak tu zimno.


Ale nie gniewasz się? Nie, nie, to tylko drgawki agonalne.
Zaraz zrobi się cicho.

piątek, 27 listopada 2009

 

…Na pewno nie jest to twarz piękna, ale jest to twarz mężczyzny, za którym poszłoby się boso po śniegu na koniec świata.
(S. Fleszarowa-Muskat)

Idę powoli, dłonie mam schowane w kieszeniach, słuchawki na uszach. To taka moja warstwa izolacyjna odgradzająca mnie od świata. Dająca ulotne złudzenie bycia poza, istnienia tylko w świecie własnych myśli, w jedynym miejscu, w którym nie czuję się obco, nie czuję się intruzem. Rzeczywistość zanika, gwar strzępków rozmów gaśnie, a ja cofam się do wczoraj.

Ty siedzisz tam obok mnie, taki odległy, taki obojętny i paląc papierosa patrzysz w dal, zatopiony w myślach, do których nie mam dostępu. Przytulam się więc tylko delikatnie do twojego ramienia i próbuję skraść odrobinę ciepła. Choć chciałabym ukraść ciebie. Kołysana twoim równomiernym oddechem jestem skrajnie szczęśliwa (bo jesteś) i nieszczęśliwa (bo nie jesteś tak, jak mógłbyś być). I nagle z przerażeniem odkrywam, że wiem. Że jestem pewna. Pierwszy raz w życiu jestem czegoś całkowicie pewna. Po prostu wiem.

Ciebie chcę. Tylko ciebie. Ostatecznie i na zawsze.




Ale przecież to niczego nie zmienia.

czwartek, 19 listopada 2009

 

Piosenki są dla mnie jak ludzie. To melodia intryguje, wabi, jak piękna twarz sprawia, że zatrzymuję się przy niej na dłużej, to ona ma w sobie (lub nie ma) coś, co przyciąga jak magnes. Jest jak pierwsze wrażenie, jak pierwsze spotkanie osoby, blask w oczach czy zapadający w pamięć nieśmiało-kuszący uśmiech. Ale żeby utwór porwał mnie na dłużej, żeby na zawsze wpisał się w kanon melodii bliskich sercu, tych pozostawiających we mnie ślad – formę musi wypełnić właściwa treść. Opakowanie, forma, jakkolwiek byłaby niesamowita, to za mało. Tak jak znudzi mnie osoba, która za interesującą fizycznością nie kryje nic, co byłoby godne uwagi – sama melodia nie wystarczy. Musi idealnie współgrać z treścią, uzupełniać ją, stanowić faktyczną i uzasadnioną całość – a sama treść odgrywa tu znaczącą rolę. Wsłuchując się w słowa – niekoniecznie nie wiadomo jak głębokie, ważne żeby miały w sobie to ‘coś’, żeby zagrały na emocjach – powoli ją poznaję, jak człowieka, każde przesłuchanie staje się długą rozmową.
I to właśnie te spotkania - kiedy słowa płyną przez słuchawki prosto do mojej głowy, filtrowane przez myśli i kiedy dźwięki przywołują wspomnienia - sprawiają, że piosenka wpisuje się we mnie na dłużej. Ostatnio na twardym dysku mojej pamięci zapisała się ta:

19:52, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (1) »
czwartek, 12 listopada 2009

 

Praktyki w Wieży Babel. Prawie wszystkie narodowości zebrane w jednym miejscu, na każdym kroku słychać inny język. Mini świat, swoista enklawa. Podoba mi się tu, choć czuję się jeszcze trochę nieswojo. Najbardziej obawiam się prowadzenia zajęć, bariery językowej. Ku mojej lekkiej konsternacji kłopoty komunikacyjne zaczynają się już przy próbie dogadania się z jedną z lektorek. Pytam ją o moją przełożoną na czas praktyk:
Może jest, a może jej nie ma. Jeśli jest, to na pierwszym piętrze ją pani znajdzie. A może na drugim? Pójdzie pani w prawo, nie, w lewo i za drzwiami będą drzwi, po lewo, albo nie, jak od tej strony to po prawo. Chyba. Które? Pierwsze zdaje się. Może drugie. Numer? A kto by tam pamiętał numer?

Bogatsza o te jakże cenne informacje kieruję się do drzwi, za którymi podobno są schody. Tu niespodzianka - drzwi są, ale zamknięte. Nawet jeśli ukryto za nimi schody, nie dane jest mi się o tym przekonać. Zmierzam zatem w stronę jeżdżących bez opamiętania w górę i w dół wind. Jadąc i słuchając ich złowieszczych trzasków mam dziwne wrażenie, że któregoś dnia utknę w którejś z nich na dłużej. Nigdy nie lubiłam się z windami, a te wyglądają jakoś wyjątkowo złośliwie. I jeszcze ten pan ochroniarz, który spogląda na mnie cokolwiek podejrzliwym wzrokiem, wywołuje we mnie lekki niepokój.

Ale, bądźmy dobrej myśli. Nudno nie będzie na pewno. :)

----
Facetów zawsze dzieliłam na dwie grupy - tych, którym się podobałam (ci oczywiście jakoś nigdy nie mogli mnie sobą zainteresować na dłużej) i tych, którzy podobali się mnie. Ostatnio, zastanawiając się nad wszystkimi moimi byłymi 'miłościami', mniejszymi i większymi, dopatrzyłam się dziwnych zależności i podobieństw. Niepokojących lekko. Oczywiście, nie muszę chyba wspominać, że wszystkie te przypadki kończyły się, prędzej czy później, tak samo, czyli fiaskiem. W końcu się może nauczę, że jeśli na kimś mi zależy to bez wątpienia łatwo go zakwalifikować i przykleić karteczkę. Typ A - to ci, którzy nie chcą tego, co ja albo nie chcą mnie, tak po prostu lub z jakichś tam idiotycznych, wydumanych niekiedy powodów (bo ty jesteś zbyt perfekcyjna i skomplikowana, a kobieta powinna być prosta w obsłudze. Cytat dosłowny, niestety). Typ B - czyli ci, którym zaufałam i zawsze się na tym zaufaniu przejeżdżałam (jeśli cię zdradziłem to tylko po to, żeby zrozumieć jak bardzo mi na tobie zależy). No i mój ulubiony typ C, który może zobrazuję przytoczeniem dialogu sprzed kilku lat:
- Ty znasz tego M.?
- No znam.
- A fajny jest?
- No fajny.
- A dałabyś mi jego numer?
- ...
- Ma dziewczynę, tak?
- ...Nie, ma chłopaka.

Nieśmiało liczyłam, że może znajdzie się kiedyś wyjątek potwierdzający regułę - ale jakieś marne na to perspektywy. Może to ja powinnam zmienić orientację? miałam w końcu kilka niedwuznacznych propozycji od pań całkiem ładnych. Zniechęcona niepowodzeniami w relacjach damsko-męskich, byłabym gotowa nawet spróbować, gdyby nie taki jeden mały, zupełnie nieistotny szczegół - kobiety nigdy mnie jakoś specjalnie nie pociągały. Chociaż, jeśli kiedyś spotkam taką, to bez wahania zmieniam zdanie: ;)

20:12, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (7) »
piątek, 06 listopada 2009

 


Kiedy wspomnę
pieszczotę twych rąk
nie jestem już dziewczyną
która spokojnie czesze włosy
ustawia gliniane garnki na sosnowej półce

Bezradna czuję
jak płomienie twoich palców
zapalają szyję ramiona

Staję tak czasem
w środku dnia
na białej ulicy
i zakrywam ręka usta

Nie mogę przecież krzyczeć


(M. Hillar)

Nie lubię odgradzać się od przeszłości, nie potrafię odkreślić grubą kreską tego, co było i zacząć od nowa z pustym kontem. Nie mam w zwyczaju odcinać się od wspomnień, nie usuwam wiadomości, nie drę zdjęć, nie wyrzucam pamiątek. Próbowałam, ale to jest jednak silniejsze ode mnie. Żyję przeszłością i marzeniami o lepszej przyszłości, teraźniejszość traktuję trochę jak coś nierzeczywistego, jak pomost w drodze od jednych złudzeń do drugich, każdy krok staje się powolnym zagłębianiem w kolejną iluzję. Brnę dalej przed siebie i naiwnie liczę, że kiedyś, gdzieś wreszcie odnajdę swoje miejsce i to swoje szczęście. Może ucieczka od tego co minęło byłaby najlepszym wyjściem. Tylko że ja nie chcę już uciekać. Chciałabym się z tym bólem skonfrontować i móc szczerze sobie powiedzieć, że tak będzie lepiej. I nie żałować. 
Ale tutaj znowu pojawia się szepczący do ucha głos – czy odrzucając przeszłość, nie odrzucisz kawałka siebie? Bo ja jestem wszystkimi ludźmi, których poznałam, których kochałam, których nienawidziłam. Jestem nimi wszystkimi, jestem ich słowami, gestami, jestem uśmiechem kobiety z windy, pustą szklanką pana, który tak smutno patrzy w dal i twoim niedopałkiem papierosa. Kolekcjonuję ludzi, ich twarze odciskają się na mnie jakimś niewidzialnym piętnem, wchłaniam ich jak gąbka, kradnę fragmenty ich życia, wypijam do dna. Segreguję ich, wspomnienia wkładam do szufladek. Osadzają się we mnie jak osad na dnie karafki, wrastają jak trawa między kamienie, scalają tworząc mnie. Jestem emocjami, które we mnie wywołują, żyję o ile istnieję w czyjejś pamięci. Sama nie znaczę nic. Oni to ja. Ja to ty. Czy więc zabicie ciebie we mnie nie będzie zbrodnią na samej sobie?

I tak się karmię tymi wymówkami i rozmawiam z tobą. Godzinami i jak najczęściej. Tak bardzo lubię się z tobą śmiać, patrzeć w twoje oczy, w których odbija się światło i obserwować, jak rodzi się leniwy uśmiech w kącikach twoich ust. Lubię te nasze przedsenne esemesy i nocne rozmowy o wszystkim i o niczym. Kradnę każdą chwilę, każdy moment, każdą sekundę. I tylko tych myśli zakazanych nie mogę się pozbyć, myśli obsesyjnych i dusznych. Zapalam czerwone światło i pokazuję znak stop obrazom pocałunku, dotyku, ale to nic nie działa. Wraca pragnienie poczucia twojego języka w moich ustach, gorącego oddechu drażniącego moją szyję i dłoni błądzących po plecach. 

O, jak łatwo powiedzieć chcę, żebyś był szczęśliwy. Jakie to szlachetne, podniosłe, jakie to wspaniałomyślne. Jakie to fałszywe. Bo tak, owszem, ja szczerze i prawdziwie chcę żebyś był szczęśliwy.

Ze mną.


wtorek, 27 października 2009

 

Ale nie bój nic - minie jakiś czas
Poczuj chłodny świt, wszystko przejdzie ci

(T.Love)


Rankiem ogrzewam zmarznięte dłonie kubkiem gorącej czekolady z chili i wsłuchuję się w ciszę. Jest tak spokojnie. Bez pośpiechu zakładam płaszcz, nieuważnie obwijam się szalikiem i wychodzę z aparatem. Zaniedbałam trochę te własne, prywatne chwile, to rozkoszne sam na sam z naturą. Przepraszam się więc ze swoimi myślami i zatrzymuję czas na fotografiach. Robię zdjęcia rzeczom nieistotnym, kroplom deszczu spływającym po oparciu ławki, rozbitej butelce na chodniku, drzewom odbijającym się w kałuży. Kolorowe liście szeleszczą mi pod butami, zza chmury nieśmiało wygląda słońce. Wsłuchuję się w to, co szepcze mi wiatr i obserwuję jak dyskretnie tańczą gałęzie. Zamykam oczy i pozwalam myślom płynąć; oddycham głęboko ożywczym, kojącym powietrzem. Jakoś tak mi lżej. 

Wkładam rękawiczki, cicho podnoszę się z ławki i zostawiam przeszłość za sobą. Idę dalej, bez odwracania się za siebie.


Jutro przecież też jest dzień.

(fot. własna)

piątek, 23 października 2009

 

Powoli zapominam zapach skóry, ciepło ust na moim ramieniu; pomału zacierają się słowa i gesty, zachowane uśmiechy nikną za mgłą. Choć wcale tego nie chcę. Pamięci nie może opuścić tylko ból. Zadomowił się wewnątrz i nieustępliwie zaciska swoją pięść, wyciskając mnie jak zniszczoną czasem gąbkę. Bezradnie próbuję od niego uciec, chowam się pod biurkiem jak mała dziewczynka tuląc ramiona, wargi zagryzam do krwi, by zdusić płacz. Boję się myśleć, bo myśli przynoszą strach. Boję się marzyć, bo spod powiek wymknęły się lekkie obrazy. Boję się śnić, bo w snach powraca tylko cichy


k
r
z
y
k

 


rozpaczliwie samotny. Skoro nie mogę być z tobą, pozwól mi być przy tobie. Pozwól mi być kimkolwiek.


 


Chcę być twoim nikim

.

wtorek, 20 października 2009

 

Wiem, że ja nie będę taki jak ty
i wiem, że ty nie będziesz taki jak ja
Waniliowe niebo bez prawa jazdy
na którym trawa ma słodki smak
Chciałbym cię jutro okłamać
żebyś nie wiedział, że przyszła zima


Oglądam nie wiadomo który już raz Śniadanie u Tiffany'ego. Uspokaja mnie. Końcowe sekwencje ze stojącą w strugach deszczu Audrey Hepburn nieustannie wywołują dreszcz. Smutno-słodki melancholijny sen wyciąga ku mnie rękę. Otępienie kusi swoim pozornym bezpieczeństwem, nałogowo łykam pastylki na życie, biorę lekarstwa na strach. Mami mnie sztuczny świat, bez porażek, rozczarowań, ten mój prywatny senny świat. Gdzie wszystko jest idealne. Gdzie wszystko jest kłamstwem. Twoje nieistnienie i moja nieobecność, brak uczuć, fikcyjne szczęście. Wróć.


Więc pokaż mi drogę bez prawa jazdy
polecę w kosmos swoim pojazdem
Wszystko rozreguluję, gwiazdy zepsuję
księżyc przesunę w prawą stronę bardziej
Więc pokaż mi drogę bez prawa jazdy
pierdolnij mnie w głowę wełnianym młotkiem


Dziwnie jest, dziwnie. Jestem tu i nie jestem. Staję się tylko ciałem. Wszystko powoli gubi znaczenie. Tracę kontakt z rzeczywistością, łapię się na tym, że patrzę, ale nie widzę. Słucham, ale nie słyszę nic. Ciągle nieobecna, jestem, ale jak gdyby obok, jak przez mgłę, zaplamioną szybę. Wszystko jest tak niedostrzegalne, jakby było zbudowane z dźwięku. Drażni mnie drżenie powietrza, nieuchwytny zapach unoszący się w przestrzeni lśni niepokojącymi barwami. Nie chcę pamiętać. Wiem, że to nie jest wyjście, ale innej drogi chyba nie ma. Ucieczka, znowu ucieczka. Nie oglądaj się za siebie. Przecież nie wierzysz w powroty. W nic już nie wierzysz. Bliskość jest błędem, zaufanie pomyłką. Biegnij, mała, biegnij. Ucieknij z jednego koszmaru w drugi. Jak zawsze.

Uważaj! na blaszane namioty
uginające się od mokrej nocy
Uważaj! na szaro-blade oczy
na me neony i na cień


To nie jest dobra droga, to nie jest wyjście, wiem. Ale wszystkie drzwi zostały szczelnie zabite, plątanina korytarzy nie ma końca. Wszystko jest kłamstwem. Ja jestem kłamstwem. Chciałabym wydostać się na zewnątrz siebie, wybudzić z majaczenia, narodzić na nowo, bez balastu wspomnień uwieszonego na szyi, bez kłujących boleśnie marzeń. Wyjść boso na trawę, poczuć deszcz na twarzy, pierwszy raz zobaczyć słońce. I żeby to nie był kolejny sen. Wystarczy już. Wystarczy.

I nie patrz tak bardzo blisko
i nie podchodź tak bardzo głęboko
Ty i ja i tory

pociąg blisko! 
pociąg blisko!



wtorek, 13 października 2009

 

Inaczej wyobrażałem sobie śmierć
wierzyłem naiwnie
że szczytowy orgazm przerażenia
wytrąci mnie wreszcie ze strefy bólu

Tymczasem wszystko czuję
widzę wszystko
pozostając na prawach trupa
bez możliwości jęku
drgnienia
poruszenia się


(A. Bursa, Inaczej wyobrażałem sobie śmierć)

Nie jest dobrze. Chwilami ratują mnie zajęcia, pierwszy raz naprawdę cieszę się z powrotu na uczelnię. Bezsensowne rozmowy o niczym uspokajają. Uśmiecham się i przez chwilę wierzę w ten swój uśmiech. Ale potem, kiedy wracam do domu i zostaję sama z moimi myślami, wszystko się sypie. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Boję się. Chyba wszystkie te emocje, od dawna ukrywane gdzieś wewnątrz mnie, upychane niedbale na półkach i wrzucane pod łóżko, dały o sobie znać. I wszystko się skumulowało. Nie mam siły nawet wierzyć, że to przejdzie, że zawsze przechodzi. Jedyne co przynosi ukojenie, to sen. Chcę zasnąć i obudzić się najwcześniej za sto lat. Pozwól mi.

Poemat bólu. Wykrzywione skrzypce strachu. Przepaść i drobna ja na krawędzi. Nie mogę sama zrobić kroku, wstanie rano i otwarcie oczu wydaje się wysiłkiem ponad moje siły. Nie potrafię ruszyć się z miejsca. Boję się. Szamoczę się jak zdezorientowany owad zaplątany w sieć pająka, szamoczę w kleszczach leku, w oparach obłędu. Paraliżuje mnie samotność, brak kogokolwiek, kto by był. Po prostu był. Bo silnie potrzebuję z kimś porozmawiać. Nim będzie już za późno. Z kimś, kogo bym obchodziła, dla kogo byłabym czymś więcej niż ciałem. Ja tylko chcę być traktowana jak człowiek. Czy to tak wiele? Moja najlepsza - haha - przyjaciółka od szesnastu lat na moje rozpaczliwe potrzebuję cię, odezwij się jakoś nie odpowiada drugi tydzień. Tak, odezwie się, kiedy będzie miała jakiś problem. Jak zawsze. Bo ja jakoś znajdywałam dotąd czas.

Czuję duszącą nienawiść do ludzi. Nie do konkretnych osób, tylko do ludzi jako jedności, tłumu, masy. Rozgoryczenie wygrywa z rozsądkiem. Jestem ładna. Jestem inteligentna. Jestem interesująca. Jestem fajna. Czemu nie mogę być szczęśliwa?
A złość dodatkowo potęguje się za każdym razem, kiedy na wyświetlaczu telefonu pojawia się imię inne niż to, które chciałabym zobaczyć. Ogarnia mnie bezsensowny gniew. Miłość i obsesja chyba mają dla mnie znak równości. Jak ja sobą gardzę.

Zduszony płacz dławi mnie spazmami, wbijam bezsilnie paznokcie w nadgarstki, rozdrapuję skórę do krwi. Jest mi tak źle. Tak bardzo źle. Jestem żałosna. Krzyczę. Bez słów. Szepczę sennie przytul mnie sama do siebie i obejmuję drżącymi ramionami kolana, tuląc swój cień. Sypiesz sie, skarbie, sypiesz. Tracę płynność między dniami, zanikam sama w sobie. Noce zamieniają się w niekończący się maraton. Staram się resztkami sił utrzymać na powierzchni, ale kosztuje mnie to coraz więcej. Nie wiem, co się stanie, gdy wreszcie zamknę oczy i pozwolę porwać się nurtowi. Przypominam sobie dawną przyjaciółkę i tamten pokój, tak bardzo zimny, tak bardzo bezduszny. Pamiętam jej pozbawione nadziei oczy wpatrzone apatycznie w przestrzeń i ciche słowa. Pamiętam jakby to było wczoraj, jakbym to była ja.


Ja tak naprawdę wcale nie chcę umrzeć. Ja tylko nie chcę tak żyć.



statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.