Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 31 lipca 2010

 

Popłynę tam i będę gdzieś za sobą już za tobą mam

to wszystko co nie stało się to wszystko czego tak ci brak

za tamte słowa słodkie zbyt oddam pustkę która jest

o samotności nie mów mi bo ona też omija mnie

(R. Kasprzycki, Vis – à – vis)

 

Potrzebuję impulsu, który wywróci moje życie do góry nogami. Iskry, która wybudzi z letargu. Słowa lub spojrzenia, które sprawią, że serce zabije mocniej. Chcę, żeby paliło. Żeby mroziło. Żeby było jakoś. Widocznie umiem żyć już tylko dramatami, jak zwykle pełna absurdów, tylko one mogą ze mnie wykrzesać cokolwiek. Tylko one.

Dotykam dłonią lustra i nie wiem już, coraz częściej gubię drogę. Maska przyrosła do twarzy, gram więc wyuczoną rolę, zagram kogoś, kim kiedyś byłam, stworzę z pamięci iluzję siebie sprzed lat. Poza, zmanierowany gest, sztuczny uśmiech. Kiedyś może uwierzę. Mówię, że chętnie, że możliwe, że tak, ale to tylko brudne plamy na płótnie, z którego ktoś spłukał farbę dawno temu. Drgnięcie ręki, skaza pod powieką, strach, że może. Paradoksalna ulga, że pewnie nie warto. Coś wewnątrz mówiące tak będzie lepiej i brak sił, by zaprotestować. Uwięziona w samym środku ślepego nigdzie, uciekam w pseudo-metaforyczne tandetne zwroty, za żałosnym patosem ukrywam brak czegokolwiek. Bo nie ma we mnie już nic, a wy daliście się nabrać. Wszyscy. Ja najbardziej. Słowa, pusta masa dźwięków bez znaczenia, starte kartoniki myśli i zaschnięte idee, które straciły blask wiele dni temu. Skrywam się nieudolnie za ich echem, by ukryć brak. Brak siebie, chyba już.

 

Jak ból jak trans jak sen co wiecznie trwa

Jak ból jak jak czas na sen

Jak ból jak trans jak sen co wiecznie trwa

Jak ból jak jak czas na sen

 

Chyba jeszcze tylko w snach odbicie jest prawdziwe, nieskażone fałszem i czyste. Za dnia spokój, który dusi. Znieczulenie na słowa. Nie oddzwaniam, przecież wiesz. To wszystko to tylko złudzenie. Uciekam od bliskości, przecież nie jest prawdziwa. Kolejne iluzje wycieram z półek. Przecież nie warto. Nie czuję nic, tak obojętnie mi. Stan przecież znajomy, to już kiedyś było, dotyk nie wywoływał choćby drżenia. Pocałunki przynoszące jedynie zniecierpliwienie i obecność, która drażni. Uciekam więc, choć ciągłe poziome spadanie nie przyniesie ulgi. Nie słyszę, co do mnie mówisz, zostały tylko samotne spacery w deszczu i muzyka. To chyba jedyne, co jeszcze potrafi przywrócić we mnie zapomniane emocje, przywołać pod powiekami wspomnienie zeszłych uczuć. Wytarte jak pomięty bilet w kieszeni starego płaszcza, urywki kiedyś wypowiedzianych zdań gdzieś tam tlą się jeszcze. Pewnie zgasną w końcu i one.

 

Więc wybacz mi że żyję snem choć czasu dość mam przecież wiem

że czasem trudno wierzyć w nas i w to że rany leczy czas

nie cofnie się tych kilku dni i nie tak łatwo teraz być

skrzywioną maską własnych pragnień Dorianem Grayem z Vis’a’vis

 

Uciekam od ludzi już chyba nie ze strachu, nie z lęku, że znowu zranią. Uciekam, bo już przestają mnie obchodzić, wczorajsze cienie bez znaczenia. Męczy taki stan, ale już chyba nie potrafię próbować, nie wiem, czy umiem chcieć. To jak ten moment zamroczenia, otępienia, kiedy trzeźwiejesz po utracie przytomności – nie boli, ale w ogóle przez moment nie ma nic. Niewidoczna ściana, która jednak przecież jest. To jak wtedy, kiedy leżałam w szpitalu otoczona lekarzami w maskach, z oczami bez wyrazu i zimnymi skalpelami – wszystko odbijało się w szklanych drzwiach a ja patrzyłam, patrzyłam z nienormalnym zainteresowaniem, jakby to nie mnie dotyczyło. To ten dziwny stan, kiedy ciało trwa, a ty jesteś daleko stąd. Nie dotyczy mnie. Nic mnie nie dotyczy. Słońce? Lato? Mnie pochłania tylko chłodny spokój, niepokojący w swojej bezwzględnej doskonałości. Nie chcę tak, uwierz. Gdy tylko uporządkuję to, co uporządkować muszę, pakuję plecak i wsiadam w pierwszy pociąg nad morze. Jeśli wpatrywanie się w horyzont i szum fal nie pomogą, wracając we mnie życie, to już nic mi nie pomoże.

 

środa, 21 lipca 2010

 

Elegancka starsza pani, zaczepiająca mnie na przystanku, opowiada historię swojego życia. Mówi o wojnie, o polityce, o nienawiści, o świecie, który dla niej umarł i przestał istnieć dawno temu. Trochę szalona, momentami opowiada brednie, mieszając fakty i tworząc sprzeczną całość. I taka przy tym jest samotna. Tak bardzo. Przepuszczam tramwaj i słucham. Słucham naprawdę. Tylko tyle mogę jej dać. Trochę swojego czasu. Tylko tyle. Śmieszy mnie trochę to, co mówi, ale jednocześnie coś ściska mnie od wewnątrz. Dziwnie się czuję, kiedy ze łzami w oczach żegna mnie i życzy szczęścia. Taka samotna. Zawsze znajdę dla nich czas, nie wiem czy jakoś podświadomie to wyczuwają, ale ile ja już słyszałam takich historii. Ile smutnych spowiedzi, ile w nich gniewu, wciąż żywej urazy i zwykłych ludzkich emocji. Ile przy tym czasem zagubienia, życzliwości i zwykłej chęci uśmiechnięcia się do kogoś. Do kogokolwiek - kto tylko wysłucha. Kto da im te kilka chwil, może jednych z ich ostatnich. Kto. Też taka będę za 60 lat? Czy w ogóle będę.

Nie myśleć. Spotkanie z P. pomaga, jak zawsze. Przy niektórych ludziach ten dziwny, dławiący strach znika i mogę być po prostu sobą. Tą częścią siebie, która wiele się śmieje, patrzy prosto w oczy i za którą oglądasz się na ulicy. Ładny kolor sukienki ktoś zawołał, ktoś się uśmiecha. Może napijemy się razem? czasem to wszystko jest takie proste. Może zbyt. Później wraca reszta mnie i nie ma już prostych spraw. Są tylko niemożliwe odpowiedzi na pytania, których nawet nie umiem sformułować. Wcześniej jednak, zanim wrócę cała ja, rozmawiam z P. Kiedy komuś opowiadam całą tę historię, wydaje się taka śmieszna, banalna. Żałosna i niegodna tylu myśli i słów. Znika cały dramatyzm. A kiedy P. pyta mnie czy ty jeszcze...? nie umiem odpowiedzieć. Nie wiem. Wszystko jest takie dziwne. Niejasne. Uświadamiam sobie, że w tym samym miejscu, przy stoliku obok, byłam z nim na ostatnim normalnym spotkaniu. Kiedy zaśmiewaliśmy się z jakichś niesamowitych głupot, kiedy opowiadaliśmy sobie o przeszłości, lęku i braku zaufania, który ciężko odbudować, o dawnych sprawach. Kiedy, jak mi się wtedy wydawało, miały przyjść nowe, tym razem te nasze. Kiedy podszedł do mnie ten śmieszny niski facet, którego twarz pamiętam jak przez mgłę, i mówił mi "jaki ten pani facet ma szczęście, jak ja mu zazdroszczę” a ja się tylko śmiałam. Kiedy jeszcze dużo się śmiałam. Kiedy chciałam zatrzymać czas i tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć w te jedyne oczy. Kiedy kroki zgubiły rytm, a on zakładał mi kurtkę. Kiedy trzymał mnie mocno za rękę, a usta miał takie ciepłe.

A później przyszły dni, których do dzisiaj nie rozumiem. I pewnie nigdy już nie zrozumiem. Może już nie warto. Choć "ja nie mam sobie nic do zarzucenia" boli wciąż i boleć będzie jeszcze długo.

 

23:44, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (4) »
środa, 14 lipca 2010

 

With your feet on the air and your head on the ground

Try this trick and spin it, yeah

Your head will collapse

If there's nothing in it

And you'll ask yourself

 

Where is my mind

Where is my mind

Where is my mind

(Pixies, Where Is My Mind?)

 

Kolejny upalny dzień otępia. Wszystkie takie same, zlewają się w jedno wypłowiałe pasmo. Powoli powracam do zeszłorocznego stanu. Bezpiecznej, bezbolesnej i bezkresnej… pustki. Szukam równowagi, znajduję tylko spokój. Chciałabym latać. Ciągle jeszcze pragnę. Niekończące się koło. Pragnienie, cierpienie, pustka następujące po sobie jak pory roku. I po co. Kusi medytacja, nirwana, Nepal. Znowu czytam o buddyzmie. Nie chcę uciekać. Chcę odejść z podniesionym czołem. Nigdy już nie odwracać się za siebie. Uspokajam myśli, myśli usypiają mnie. Tęsknota dawno wypaliła się na słońcu, smutek wysechł na wiór. Nigdy więcej powrotów.

 

Powoli sączony Desperados. Dużo reggae, wypalanej wieczorami shishy i grejpfrutowego soku przed snem. Rozbrajający mnie za każdym przypadkowym spotkaniem facet w kraciastej koszuli, tym razem na mój widok potknął się i upuścił plik dokumentów. Kiedyś bym się uśmiechnęła, dziś nie ufam już żadnym kraciastym koszulom. Zresztą zabrakło nawet wiatru, by nadał pozorów śmiesznego dramatyzmu i rozwiał kartki. Idę dalej. Bezmyślnie kupuję kolejne bluzki na wyprzedaży. Mijając kwiaciarnię, dopiero teraz uświadamiam sobie, że przegapiłam sezon narcyzów. Później spotkanie z A. i obowiązkowo piwo korzenne. Bieg przełajowy w japonkach do tramwaju. Sukienka lepi się do ciała, odgarniam poplątane kosmyki z wilgotnego czoła. Przystanek dom, wystawiam stopy z balkonu, zamrugam do ciebie bordowym lakierem. Chmury płyną po niebie układając się w bajkowe kształty. Jednooka żaba, król z wąsami i smoki dwa. Wieczorem Hesse na zmianę z Konwickim. Niedługo, jak co roku od już chyba lat dziesięciu, Mistrz i Małgorzata czytani upalna porą. Rutynę boli gardło, rutyna nie będzie krzyczeć.

 

 

Morze się uspokoiło. Ustał sztorm. Wzburzone fale umilkły. Potwór skończył grzmieć. Zrobiło się tak bardzo cicho. Rozbitek przestał wierzgać rękoma, rozbitek przestał krztusić się słonym fałszem. Rozbitek poszedł na dno.

 

A mewy, sępy nadmorskie, będą krążyć jak zawsze. Nie lubię mew.

 

 

czwartek, 08 lipca 2010

 

Znów śni mi się płonące niebo. Ogromna wichura niszczy wszystko, w powietrzu latają drzewa, samochody i wieżowce. Ludzie dawno odeszli za horyzont. Tylko ja stoję na jakimś wzniesieniu i mam zaledwie rozwiane włosy. Powiewają, a ja stoję i patrzę jak kończy się świat. Pada deszcz ognistych kul, granat nieba staje w purpurze, zapala znaną mi przestrzeń. Później nie ma już nic. Z ciemności trafiam do monumentalnego, zrujnowanego budynku. Biegnę boso po zgliszczach, gruzy kaleczą stopy. Powracają te same motywy. Urwane schody, kręte korytarze, obsesyjny seks, zachodzące krwią słońce, podłużne, zdeformowane obłędem twarze i krzyki odciśnięte w folii. Wszystko w oparach szaleństwa, wydychanego z ust gargulca zastygłego w szyderczym grymasie.

 

Po przebudzeniu koszmar wcale nie mija. Jest tylko mniej spektakularny. Bo niepokój nie znika nigdy.

 

----------

(...) Bałam się takiej chwili. Ale nawet nie zabolało, nie tak mocno, jak się spodziewałam. Już nie. Teraz tylko nie myśleć, wyłączyć się. Znam na to dwa sposoby. Alkohol ograniczam, zostaje więc wyjście drugie. Puszczam głośno reggae i tańczę do utraty tchu. Dźwięki krążą we krwi, rytm synchronizuje bicie serca, melodia dyktuje kroki. Staję się jednością z muzyką, a wtedy wszystko znika. Jestem wolna. Tylko w tańcu mogę być wolna, od niego, od siebie, od lęków i koszmarów, od wszystkich moich światów. Po prostu wolna.

 

środa, 30 czerwca 2010

 

Life will pound away

where the light don't shine

its just a broken heart son

this pain will pass away

(Puscifer, Momma sed)

 

Opustoszałe, przepalone żarem ulice dyszą głucho pod stopami. Japonki chyba do końca będą ciąć moją skórę. Leniwe popołudnie, czas zaspał i zagubił się między wskazówkami zepsutego zegara. W przestrzeni brakuje powietrza.

Jem maliny, lepki sok powoli spływa po palcach. K. smaruje nas olejkiem. Szkoda, że wyjeżdża. Wyjedzie jedna z niewielu osób, którym jeszcze potrafię ufać. Szkoda. Ciężkie słońce wypala ze mnie wszystko. Nie chcę mi się nawet rozmawiać. Czarny kot z białą skarpetką, zawsze pełen życia, teraz wczołguje się ospale w cień pod leżakiem. Podstarzały sąsiad podgląda nas zza płotu spod półprzymkniętych powiek. Nawet komary snują się ociężale, niemrawo obsiadając porzeczkę. Nad głową przepastna błękitna otchłań. Jak to wszystko w ogóle mnie nie interesuje. Oczy robią się ciężkie. Wszechogarniająca cisza otumania. Przymykam powieki.

 

- O czym myślisz?

- O tym, że kiedyś, kiedy cię kochałam, chciałam zacałować każdy milimetr twojego ciała. Chciałam żywić się twoim oddechem. Chciałam codziennie umierać w twoich ramionach. Chciałam żyć wiecznie w twoich oczach, dłoniach i pamięci. Chciałam być kroplą potu spływającą po twoim obojczyku. Zabłąkaną rzęsą. Pieprzykiem na karku. Każdym twoim przebudzeniem.

- A teraz?

- Teraz nie pamiętam już nawet jak smakują twoje usta.

 

Otwórz oczy. To tylko sen. Tak jak tamto wszystko, co było. To wszystko to był tylko okrutny, słodko-perfidny, niekończący się sen, prawda? To był tylko sen. Niech przyjdzie burza i przełamie ten duszny koszmar. Niech z chłodem przyniesie oddech, niech przyniesie zmiany. Chcę obudzić się na nowo. Chcę obudzić się naprawdę.

 

change is come

life will have its way

change is come

keep your dignity

take the high road

take it like a man

 

wtorek, 22 czerwca 2010


Moje (nie)zdecydowanie mnie poraża. Nigdy nie wiem, czego chcę. Nie wiem, po co żyję, nie wiem, jaki mam cel w życiu, nie wiem co chcę robić za pięć lat. Nie wiem, co czuję i czy kogoś lubię, czy tak naprawdę wcale nie. Nie jestem zdolna do podejmowania decyzji. Zawsze pytam: a jak ty wolisz? Nie dlatego, że obchodzi mnie jakiś "ty". Pytam, bo nie wiem czego ja chcę. Czas to zmienić.
Bo nie umiem nawet zdecydować się jakie chcę zdjęcia. Byłam wczoraj u fotografa po fotografie do dyplomu. Zrobił chyba z osiem. Pokazuje mi je potem i pyta, z których robić odbitki. Oglądam trzy razy. I nie mogę się zdecydować. Nieważne, że wszystkie wyglądają prawie tak samo. Ja nie wiem.
Może trzecie? Albo nie, piąte.
Czyli piąte, tak?
Drugie jednak.
I tak w kółko. Jedyne czego byłam pewna, to to, że chcę kolorowe. Ostatnio miałam zawsze czarno-białe, więc mówię, że na pewno kolorowe. Dumna z siebie, że raz bez wahania podjęłam jakąś „decyzję”.
Przychodzę dzisiaj. Pan uśmiecha się na wejściu i wita mnie słowami: Pani była taka niezdecydowana, więc na wszelki wypadek zrobiłem też czarno-białe.
No i szlag. Znowu nie wiem. Kolorowe. Nie, jednak czarno-białe. Kolorowe? Pan się śmieje, on nie doradzi, oba mu się podobają.


W końcu decyduję się na czarno-białe. Kolorowe dostaję gratis.

16:00, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (39) »
środa, 09 czerwca 2010

 

Wrócił Diabeł. Siedzi obrażony pod oknem z tą swoją zacięto-ironiczną miną i nic nie mówi. Ale wrócił, zawsze przecież wraca. Brakowało mi go. Jesteśmy sobie potrzebni, on mnie, żebym mogła dalej żyć, ja jemu, żeby mógł w ogóle istnieć. Próbowałam przywołać go w ostatnich miesiącach – ale bezskutecznie. Przychodzi tylko wtedy, kiedy chce. I jest zaborczy. Lubi niepodzielność. Jeśli ma władać moimi myślami, to tylko on, nie chce się z nikim dzielić. Teraz może uśmiechać się triumfująco, w końcu tak jak ostrzegał, dupek zszedł z piedestału i okazał się dupkiem w całej swej dupkowatości. Czego Diabeł oczywiście nie omieszka mi przypomnieć przy każdej okazji. „A nie mówiłem” krzyczy całym sobą. Czasami mam ochotę rzucić w niego wazonem. Rzuciłabym. Gdyby nie był niematerialną projekcją, bytem prosto z mojej głowy.
Nie, nie zwariowałam. Albo może zwariowałam już dawno temu. Nie wymyśliłam go, to nie tak. Sam przyszedł w któryś deszczowy dzień dzieciństwa, tak wiele lat temu, że już nie pamiętam dokładnie naszego pierwszego spotkania. Wiem, że przyszedł wtedy, gdy pojawił się strach. Kiedy zaczęłam bać się ciemności. Nie tej pełnej niepokojących kształtów czających się za zasłonką i nadającej grozy znajomym konturom mebli. Ta nie była straszna. Diabeł przyszedł, kiedy zaczęłam bać się ciemności w sobie. On pokazał, jak ją oswoić, jak żyć z lękiem, jak skryć go głęboko i zapomnieć. Uspokajał szeptem w głowie. Animus (tak, to ten sam, ale nie lubi tej nazwy, że niby gatunkowa i zabija jego indywidualność. Czy coś tam. Mnie się podobała, ale niech już mu będzie) jest ze mną odkąd pamiętam. Choć zmieniał się wiele razy, zmieniał wraz ze mną, każdego dnia. Miał wiele imion i każde było prawdziwe. Od kilku lat używa jednego, ale nie pozwolił go nikomu zdradzić. Każe tytułować się Diabłem. Że niby od nazwiska. Albo że tak go nazwali, kiedy dręczył kota, który wcale nie był kotem (Diabeł przecież lubi koty, jak prycha oburzony), tylko łasicą. Ostatnio chichocze demonicznie (w jego mniemaniu demonicznie, oczywiście) i dumnie twierdzi, że jest Prawdziwym Władcą Ciemności. Ale nie wierzcie mu.


Często gada głupoty.

środa, 02 czerwca 2010

 

Came in from a rainy thursday on the avenue
thought I heard you talking softly
I turned on the lights, the TV and the radio
but still I can't escape the ghost of you

What is happening to me crazy some would say
Where is the life that I recognize, gone away

(Red, Ordinary world)

Ostatnie spotkanie. Wiele sobie po nim – choć nie powinnam – obiecywałam. Nie wiem w sumie na co liczyłam - na wyjaśnienia? przeprosiny? odpowiedzi? Chyba po prostu na prawdę. Ten jeden, jedyny, ostatni raz – na prawdę.
Rzeczywistość jak zawsze pozbawia mnie złudzeń, szybko, bezdusznie. On rozparty nonszalancko na ławce kopie butem mały kamyk i wydycha mi dym prosto w twarz. Obojętnie mówi to, co oni zawsze przecież mówią: ale ja nie wiem czego ty ode mnie właściwie oczekujesz. Co ja mam ci powiedzieć? Tak wyszło, tak bywa. Nie rozumiem o co ci chodzi.
Ja już też nie rozumiem nic. Słowa uciekają. Nie jestem w stanie wypowiedzieć nic z tego, co tak skrupulatnie sobie obmyśliłam. Wewnątrz mnie krzyczy tyle słów, ale nie mogę ich wymówić. Nie potrafię. Niebo jest takie szare.
Wracam do domu okrężną drogą. Dobrze, że pada, łzy mieszają się z deszczem. Tylko drzewa cichymi świadkami, będą miały o czym milczeć przez wieki. Wiatr niesie z oddali przeciągły gwizd pociągu. I drugi. Wszystko wraca, wszystko sobie przypominam, migawki filmu przewijają sie błyskawicznie, choć mam wrażenie, że trwa to całą wieczność. A potem cisza. Tak. W pociągu wszystko się zaczęło, pociągiem wszystko się skończyło. Uśmiecham się smutno. To dobre zakończenie.

And I won't cry for yesterday
there's an ordinary world somehow I have to find
And as I try to make my way to the ordinary world
I will learn to survive




A teraz zasłońmy okna, zgaśmy świeczkę jednym oddechem i otulmy się do snu. Zamknijmy tę historię i odłóżmy głęboko na półkę.
I nie wracajmy do niej nigdy więcej.



sobota, 29 maja 2010

 

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

(K. I. Gałczyński, Prośba o wyspy szczęśliwe)


W dzieciństwie lubiłam wodzić palcem po mapie, puszczać w ruch globus, patrzeć jak okręca się wokół własnej osi – i zatrzymywać go gwałtownie: tu, tu chcę być. Góry, rzeki, oceany czy państwa nie miały żadnego znaczenia, równie dobrze mógł być to atlas świata, jak i mapa fikcyjnych krain z książki. Chciałam być gdzie indziej, kiedy indziej, po prostu, czując, że gdzieś tam jest moje miejsce, mój dom. Moje ja.
Później przyszła szkoła, atlas stracił swoją magię i powędrował do plecaka, globus schował się do szafki i pokrył kurzem. Tęsknota pozostała. Coraz bardziej dotkliwsza, głodna, woła wciąż, by rzucić to wszystko, uciec, odciąć się od przeszłości, od ludzi i wspomnień – i wyjechać gdzieś daleko. Zacząć od nowa. Zacząć po prostu. Szukać tych swoich wysp szczęśliwych.


Na tym, czy na innym świecie, nieważne. Kiedyś je znajdę.

piątek, 21 maja 2010

 

Te kłamstw oceany, te niedobre przeczucia
Latające dywany, nagłe serc ukłucia
Nie przegonię ręką z czoła czarnej chmury
A o czym szumią drzewa lepiej jest nie wiedzieć.
(Grabaż i Strachy na Lachy)

Tyle słów we mnie jest, których nie ma komu powiedzieć. Tyle nie napisanych wiadomości. Pakiet uśmiechów bez przeznaczenia i milion myśli wysyłanych w kosmos. Po co krzyczeć, i tak nikt nie usłyszy. W nocy burza, otwieram szeroko okno. Zapach powietrza łączy się z różanym olejkiem do ciała, krople deszczu przy akompaniamencie grzmotów dzwonią równomiernie o parapet. Po głowie znów snują się bezsensowne, irracjonalne fantasmagorie. Nie potrzebuję. Dopiero poranek koi bezsenność - pierwsze słońce od dawna. Niech trwa.




1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.