Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
środa, 13 października 2010

 

Jednak operacja. Leki nie chcą pomóc, więc nie ma wyjścia i w listopadzie moje jajniki będą maltretowane laparoskopią. Nie powiem, żebym skakała z radości. Wiem, że to jest konieczne, że czekanie przyniosłoby prawdopodobnie tylko zmiany na gorsze – ale się boję. Samej operacji, ale też tego wszystkiego, hospitalizacji i mnóstwa absurdalnych szczegółów. Ja po prostu czuję irracjonalny lęk przed samymi szpitalami. Boję się, że właściwie nie wiem, co i jak, boję się, że zostaną mi blizny i szlag trafi mój ładny brzuch (już mi wystarczy jedna pod ramieniem, miała być „niewidoczna” a jest wielka jak cholera), boję się tych wszystkich pielęgniarek i szpitalnej atmosfery, która spycha mnie w depresyjny dół, boję się, że coś pójdzie nie tak i wytną mi cały jajnik albo rozpieprzą coś innego, boję się narkozy (że się obudzę podczas zabiegu, że będę czuła bez możliwości reagowania albo że się w ogóle potem nie obudzę), boję się tego, że będę tam szła całkiem sama i nikt mi nawet mi nie powie, że te wszystkie strachy są idiotyczne i nie ma czego się bać. Nie powie, bo przecież ja jestem taka niby twarda (haha) i nawet nikomu nie powiedziałam. Bo ja każde jak się czujesz/co słychać kwituję spokojnym „wszystko jest okay”. Ale nie jest, kurwa, nie jest. Niedobrze mi od bólu, niedobrze mi od strachu i niedobrze mi od własnej słabości. Wszystko potęguje fakt, że myślenie o tym przywołuje inne, wcale nie lepsze wspomnienia i cofa pamięć do tego cholernego majowego dnia, który przecież miał wyglądać zupełnie inaczej. Ale nie wyglądał. 

Myśli powoli cofają się jeszcze dalej, pociąg wstecz do zapomnianych krain. Psychologowie nadaliby pewnie temu jakąś etykietkę, forma wyparcia, represja czy coś w tym stylu. Nigdy o tym nie mówiłam, rzadko o tym myślałam. Jedenaście lat i najdłuższy tydzień w życiu w szpitalu chorób zakaźnych. Wtedy chyba pierwszy raz poczułam tę okropną samotność i strach, który później towarzyszył mi przez wszystkie dni. Pamiętam, że wtedy zamknęłam się w świecie swoich snów i marzeń, a odcięłam od tego rzeczywistego. Tam było tak nierealnie, leżałam otępiała po lekach i mogłam tylko wędrować po krainach w mojej głowie, który były barwniejsze niż białe ściany korytarzy, w których nie było pielęgniarek wyzywających od kurw dziewięcioletnią dziewczynkę, bo zbiła termometr, nie było tego okropnego „jedzenia” (pasta z psa na zmianę z nóżkami w galarecie i kotlet-podeszwa z buta, nic tam nie jadłam i wyszłam jeszcze chudsza niż byłam). Nie było pobudek o szóstej rano na mierzenie temperatury i codziennych popłuczyn. Nienawidziłam popłuczyn. Pamiętam, że szło się długim, ciemnym korytarzem ze szklanką wody parzącą dłonie. Była tak gorąca, że w drodze do łazienki musiałam przystawać dwa razy i stawiać ją na chwilę na podłodze. W łazience trzeba było wymiotować, na posiew. Nigdy nie umiałam tak na zawołanie, więc pielęgniarka wpychała mi na siłę do gardła plastikową rurkę, wyzywając mnie przy okazji od dziwadeł (bo jak to tak, nie potrafić rzygać na zamówienie? To na pewno jej na złość tak). Nigdy nie lubiłam pielęgniarek.

Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Pamiętam, że coś tam się we mnie zmieniło, ale było kilka aspektów, które pozwoliły przetrwać i nawet, w jakiś dziwny sposób, pomogły uczynić pobyt tam nieco bardziej znośnym. Codziennie odwiedzali mnie rodzice, siedzieliśmy przy małych kwadratowych stolikach w pokoju odwiedzin. Przynosili ze sobą normalność, pozwalali utrzymać się w rzeczywistości. Raz przywieźli też ze sobą sporą maskotkę, pluszowego łosia. Mam go do dzisiaj. Niezapomniane, niezwykle były też wschody słońca, które obudziły we mnie pragnienie piękna. W pokoju nie było zasłonek, nie potrafiłam tam spać, mogłam więc całą noc obserwować niebo. Od granatu wieczoru przez rodzącą się purpurę, nad rankiem łagodzoną przez złote przebłyski. Wtedy pokochałam chmury. Była jeszcze trzecia kwestia, bez której byłoby niewyobrażalnie ciężej to znieść. Pamiętam, że kiedy zamknęły się za mną drzwi pokoju, do którego mnie przydzielono, stałam tam, chuda i drżąca z plecakiem w zimnych dłoniach. Rozpaczliwie rozejrzałam się po sali. Na łóżku po prawej stronie przy drzwiach siedziała Wariatka. Miała ciemne, krótko ścięte włosy i przenikliwy wzrok. Była nieobliczalna, od śmiechu przechodząc w dziwne milczenie. Trzymała się razem z młodszą dziewczynką. Pamiętam, że wzbudzały we mnie jakiś niepokój i obrzydzenie, gdy Wariatka wyskubywała jej chudymi dłońmi pchły z włosów (czystość w szpitalach to najwyraźniej mit). Dalej siedziała Gruba Gośka. Miała donośny śmiech i tłuste uda. Nocą przychodził do niej pryszczaty, brzydki chłopak z końca korytarza, ich jęków i stęków długo nie mogłam wyrzucić z pamięci, prześladowały mnie w tych dziwnych, śliskich snach. Na szczęście było jeszcze jedno łóżko, po lewej stronie, za moim. A na nim szatynka z niezwykłymi, kocimi zielonymi oczami, w których pobłyskiwały złote iskierki. Miała bladą skórę, kontrastującą z czarnymi sztruksami, czarnym podkoszulkiem i długimi, ciemno pomalowanymi paznokciami. Cała była obwieszona wisiorkami i rzemykami a w uszach miała mnóstwo kolczyków. Marta. Od razu, kiedy tylko tam weszłam, poczułam z nią jakąś dziwną nić porozumienia, zresztą, gdyby nie ona, nie wiem, czy bym tam wytrzymała, ja chyba też w jakiś tam sposób przynosiłam jej ulgę. Była sporo starsza, chodziła wtedy do trzeciej klasy LO, ale dobrze nam się rozmawiało. Albo wspólnie milczało. Zawsze trzymałyśmy się razem, we dwie, na stołówce siadając w rogu sali i śmiejąc się z tamtejszych „przysmaków”, w łazience pilnowałyśmy sobie ręczników. Czasem sadzałam jej pluszową maskotkę na kolanach, a ona mi coś rysowała (przepięknie jej to wychodziło), a czasem po prostu słuchałyśmy muzyki z słuchawek. Podziwiałam ją. Nigdy nikt nie był dla mnie autorytetem, a ona, spokojna, małomówna z tym delikatnym uśmiechem skrywającym pokłady energii i siły, ona była. Kochałam ją. Tak jak tylko dzieci kochać potrafią, takim prostym, niewymagającym, bezkresnym i nieżądającym niczego w zamian uczuciem. Lubiłam myśleć, że gdyby moja siostra żyła, gdyby miała szansę dorosnąć, byłaby właśnie taka. Delikatna, tak bardzo delikatna, a przy tym tak silna. Wróciła raz z bronchoskopii, cała wycieńczona i przeraźliwie blada. Nie miała siły się ubrać, pomagałam jej zakładać bieliznę i bluzkę, a ona wymykała mi się z rąk, skrajnie wyczerpana. Ale to ja byłam bardziej przerażona od niej. Ona uśmiechnęła się słabo, ale z niezwykłą siłą i mówiła, że nie ma się czego bać, a to minie i wszystko będzie dobrze.

 

Po wyjściu ze szpitala nie spotkałam jej już nigdy więcej, czasem jednak, gdy widzę młodą kobietę obwieszoną kolczykami i ze złotymi iskierkami w zielonych, kocich oczach, myślę sobie, że

 

Marta, może ma na imię Marta.

 

23:41, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (12) »
sobota, 02 października 2010

 

SMS przychodzi, kiedy piję poranną kawę. Nie wiem, w co ty grasz, ale ja mam już tego dosyć. Dopiero po drugim przeczytaniu dociera do mnie jego sens, choć nadal nie bardzo rozumiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę adresata, z którym – wbrew temu, co jak widać, sobie ubzdurał – nic mnie nigdy nie łączyło. Na żadnej płaszczyźnie, fizycznej, towarzyskiej, intelektualnej czy emocjonalnej. Kilka rozmów, parę wiadomości rozciągniętych w czasie. I tyle. Żadnej chemii, żadnego porozumienia. Nic. Widać nie tylko ja nadinterpretuję i zwykłym sprawom dodaję drugiego dna. Jak to śmiesznie wygląda z drugiej strony.

Robi mi się nawet trochę przykro, tylko chyba nie z tego powodu, z którego powinno. Gdybym umiała się przejąć. Gdyby mogło mnie to jakoś poruszyć. Gdybym umiała żałować. Gdybym potrafiła napisać „przepraszam, nie chciałam”. Gdyby mogło mi zależeć na osobach, którym zależy na mnie. Wtedy wszystko byłoby takie proste. Gdybym. Ale nie umiem, nie potrafię, nie wiem nawet, czy chcę. Kończę spokojnie kawę i odkładam telefon. Jutro zapomnę.

W co ja gram? Zasady są proste. Za moje serce - kilka serc. Naturalna kolei rzeczy.

 

sobota, 25 września 2010

 

Czasami wolę być zupełnie sam

Niezdarnie tańczyć na granicy zła

I nawet stoczyć się na samo dno

Czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk

Posiadam wiarę w niemożliwą moc

Potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok

Mogę poruszyć was na kilka chwil

Tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być

(Coma, Leszek Żukowski)

 

Nie potrafię już chyba tęsknić za nikim, choćbym może i chciała, nie odpisuję, znowu nie oddzwaniam, odwołuję prawie wszystkie spotkania. W jakiś absurdalny sposób brakuje mi ludzi, których nie ma. Kolejny kiepski żart umysłu, który projektuje taśmowo byty w mojej głowie. Daj mi uśmiech, stworzę człowieka. Odtrącam ludzi prawdziwych, by otoczyć się kreacjami z obłąkanych snów. Nie potrafię wyjaśnić, że wcale nie jest źle, że czasem po prostu muszę być sama ze sobą. Przemyśleć kilka spraw, doprowadzić do końca niedokończone wątki. Wytłumaczyć sobie parę niewypowiedzianych słów. Rozmowy z innymi rozpraszają, odsuwają myśli na inny plan. A to nie zniknie. Dopóki nie zrozumiem, nie zniknie. Czaszkę rozrywa przemożne pragnienie czegoś nieokreślonego, niezdefiniowanie uczucia pulsują w żyłach. Ciągle mam wrażenie, że mylę ścieżki, że wsiadam nie do tego wagonu, że wysiadam za późno lub zbyt wcześnie. Że coś mi umyka, że zapominam o czymś ważnym. Że coś przegapiłam, a powrotów nie będzie.

 

Na pewno czułeś kiedyś wielki strach

Że oto mija twój najlepszy czas

Bezradność zniosła cię na drugi plan

Czekanie sprawia że gorzknieje cała słodycz w nas

Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept

Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen

Słowa zlewają się w fałszywy ton

Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd

Okłamali mnie z nadzieją że

Uwierzyłem i przestanę chcieć

Muszę leczyć się na ból i strach

Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak

 

Wędruję gdzieś, bez celu i planu, nogi same wybierają zapomniane przez pamięć ścieżki. Jak mnie tu dawno nie było. Idę powoli, celebrując zawieszone w przestrzeni impresje, staram się widzieć, a nie tylko patrzeć. To trochę karmi ten głód nieokreślonego, przyćmiewa go na chwilę. Wierzba długimi kosmykami łaskocze mnie po twarzy, rozbita butelka połyskuje z chodnika. Idę pustą, oblaną przez słońce ulicą, a wiatr rozwiewa mi włosy. Czasem mam wrażenie, że mogłabym tak iść bez końca, dalej i dalej, szukając tęczy. Zatrzymuję się dopiero przy opuszczonym, porośniętym winoroślą domu. Porozbijane okna jęczą cicho, zapomniane drzwi są brudne od samotności. Mimo tego, a może dzięki temu, wciąż jeszcze ten dom ma coś pięknego w sobie, w rozbiciu i smutku znalazłszy coś majestatycznego. Chciałabym. Usta drgają nieznacznie. Nawet głupia foliowa torebka unoszona delikatnie przez wiatr ma w sobie coś, co wydziera strzępki z duszy. Jest odpowiedzią na wszystkie pytania, których wciąż boję się zadać. Bo przecież. W słońcu świat wydaje się prostszy, ale to tylko złudzenie. Strach i tak wróci, wróci razem z nocą, jesiennym deszczem i chłodem, który przychodzi znikąd i boleśnie kłuje w serce. Wiem.

Grupa Chińczyków przygląda mi się z obleśnymi uśmiechami, może dobrze, że nie rozumiem co mówią. Siadam na poręczy schodów, z słuchawek płynie Coma wymieszana z Clintem Mansellem. Zapisuję urywki myśli wędrujących mi po głowie na skrawku kartki, naiwnie licząc, że co zapisane, to oswojone. Zagryzam ołówek i chwilę przypatruję się przechodzącym niedaleko ludziom. Z lekką zazdrością spoglądam na trójkę dzieciaków bawiących się na wielkim drzewie. Było kiedyś takie jedno, ogromne z szerokim pniem i rozłożystymi ramionami. Można było wspinać się po gałęziach i ukrywać pod gęstą koroną. Lubiłam obserwować chmury przez połyskujące od słońca liście. Drzewo ścięto, został tylko ogromny pień, którego widok zawsze coś mi odbiera. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę, wsłuchując w czyjąś gitarową grę dobiegającą z bloku. Pamiętam, że na początku powiedział, że nie chce pakować się w moje życie z brudnymi buciorami, bo kiedyś odejdzie, a plamy zostaną. Zostały, kolejny cień pełzający po moim umyśle, oplatający pamięć ciężkim uściskiem zimnych dłoni. Spadam powoli przez dni z otwartymi powiekami. Ale przecież nieważne, już nie. To tylko moment, to tylko chwila słabości. Wyrośnie nowe drzewo, a ścieżki kiedyś znajdą się właściwe. Słońce nadal będzie odbijać się w potłuczonym szkle, a torebka nie przestanie wirować na wietrze. Reszta nie jest ważna, już nie. Niczego nie będzie żal, jak śpiewa Rogucki. Niczego.

 

piątek, 17 września 2010

 

Lecą na nas planety wszystkie

Lecą liście

Lecą na nas planety wszystkie

Pomarańcze kupię Ci

(Kombajn do zbierania kur po wioskach, Planety i liście)

 

Ognik świecy mruga nieregularnie, jakby pogrążony w pokracznym tańcu, nieudolnie próbując oddalić koniec. Cienie rzucane na ścianę przyglądają mi się z zaciekawieniem, czy to krab wypełza zza szafy? Za chudy słoń układa się w znak niepewny zapytania, krokodyl kłapie paszczą. Po ustach plącze się uśmiech leniwy zbyt by cokolwiek powiedzieć. Trwam sobie w zawieszeniu i bezskutecznie szukam księżyca za oknem. Dziwne myśli usypiają przytulone do poduszki, wyobraźnia spaceruje między gdy a gdyby. Znowu słucham Kombajnu, czytam Cortazara, oglądam smutne filmy i piję herbatę z cytryną.

Jesień.

poniedziałek, 13 września 2010

 

I najbardziej wkurza, że ja przecież wiem, że to są bzdury, które nigdy nie miały znaczenia. Że przecież zdawałam sobie sprawę z tego wszystkiego, ale to nie było ważne. Że teraz tylko szukam w tym oparcia, bo nie chcę znowu się przewrócić. Wkurza, że musiałam zerwać kontakt z kilkoma znajomymi, bo to przecież byli przede wszystkim jego znajomi. Wkurza, że omijam szerokim łukiem jego pracę, żeby tylko na niego nie trafić. I wkurza, że pamiętam o jego urodzinach, choć ja przecież nigdy nie pamiętam żadnych takich dat.

 

Tak sobie mówię. I wkurza mnie powtarzane jak mantra co dzień. Wmawiam to sobie, próbując zbrzydzić sobie jego osobę, bo wolę czuć złość niż żal. Bo może tak będzie łatwiej. Bo może w ten sposób wreszcie wyrzucę to z siebie tak ostatecznie, do końca. Żeby nie zostało nic. I choćbym musiała zdeptać wszystkie te dobre wspomnienia, to tak będzie lepiej dla mnie. Nie chce dłużej deptać siebie. Wkurza, że wciąż jestem za słaba i wystarczyłoby jedno spojrzenie jego za małych oczu, żebym poszła na dno. To takie śmieszne, do jakiego stanu potrafi doprowadzić jeden człowiek, to śmieszne, że albo nie zależy mi wcale albo zależy za bardzo. I wiem, że choć pogrzebałam to tak głęboko w sobie, jak tylko byłam w stanie, to w każdej chwili może nikczemnie wypełznąć ze swojego grobu i zacisnąć śliską, lodowatą dłoń na moim gardle. Wiem, że wystarczyłoby jedno słowo wypowiedziane tym niskim, znudzonym głosem. Jedno słowo i znowu, jak te kilka miesięcy temu, znalazłabym się na podłodze w łazience, zastanawiając się jak będzie łatwiej. To takie śmieszne, jak prosto jest kłamać, uśmiechać się i błyskawicznie pozbawiać oczy łez. Powinni dać mi Oscara za tę rolę, ale w sequelu nie chcę już grać. Nigdy.

Ja bym tylko chciała, żeby tego nie było. Żeby zniknął, pękł jak bańka mydlana. Żeby jego już nigdy nie było. Dziś i jutro. A najbardziej wczoraj. Ja bym tylko chciała zapomnieć. Zapomnieć o zapominaniu. Zapomnieć, że zapomniałam. I nigdy już nie tęsknić.

 

 

Mała przerwa na reklamy: otóż, proszę państwa, zakochałam się. Absolutnie i ogromnie. W fanfiku. Żeby było śmieszniej, w fanfiku HP (a myślałam, po tych katastrofach czytanych na RO, że nigdy mi się żaden nie spodoba). Dwubiegunowa na pewno wie, czym się właśnie zachwycam, a resztę zapraszam tu. Nawet jeśli ktoś za Harrym nie przepada (jak ja), to warto. Pottera właściwie nie ma (i całe szczęście, bo przez niego nie miałam cierpliwości przeczytać wszystkich części oryginału), jest za to idealnie poprowadzony, uwiarygodniony i fascynujący Voldemort. Tylko ostrzegam, wciąga. (Aż nawet odwołałam spotkanie dziś, żeby skończyć czytać, cóż poradzę, że Czarny Pan bardziej działa na moją wyobraźnię niż Zawsze-I-Wszędzie-Uprzejmy kolega D.)

 

I naszła mnie chęć żeby znowu coś pisać. Tylko, cholera, ja nie mam cierpliwości do fabuły i wątków pobocznych. Pewnie jak zawsze wyszłoby zbyt, hm, monotematycznie.

No tak, nie powinno mnie to dziwić, nie kiedy w dzieciństwie prawie uczyłam się składać literki na Markizie de Sade. To ja może jednak nie będę niczego pisać. Lepiej nie.

 

13:56, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 września 2010

 

Pod jednym przynajmniej względem idealnie wpisuję się w rolę stereotypowej kobiety. Mianowicie, uwielbiam zakupy. Nawet jeśli niczego nie kupuję, lubię chodzić po sklepach (chyba że akurat szukam czegoś konkretnego, a tego czegoś nigdzie nie ma – wtedy jestem poirytowana wyjątkowo i lepiej w drogę mi nie wchodzić). Godzinami. Oczywiście nie mam na myśli supermarketów i pogoni za żółtym serem (i tak niezmiennie kupuję edamer, mięciutki, lekko słodki i z dziurami – kwintesencja żółtoserowatości), tudzież sałatą – ale przede wszystkim sklepy z książkami, filmami i ubraniami. Pół dnia mogę przerzucać płyty w poszukiwaniu czegoś ciekawego czy przymierzać ciuchy (gorzej, że zawsze jestem niezdecydowana i drugie pół dnia schodzi mi na zastanawianiu się co wybrać, a to już takie fajne nie jest). Uwielbiam kupować bieliznę – nie wiem co prawda po cholerę mi kolejny koronkowy komplet, ale jakoś nigdy nie mogę im się oprzeć. (Ach ta moja słaba wola. Jak ja ją lubię.) Najchętniej jednak chodzę do sklepów z wyposażeniem wnętrz. Cały dzień mogę przechadzać się długimi korytarzami IKEI, Leroy Merlin czy Home&You (no, w tym ostatnim długich korytarzy może nie ma, ale za to mnóstwo przepięknych drobiazgów – jak najbardziej). Nawet jeśli niczego nie kupuję (mhm, to raczej rzadko się zdarza), to dziką przyjemność sprawia mi oglądanie tych wszystkich mebli, zasłonek, paneli, śrubek, kompletów naczyń, kieliszków, wazonów, poduszek, ramek, luster, obrazów, świec, kadzidełek, pachnidełek i pudełeczek. Zawsze w myślach projektuję sobie wnętrze mojego przyszłego domu, z każdym drobiazgiem i detalem. Wiecie, takiego wymarzonego domu, ze snów. Niewielkiego, ale przytulnego, z kominkiem, mnóstwem książek i niezwykłą atmosferą. I kotem. Kot musi być, nieważne, że mam alergię i by mnie wykończył, ale zawsze marzyłam o kocie, najlepiej z długą sierścią i puchatym ogonem. I żeby jeszcze morze za oknem było. Albo chociaż niedaleko. W takim domu nie byłoby złych myśli, koszmary zostawałyby za progiem. W takim domu rozbrzmiewałby tylko śmiech i dźwięk gitary. I byłby On. Oparty o framugę drzwi, z tym swoim lekko kpiącym uśmiechem i wywołującym dreszcz spojrzeniem ciemnych oczu. Mój Diabeł. Może tylko nieco bardziej rzeczywisty.

Tak, kiedyś będę miała taki dom.

 

 

W czasie remontu natknęłam się na swoje stare pamiętniki. Popijając gorące kakao, zaczęłam przeglądać te najstarsze, z podstawówki. Uśmiech wywołał nieposkromiony potok bzdurek, które kiedyś namiętnie tam wypisywałam, nie żałując słów i kolejnych kartek. Opisy kłótni z koleżankami, pierwszych miłości, zielonych szkół i zepsutego skanera. Uśmiech zmienił się w lekkie zażenowanie, gdy czytałam „wiersze”, które kiedyś tworzyłam (dobrze, że już ich nie piszę, to była zdecydowanie dobra decyzja, oj tak. Wybaczyłabym sobie, gdybym te głupoty pisała w wieku lat siedmiu, ale nie dwunastu) i delikatny smutek, gdy znalazłam myśli niebezpiecznie bliskie do tych współczesnych. Uczucia, odczucia – te same co teraz. Tak bliskie, tylko gorzej wyrażone, niewprawionym jeszcze zupełnie piórem: „po co tak się spieszysz? po co tak wołasz? nie lepiej zamknąć się przed światem, przed tymi wszystkimi pytaniami? (...) nie pytaj mnie kim jestem, bo uśmiechnę się tylko bezradnie i nic ci nie powiem (...) ile można trwać? w nieskończoność? Najbardziej uwielbiam noce, wtedy mogę bezkarnie marzyć. Ale ile tak można żyć? ile? i po co? (...) chętnie bym z kimś pogadała. Nie mam z kim (...) i to mi dało do myślenia. Śmierć to pójście na łatwiznę. Życie jest ciężkie, ale trzeba mu podołać. Trzeba. (…) No i znowu łzy garną się do oczu zupełnie bez powodu… a może powód jest, ukryty zbyt głęboko w duszy? Może ja wcale nie jestem, może mnie wcale nie ma. Nie ma i nigdy nie będzie. Przejdę obok i nie zauważę sama siebie. Gdy odejdę w dal, nikt nawet nie obejrzy się za mną, nie poczuje, że czegoś brak. Może mnie nie ma i nigdy nie było.” Jedenastolatki nie powinny tak pisać. Nie powinny.

Zupełnie rozklejam się natomiast, gdy docieram do fragmentów o Bartku, koledze z klasy, może przyjacielu. Jeśli kiedykolwiek miałam przyjaciela – prawdziwego, nie tylko takiego z nazwy – to on nim był. Czytam kolejne strony i to wszystko jak żywe rysuje mi się przed oczami, przypominam sobie wszystkie zabawne sytuacje (walka na szczotki, ciągłe kłótnie na przerwach i bal, na który oczywiście się spóźnił), w pamięci ożywają zapomniane już dawno słowa. Chyba się we mnie podkochiwał trochę, a ja oczywiście tego nie zauważałam, tragicznie i beznadziejnie zakochana w obiekcie nieosiągalnym: niesamowicie wysokim brunecie o chmurnym spojrzeniu i wyrazistych brwiach (tak, to zawsze jest jakiś brunet łypiący okiem). Nie dostrzegałam, że mam obok siebie kogoś, na kim mogę zawsze polegać. Może trochę przez to, że do mnie wtedy trzeba było mówić wielkimi literami, a on był trudny w odbiorze. Często upierdliwy, niesamowicie bezczelny, szczery aż do bólu i wyjątkowo złośliwy. Jak on mnie denerwował. Jak on mnie potrafił rozbawić. Nieważne, jak bardzo byłabym smutna, zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, jak nikt inny. Mówił coś złośliwego, co wyprowadzało mnie z równowagi i irytowało. Wściekła zaczynałam na niego krzyczeć, by nagle ze śmiechem uświadomić sobie, że już nie jestem smutna.

Brakuje mi tych jego ironicznych uwag i kpiących spojrzeń. Chciałabym z nim pogadać, chciałabym, żeby tu teraz był. Ale on już nie przyjdzie przecież. Ja pójdę do niego, opowiem mu o kolejnych głupstwach, które zrobiłam i rzeczach, które powinnam, a których nie zrobiłam. Wytłumaczę się z milczenia i opowiem ten absurdalny żart, który zawsze nas śmieszył, choć żadne nie pamiętało już jego znaczenia. Położę drobny, kruchy kwiatek na zimnym granicie, nie lubił przecież przepychu. Zobaczysz, śmiał się kiedyś, dawno już będę zakąską dla robali, a ty nadal będziesz pamiętać.

Zawsze musiał mieć rację.

 

Patrzenie na samoloty uspokaja. W locie jest wszystko, czysta doskonałość. Zawsze chciałam być ptakiem.

(fot. własne)

 

17:42, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 września 2010

 

Przyjedź.

Rzucone najpierw niedbale, niezobowiązująco, nagle obrasta w drobiazgowe plany i terminy, zaczyna żyć własnym życiem. Przyjedź wzbudza tak znajomą chęć ucieczki, ja niepewnie stawia krok do tyłu. Wycofuję się, już nawet bez prób zracjonalizowania niepewności. Próba przekonania siebie, że może warto, przegrywa z włączającą się lampką ostrzegawczą. Przecież nie chcesz rozbić się kolejny raz krzyczy jaskrawy znak stop. Pod skórą drżą przeczucia, intuicja zaśmiewa się protekcjonalnie. Nudna jestem z tym ciągłym wpadaniem w tę samą pułapkę.

 

Przyjedź.

Życie M. jest dla mnie zbyt szybkie, zbyt głośne, zbyt spektakularne. Ja przecież wolę bezpieczne półcienie. Przekonuję sama siebie, że codzienne imprezy zakrapiane litrami alkoholu, spontaniczne wypady, w sobotę bandżi, w niedziele skok ze spadochronem i ciągłe szaleństwa bez zobowiązań to najgorsze w co mogę się teraz wplątać. Może mogłabym znów być dziewczyną, którą trzymał tamtej nocy w ramionach; przez chwilę nie myśleć, po prostu być – tak jak wtedy. Może mogłabym zapomnieć, przez moment uwierzyć, że jestem kim innym, żyć cudzym życiem, czerpać z jego energii i oddychać nie swoimi pragnieniami. Może mogłabym. Ale, choćbym nie wiem jak bardzo chciała oszukać samą siebie, to by było tylko na chwilę. Kolejne kostiumy, maski i nie moja twarz. Jestem już zmęczona graniem kogoś, kto wiecznie ginie w pierwszym akcie. Chciałabym wreszcie móc być sobą. Żeby rozumiał, bez tłumaczenia, bez słów. Żeby wiedział. Chciałabym wykrzyczeć: patrz, to ja. Ja to moje koszmary. Moje lęki i strach, który co noc łapie za gardło. Niepewność jutra, zamglone wczoraj i dzisiejsze drżenie dłoni ukrywane w kieszeniach. Chcesz z nami żyć? Naprawdę chcesz? Przyjmiesz mnie z całym moim strachem?

Nie winie go za to, że nie zrozumiałby. Że ktoś, kto nie boi się niczego, by się bał. Niezrozumienie zawsze wzbudza lęk. To, co we mnie żyje już tyle lat, może mógłby pojąć tylko ktoś, kogo umysł stał się takim samym koszmarem bez dna, ktoś, kto na co dzień żyje pośród bezdroży paranoi i ciemnych pomieszczeń z zabitymi oknami. Ktoś, kto spadałby wraz ze mną, bo z labiryntu bez wyjścia przecież wyjścia nie ma.

 

Przyjedź.

Wybrzmiało echo. Ale przecież. To i tak bez znaczenia.

 

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

 

nie - naprawdę kocham deszcz

uwierzcie mi

nie - naprawdę kocham deszcz

dodaje sił

(R. Kasprzycki, Naprawdę kocham deszcz)

 

Zachwycające zderzenie ciemnoszarych kolosów z granatowym niebem. Nic ma chyba drugiego tak fascynująco pięknego zjawiska jakim są chmury. Wiatr wygina drzewa, ulewa spływa ulicami. Biegnę popękanym chodnikiem, skacząc przez kałuże. Jak w odległym kiedyś, które nieśmiało wychyla spod zmęczonych powiek. Przypomina chudą dziewczynkę ze skakanką, zawsze samą, zawsze w deszczu. Raz, dwa. Melodia kropel wyznaczała rytm. Raz, dwa. Mokre dżinsy lepią się do ciała, w sklepie z farbami przecieka dach. Równomierne kapanie zapełnia zielone wiaderka. Raz, dwa. A od jutra malowanie. Każdą niedoskonałość przykryć farbą. Zamalować przeszłość grubą warstwą. Gdyby. Lubię malowanie.

 

lubię gdy deszcz obejmuje mnie

mówiąc że nikt nie zobaczy łez

nikt nie wyśmieje nie zrani już

tak szepcze deszcz mokry anioł stróż

 

i wiem że już będę zawsze sam

bez gorzkich prawd i półsłodkich kłamstw

lecz jeśli tego naprawdę chcesz

samotność jest jak deszcz

 

Staję na środku drogi i unoszę twarz ku niebu. W deszczu jest wolność. Pachnące waniliową melancholią i mokrymi płatkami róż wyzwolenie. Ze śmiechem dziękuję za parasol i pozwalam przez chwilę kroplom płynąć po twarzy. Tusz rozmazuje się pod okiem. Raz, dwa. Dziewczynka wiecznie skacze przez deszcz. Powoli odnajduję kawałki siebie, rozrzucone niedbale jego dłonią z niedopalonym papierosem. Mi corazón de cenicero, my ashtray heart. Powoli odnajduję siłę. Powoli odnajduję zgubiony rytm. Raz, dwa. Raz, dwa.

 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

 

Tyle było dni do utraty sił

Do utraty tchu tyle było chwil

Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic

Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

 

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy

(M. Grechuta, Dni, których jeszcze nie znamy)

 

Jest dobrze. Lekko, słonecznie. Przeciągam się na kocu i zdejmuję z uszu słuchawki. Piję mrożoną kawę i spotykam się ze znajomą niewidzianą chyba pięć lat. Rozmawiamy, jakby tej przerwy nigdy nie było. Śmieszne, kiedyś nawet za bardzo jej nie lubiłam, teraz miło spędzam czas. Umawiam się z ludźmi, nie zakładając z góry, że będzie nudno. Po dwóch chyba już latach zgadzam się na spotkanie z D. (a niech mu tam, za wytrwałość godną podziwu). Bo w sumie – czemu nie? Powiedziałam sobie, że nie będę z góry skreślać ludzi. Że dam im szansę. I sobie też. Kolejny raz. Bo może jednak warto. Bo może kiedyś.

Stoję na balkonie i wpatruję się w okrągły już księżyc. Szepczemy sobie obietnice lepszego jutra. Bo może kiedyś. Uśmiecham się kącikiem ust. Jest dobrze. Nie, nie zakochałam się. Nie wygrałam na loterii. Nie stało się nic nadzwyczajnego, wyjątkowego. Po prostu jest dobrze. Bez powodu. Może w żyłach szumi mi jeszcze morska bryza, a w płucach mam tamtejszy spokój. Coś zapaliło się w środku i mówi, że warto.

Czuć.

Chcieć.

Próbować.

 

Że warto.

(fot. własne)

 

czwartek, 19 sierpnia 2010

 

Belief in the breeze,

The smoky morning haze.

The sun on her face,

and the touch of lovers' hands.

The pain that comes today,

Is here, then goes away.

(Whitley, More Than Life)

 

W Gdańsku zakochałam się już dawno temu. Za każdym razem, kiedy jestem w tym mieście, czuję, że to jest „to”, że jestem u siebie. To chyba jedyne miejsce tutaj, w którym mogłabym (chciałabym) mieszkać na stałe. Przeprowadzić się choćby zaraz. Jako jednostka zdecydowanie mieszczuchowata, muszę mieć „cywilizację” na wyciągnięcie ręki, mniejsze mieściny czy wieś kojarzyły mi się zawsze z nudą i brakiem perspektyw, zaszycie się w górskiej chacie odpowiadałoby mi jak najbardziej – ale jako rozwiązanie tymczasowe. Musi być miasto. Wielkie, gwarne, tętniące życiem, a zarazem mające w sobie piękno, magię, czar, dużo przestrzeni i miejsca, gdzie przychodzi wolność, w których można się zaszyć. Czyli Gdańsk. Bo taka Łódź, pomijając oczywistości typu brak morza – przytłacza, dusi. W jakiś sposób kocham to miasto, ale jest to uczucie niewątpliwie ciężkie. Męczące, toksyczne. A z Gdańskiem zawsze było inaczej. Tym razem też się nie zawiodłam. Podziałał kojąco, uzdrawiająco, jak balsam. Nie chodzi już o takie sprawy jak ładniejszy kolor skóry (nie tyle istotna intensywność, ile jakość opalenizny, taka nadmorska jest jednak jedyna w swoim rodzaju), czy „magiczne” właściwości tamtejszego powietrza, dzięki któremu włosy stają się pięć razy gęściejsze i błyszczące. Najważniejsze, że tamtejszy wiatr wiejący od morza odświeża też myśli. Słońce rozgania smutki. Gorący piasek pod stopami i woda głaszcząca łydki przywracają chęć do życia.

 

To touch something real,

Will help your wounds heal,

Like the sun on your face,

The dreams of starry nights.

 

And we are homeward bound,

And I,

I want this more than life,

I want this more than life,

I want this more than life...

I want this more than life.

Mogłabym tak codziennie popołudniami leżeć kołysana wiatrem i błądzić wzrokiem po chmurach płynących po niebie. Bez końca spacerować brzegiem plaży i wpatrywać się w horyzont. W morzu zapisana jest tajemnica. Ukryte wspomnienia dawnych emocji. Czas zaklęty w nieskończoności wiatru. Lubię słuchać szeptu fal.

 

Czuję. Otwieram oczy. Uśmiecham się.

Jestem.

(fot. własna)

 

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.