Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 30 października 2010

 

Poznałam kogoś ostatnio. Na nowo. Spojrzałam na tę osobę z zupełnie innej perspektywy, sama nie wiem dlaczego i jak to się właściwie stało. Ale się stało. Spotkanie przyniosło ze sobą dziwne uczucie, paradoksalną pewność opartą przecież na samych niewiadomych. Czuliście tak kiedyś, nie znając kogoś prawie w ogóle, ale po prostu wiedząc, wiedząc, że ta chwila zostanie w was na zawsze? Bo otworzyła wam oczy i pokazała, jak mogłoby być? To jedna z tych chwil, kiedy wystarczy wyszeptane słowo, ukradkowe spojrzenie czy hipnotyzujący uśmiech. I świat wywraca się do góry nogami, a wy wirujecie wraz z nim, nie mogąc złapać oddechu. To było tak, jakby ktoś zanurzył mnie gwałtownie w studni, a tam, tam zobaczyłam. Zobaczyłam swoje życie i siebie – siebie szczęśliwszą, beztroską, roześmianą. Ta ona to ja, tam, zaklęta w kręgach na wodzie. Tak blisko, na wyciągnięcie ręki, choć nie mogłam jej dotknąć, by dłonią nie rozmazać konturów, bo rozpłynęłaby się i znikła jak sen. Gdzieś tam jest, w innym życiu, w innym wszechświecie, w innym wymiarze. Gdzieś tam jest, jestem ja, i to ja prawdziwa, a tu, idiotyczne wrażenie, tu została tylko nędzna imitacja, namiastka, nieudany prototyp, błąd w kodzie. Tu jestem tylko plagiatem własnego ja, nieudolną podróbką, zmarnowaną szansą, wątpliwością stwórcy. Tam było inaczej, inaczej dostrzeżone w jego oczach, w oczach poznanych na nowo i rozpoznanych dopiero teraz. Zobaczyłam i po prostu wiedziałam. Zachłysnęłam się chwilą i tysiąc impresji porozbiegało się po mojej głowie w euforycznym tańcu. I wiedziałam. Że mogłabym się w nim zakochać. Że mogłabym mu zaufać. Że mogłabym uwierzyć. Że mogłabym przestać się bać. Po prostu wiedziałam. Szkoda tylko, że ta chwila przyszła nie w porę, jak zwykle w złym momencie, za późno albo zbyt wcześnie, przy akompaniamencie kilku przeciwności losu, losu tasującego karty jak zawsze z cynicznym, nieznającym litości, uśmiechem.

To jedna z tych niedorzecznych historii, których nie rozumiemy, ale które po prostu się dzieją. Trwają moment i zaraz gasną, ale ich echo odbija się przez kolejne dni, znacząc je lekko gorzkim smutkiem i smugą niespełnienia. To jedna z tych historii, która rozkwita feerią barw i którą trzeba zniszczyć od razu, nie pozwolić jej żyć własnym życiem, bo dojrzeje i nie będzie chciała odejść. Powinnam była ją stłumić w zarodku, zadusić od razu, zamknąć drogę myślom przenikającym do krwi. Ale nie mogłam, z jakimś masochistycznym zacięciem próbując wycisnąć z niej tak wiele, jak tylko się dało. Zapatrzyłam się w obraz tak głęboko, jak tylko było to możliwe, z uporem szaleńca, żeby tylko przez jeszcze moment, jeszcze jeden moment, żyć tamtym życiem, przeżyć alternatywną wersję, pójść inną ścieżką i założyć przygotowany dla mnie kostium, który nigdy nie był naprawdę mój. Nie wiem po co, nie wiem czy warto, dla chwili przyjemności, dla chwili rozkoszy wyobraźni, która potem okupiona musi być smutkiem, bo wszystko ma przecież swą cenę. To, co zobaczyłam nigdy się nie ziści. Nie może. Skończy się na kolejnej fikcji w moim umyśle, historii utkanej z kalejdoskopu marzeń, pragnień, myśli i snów. A potem umrze w bólach, umrze powoli i po cichu, i w końcu przyjdzie pogrzebać ją w popiołach na cmentarzysku nieożywionych fabuł, które stopniowo zagęszczają moją krew. Czy warto więc, pytam sama siebie, czy warto dla chwili szczęścia, narażać się na to, co przyjdzie po niej? Pewnie nie, ale to tak, jak z przygryzaniem wargi.

 

Lubię rozgryzać ją do krwi, lubię jak piecze, mimo że wiem, że za chwilę uczucie przestanie być przyjemne, a usta staną się suche, nabrzmiałe i popękane. Będą boleć, a ja posmaruję je miodem, jak zawsze ukoję, zaleczę, powiem, że to już ostatni raz, że teraz będę rozsądna. I zagryzę znów.

 

środa, 13 października 2010

 

Jednak operacja. Leki nie chcą pomóc, więc nie ma wyjścia i w listopadzie moje jajniki będą maltretowane laparoskopią. Nie powiem, żebym skakała z radości. Wiem, że to jest konieczne, że czekanie przyniosłoby prawdopodobnie tylko zmiany na gorsze – ale się boję. Samej operacji, ale też tego wszystkiego, hospitalizacji i mnóstwa absurdalnych szczegółów. Ja po prostu czuję irracjonalny lęk przed samymi szpitalami. Boję się, że właściwie nie wiem, co i jak, boję się, że zostaną mi blizny i szlag trafi mój ładny brzuch (już mi wystarczy jedna pod ramieniem, miała być „niewidoczna” a jest wielka jak cholera), boję się tych wszystkich pielęgniarek i szpitalnej atmosfery, która spycha mnie w depresyjny dół, boję się, że coś pójdzie nie tak i wytną mi cały jajnik albo rozpieprzą coś innego, boję się narkozy (że się obudzę podczas zabiegu, że będę czuła bez możliwości reagowania albo że się w ogóle potem nie obudzę), boję się tego, że będę tam szła całkiem sama i nikt mi nawet mi nie powie, że te wszystkie strachy są idiotyczne i nie ma czego się bać. Nie powie, bo przecież ja jestem taka niby twarda (haha) i nawet nikomu nie powiedziałam. Bo ja każde jak się czujesz/co słychać kwituję spokojnym „wszystko jest okay”. Ale nie jest, kurwa, nie jest. Niedobrze mi od bólu, niedobrze mi od strachu i niedobrze mi od własnej słabości. Wszystko potęguje fakt, że myślenie o tym przywołuje inne, wcale nie lepsze wspomnienia i cofa pamięć do tego cholernego majowego dnia, który przecież miał wyglądać zupełnie inaczej. Ale nie wyglądał. 

Myśli powoli cofają się jeszcze dalej, pociąg wstecz do zapomnianych krain. Psychologowie nadaliby pewnie temu jakąś etykietkę, forma wyparcia, represja czy coś w tym stylu. Nigdy o tym nie mówiłam, rzadko o tym myślałam. Jedenaście lat i najdłuższy tydzień w życiu w szpitalu chorób zakaźnych. Wtedy chyba pierwszy raz poczułam tę okropną samotność i strach, który później towarzyszył mi przez wszystkie dni. Pamiętam, że wtedy zamknęłam się w świecie swoich snów i marzeń, a odcięłam od tego rzeczywistego. Tam było tak nierealnie, leżałam otępiała po lekach i mogłam tylko wędrować po krainach w mojej głowie, który były barwniejsze niż białe ściany korytarzy, w których nie było pielęgniarek wyzywających od kurw dziewięcioletnią dziewczynkę, bo zbiła termometr, nie było tego okropnego „jedzenia” (pasta z psa na zmianę z nóżkami w galarecie i kotlet-podeszwa z buta, nic tam nie jadłam i wyszłam jeszcze chudsza niż byłam). Nie było pobudek o szóstej rano na mierzenie temperatury i codziennych popłuczyn. Nienawidziłam popłuczyn. Pamiętam, że szło się długim, ciemnym korytarzem ze szklanką wody parzącą dłonie. Była tak gorąca, że w drodze do łazienki musiałam przystawać dwa razy i stawiać ją na chwilę na podłodze. W łazience trzeba było wymiotować, na posiew. Nigdy nie umiałam tak na zawołanie, więc pielęgniarka wpychała mi na siłę do gardła plastikową rurkę, wyzywając mnie przy okazji od dziwadeł (bo jak to tak, nie potrafić rzygać na zamówienie? To na pewno jej na złość tak). Nigdy nie lubiłam pielęgniarek.

Do wszystkiego można się przyzwyczaić. Pamiętam, że coś tam się we mnie zmieniło, ale było kilka aspektów, które pozwoliły przetrwać i nawet, w jakiś dziwny sposób, pomogły uczynić pobyt tam nieco bardziej znośnym. Codziennie odwiedzali mnie rodzice, siedzieliśmy przy małych kwadratowych stolikach w pokoju odwiedzin. Przynosili ze sobą normalność, pozwalali utrzymać się w rzeczywistości. Raz przywieźli też ze sobą sporą maskotkę, pluszowego łosia. Mam go do dzisiaj. Niezapomniane, niezwykle były też wschody słońca, które obudziły we mnie pragnienie piękna. W pokoju nie było zasłonek, nie potrafiłam tam spać, mogłam więc całą noc obserwować niebo. Od granatu wieczoru przez rodzącą się purpurę, nad rankiem łagodzoną przez złote przebłyski. Wtedy pokochałam chmury. Była jeszcze trzecia kwestia, bez której byłoby niewyobrażalnie ciężej to znieść. Pamiętam, że kiedy zamknęły się za mną drzwi pokoju, do którego mnie przydzielono, stałam tam, chuda i drżąca z plecakiem w zimnych dłoniach. Rozpaczliwie rozejrzałam się po sali. Na łóżku po prawej stronie przy drzwiach siedziała Wariatka. Miała ciemne, krótko ścięte włosy i przenikliwy wzrok. Była nieobliczalna, od śmiechu przechodząc w dziwne milczenie. Trzymała się razem z młodszą dziewczynką. Pamiętam, że wzbudzały we mnie jakiś niepokój i obrzydzenie, gdy Wariatka wyskubywała jej chudymi dłońmi pchły z włosów (czystość w szpitalach to najwyraźniej mit). Dalej siedziała Gruba Gośka. Miała donośny śmiech i tłuste uda. Nocą przychodził do niej pryszczaty, brzydki chłopak z końca korytarza, ich jęków i stęków długo nie mogłam wyrzucić z pamięci, prześladowały mnie w tych dziwnych, śliskich snach. Na szczęście było jeszcze jedno łóżko, po lewej stronie, za moim. A na nim szatynka z niezwykłymi, kocimi zielonymi oczami, w których pobłyskiwały złote iskierki. Miała bladą skórę, kontrastującą z czarnymi sztruksami, czarnym podkoszulkiem i długimi, ciemno pomalowanymi paznokciami. Cała była obwieszona wisiorkami i rzemykami a w uszach miała mnóstwo kolczyków. Marta. Od razu, kiedy tylko tam weszłam, poczułam z nią jakąś dziwną nić porozumienia, zresztą, gdyby nie ona, nie wiem, czy bym tam wytrzymała, ja chyba też w jakiś tam sposób przynosiłam jej ulgę. Była sporo starsza, chodziła wtedy do trzeciej klasy LO, ale dobrze nam się rozmawiało. Albo wspólnie milczało. Zawsze trzymałyśmy się razem, we dwie, na stołówce siadając w rogu sali i śmiejąc się z tamtejszych „przysmaków”, w łazience pilnowałyśmy sobie ręczników. Czasem sadzałam jej pluszową maskotkę na kolanach, a ona mi coś rysowała (przepięknie jej to wychodziło), a czasem po prostu słuchałyśmy muzyki z słuchawek. Podziwiałam ją. Nigdy nikt nie był dla mnie autorytetem, a ona, spokojna, małomówna z tym delikatnym uśmiechem skrywającym pokłady energii i siły, ona była. Kochałam ją. Tak jak tylko dzieci kochać potrafią, takim prostym, niewymagającym, bezkresnym i nieżądającym niczego w zamian uczuciem. Lubiłam myśleć, że gdyby moja siostra żyła, gdyby miała szansę dorosnąć, byłaby właśnie taka. Delikatna, tak bardzo delikatna, a przy tym tak silna. Wróciła raz z bronchoskopii, cała wycieńczona i przeraźliwie blada. Nie miała siły się ubrać, pomagałam jej zakładać bieliznę i bluzkę, a ona wymykała mi się z rąk, skrajnie wyczerpana. Ale to ja byłam bardziej przerażona od niej. Ona uśmiechnęła się słabo, ale z niezwykłą siłą i mówiła, że nie ma się czego bać, a to minie i wszystko będzie dobrze.

 

Po wyjściu ze szpitala nie spotkałam jej już nigdy więcej, czasem jednak, gdy widzę młodą kobietę obwieszoną kolczykami i ze złotymi iskierkami w zielonych, kocich oczach, myślę sobie, że

 

Marta, może ma na imię Marta.

 

23:41, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (12) »
sobota, 02 października 2010

 

SMS przychodzi, kiedy piję poranną kawę. Nie wiem, w co ty grasz, ale ja mam już tego dosyć. Dopiero po drugim przeczytaniu dociera do mnie jego sens, choć nadal nie bardzo rozumiem, zwłaszcza biorąc pod uwagę adresata, z którym – wbrew temu, co jak widać, sobie ubzdurał – nic mnie nigdy nie łączyło. Na żadnej płaszczyźnie, fizycznej, towarzyskiej, intelektualnej czy emocjonalnej. Kilka rozmów, parę wiadomości rozciągniętych w czasie. I tyle. Żadnej chemii, żadnego porozumienia. Nic. Widać nie tylko ja nadinterpretuję i zwykłym sprawom dodaję drugiego dna. Jak to śmiesznie wygląda z drugiej strony.

Robi mi się nawet trochę przykro, tylko chyba nie z tego powodu, z którego powinno. Gdybym umiała się przejąć. Gdyby mogło mnie to jakoś poruszyć. Gdybym umiała żałować. Gdybym potrafiła napisać „przepraszam, nie chciałam”. Gdyby mogło mi zależeć na osobach, którym zależy na mnie. Wtedy wszystko byłoby takie proste. Gdybym. Ale nie umiem, nie potrafię, nie wiem nawet, czy chcę. Kończę spokojnie kawę i odkładam telefon. Jutro zapomnę.

W co ja gram? Zasady są proste. Za moje serce - kilka serc. Naturalna kolei rzeczy.

 

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.