Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
wtorek, 27 października 2009

 

Ale nie bój nic - minie jakiś czas
Poczuj chłodny świt, wszystko przejdzie ci

(T.Love)


Rankiem ogrzewam zmarznięte dłonie kubkiem gorącej czekolady z chili i wsłuchuję się w ciszę. Jest tak spokojnie. Bez pośpiechu zakładam płaszcz, nieuważnie obwijam się szalikiem i wychodzę z aparatem. Zaniedbałam trochę te własne, prywatne chwile, to rozkoszne sam na sam z naturą. Przepraszam się więc ze swoimi myślami i zatrzymuję czas na fotografiach. Robię zdjęcia rzeczom nieistotnym, kroplom deszczu spływającym po oparciu ławki, rozbitej butelce na chodniku, drzewom odbijającym się w kałuży. Kolorowe liście szeleszczą mi pod butami, zza chmury nieśmiało wygląda słońce. Wsłuchuję się w to, co szepcze mi wiatr i obserwuję jak dyskretnie tańczą gałęzie. Zamykam oczy i pozwalam myślom płynąć; oddycham głęboko ożywczym, kojącym powietrzem. Jakoś tak mi lżej. 

Wkładam rękawiczki, cicho podnoszę się z ławki i zostawiam przeszłość za sobą. Idę dalej, bez odwracania się za siebie.


Jutro przecież też jest dzień.

(fot. własna)

piątek, 23 października 2009

 

Powoli zapominam zapach skóry, ciepło ust na moim ramieniu; pomału zacierają się słowa i gesty, zachowane uśmiechy nikną za mgłą. Choć wcale tego nie chcę. Pamięci nie może opuścić tylko ból. Zadomowił się wewnątrz i nieustępliwie zaciska swoją pięść, wyciskając mnie jak zniszczoną czasem gąbkę. Bezradnie próbuję od niego uciec, chowam się pod biurkiem jak mała dziewczynka tuląc ramiona, wargi zagryzam do krwi, by zdusić płacz. Boję się myśleć, bo myśli przynoszą strach. Boję się marzyć, bo spod powiek wymknęły się lekkie obrazy. Boję się śnić, bo w snach powraca tylko cichy


k
r
z
y
k

 


rozpaczliwie samotny. Skoro nie mogę być z tobą, pozwól mi być przy tobie. Pozwól mi być kimkolwiek.


 


Chcę być twoim nikim

.

wtorek, 20 października 2009

 

Wiem, że ja nie będę taki jak ty
i wiem, że ty nie będziesz taki jak ja
Waniliowe niebo bez prawa jazdy
na którym trawa ma słodki smak
Chciałbym cię jutro okłamać
żebyś nie wiedział, że przyszła zima


Oglądam nie wiadomo który już raz Śniadanie u Tiffany'ego. Uspokaja mnie. Końcowe sekwencje ze stojącą w strugach deszczu Audrey Hepburn nieustannie wywołują dreszcz. Smutno-słodki melancholijny sen wyciąga ku mnie rękę. Otępienie kusi swoim pozornym bezpieczeństwem, nałogowo łykam pastylki na życie, biorę lekarstwa na strach. Mami mnie sztuczny świat, bez porażek, rozczarowań, ten mój prywatny senny świat. Gdzie wszystko jest idealne. Gdzie wszystko jest kłamstwem. Twoje nieistnienie i moja nieobecność, brak uczuć, fikcyjne szczęście. Wróć.


Więc pokaż mi drogę bez prawa jazdy
polecę w kosmos swoim pojazdem
Wszystko rozreguluję, gwiazdy zepsuję
księżyc przesunę w prawą stronę bardziej
Więc pokaż mi drogę bez prawa jazdy
pierdolnij mnie w głowę wełnianym młotkiem


Dziwnie jest, dziwnie. Jestem tu i nie jestem. Staję się tylko ciałem. Wszystko powoli gubi znaczenie. Tracę kontakt z rzeczywistością, łapię się na tym, że patrzę, ale nie widzę. Słucham, ale nie słyszę nic. Ciągle nieobecna, jestem, ale jak gdyby obok, jak przez mgłę, zaplamioną szybę. Wszystko jest tak niedostrzegalne, jakby było zbudowane z dźwięku. Drażni mnie drżenie powietrza, nieuchwytny zapach unoszący się w przestrzeni lśni niepokojącymi barwami. Nie chcę pamiętać. Wiem, że to nie jest wyjście, ale innej drogi chyba nie ma. Ucieczka, znowu ucieczka. Nie oglądaj się za siebie. Przecież nie wierzysz w powroty. W nic już nie wierzysz. Bliskość jest błędem, zaufanie pomyłką. Biegnij, mała, biegnij. Ucieknij z jednego koszmaru w drugi. Jak zawsze.

Uważaj! na blaszane namioty
uginające się od mokrej nocy
Uważaj! na szaro-blade oczy
na me neony i na cień


To nie jest dobra droga, to nie jest wyjście, wiem. Ale wszystkie drzwi zostały szczelnie zabite, plątanina korytarzy nie ma końca. Wszystko jest kłamstwem. Ja jestem kłamstwem. Chciałabym wydostać się na zewnątrz siebie, wybudzić z majaczenia, narodzić na nowo, bez balastu wspomnień uwieszonego na szyi, bez kłujących boleśnie marzeń. Wyjść boso na trawę, poczuć deszcz na twarzy, pierwszy raz zobaczyć słońce. I żeby to nie był kolejny sen. Wystarczy już. Wystarczy.

I nie patrz tak bardzo blisko
i nie podchodź tak bardzo głęboko
Ty i ja i tory

pociąg blisko! 
pociąg blisko!



wtorek, 13 października 2009

 

Inaczej wyobrażałem sobie śmierć
wierzyłem naiwnie
że szczytowy orgazm przerażenia
wytrąci mnie wreszcie ze strefy bólu

Tymczasem wszystko czuję
widzę wszystko
pozostając na prawach trupa
bez możliwości jęku
drgnienia
poruszenia się


(A. Bursa, Inaczej wyobrażałem sobie śmierć)

Nie jest dobrze. Chwilami ratują mnie zajęcia, pierwszy raz naprawdę cieszę się z powrotu na uczelnię. Bezsensowne rozmowy o niczym uspokajają. Uśmiecham się i przez chwilę wierzę w ten swój uśmiech. Ale potem, kiedy wracam do domu i zostaję sama z moimi myślami, wszystko się sypie. Nie wiem, co się ze mną dzieje. Boję się. Chyba wszystkie te emocje, od dawna ukrywane gdzieś wewnątrz mnie, upychane niedbale na półkach i wrzucane pod łóżko, dały o sobie znać. I wszystko się skumulowało. Nie mam siły nawet wierzyć, że to przejdzie, że zawsze przechodzi. Jedyne co przynosi ukojenie, to sen. Chcę zasnąć i obudzić się najwcześniej za sto lat. Pozwól mi.

Poemat bólu. Wykrzywione skrzypce strachu. Przepaść i drobna ja na krawędzi. Nie mogę sama zrobić kroku, wstanie rano i otwarcie oczu wydaje się wysiłkiem ponad moje siły. Nie potrafię ruszyć się z miejsca. Boję się. Szamoczę się jak zdezorientowany owad zaplątany w sieć pająka, szamoczę w kleszczach leku, w oparach obłędu. Paraliżuje mnie samotność, brak kogokolwiek, kto by był. Po prostu był. Bo silnie potrzebuję z kimś porozmawiać. Nim będzie już za późno. Z kimś, kogo bym obchodziła, dla kogo byłabym czymś więcej niż ciałem. Ja tylko chcę być traktowana jak człowiek. Czy to tak wiele? Moja najlepsza - haha - przyjaciółka od szesnastu lat na moje rozpaczliwe potrzebuję cię, odezwij się jakoś nie odpowiada drugi tydzień. Tak, odezwie się, kiedy będzie miała jakiś problem. Jak zawsze. Bo ja jakoś znajdywałam dotąd czas.

Czuję duszącą nienawiść do ludzi. Nie do konkretnych osób, tylko do ludzi jako jedności, tłumu, masy. Rozgoryczenie wygrywa z rozsądkiem. Jestem ładna. Jestem inteligentna. Jestem interesująca. Jestem fajna. Czemu nie mogę być szczęśliwa?
A złość dodatkowo potęguje się za każdym razem, kiedy na wyświetlaczu telefonu pojawia się imię inne niż to, które chciałabym zobaczyć. Ogarnia mnie bezsensowny gniew. Miłość i obsesja chyba mają dla mnie znak równości. Jak ja sobą gardzę.

Zduszony płacz dławi mnie spazmami, wbijam bezsilnie paznokcie w nadgarstki, rozdrapuję skórę do krwi. Jest mi tak źle. Tak bardzo źle. Jestem żałosna. Krzyczę. Bez słów. Szepczę sennie przytul mnie sama do siebie i obejmuję drżącymi ramionami kolana, tuląc swój cień. Sypiesz sie, skarbie, sypiesz. Tracę płynność między dniami, zanikam sama w sobie. Noce zamieniają się w niekończący się maraton. Staram się resztkami sił utrzymać na powierzchni, ale kosztuje mnie to coraz więcej. Nie wiem, co się stanie, gdy wreszcie zamknę oczy i pozwolę porwać się nurtowi. Przypominam sobie dawną przyjaciółkę i tamten pokój, tak bardzo zimny, tak bardzo bezduszny. Pamiętam jej pozbawione nadziei oczy wpatrzone apatycznie w przestrzeń i ciche słowa. Pamiętam jakby to było wczoraj, jakbym to była ja.


Ja tak naprawdę wcale nie chcę umrzeć. Ja tylko nie chcę tak żyć.



sobota, 10 października 2009

 

Ponieważ ostatnio moje notatki sprowadzają się praktycznie tylko i wyłącznie do użalania się nad sobą [a wiecie, to też nie jest tak, że ja nic tylko siedzę, płaczę i wygrażam pięściami światu – z wpisów zapewne można odnieść wrażenie, że ja jestem jakimś rozhisteryzowanym chodzącym nieszczęściem. Ale to niezupełnie jest prawda, potrafię cieszyć się drobnymi radościami, śmiać się ze znajomymi czy po prostu zajmować się czymś pożyteczniejszym niż te MOJE WIELKIE TRAGICZNE EGZYSTENCJALNE PROBLEMY – tylko po prostu ja zawsze piszę pod wpływem chwili, poddając się emocjom, które potrafią zawładnąć mną całkowicie. I mogą być albo dobre, albo złe – ale muszą być jakieś. Jestem uzależniona od odczuwania i wiem, że odczuwam zbyt mocno, zbyt intensywnie – ale mam przy tym świadomość, że jeśli kiedykolwiek przestanę czuć a to wszystko przestanie mnie obchodzić, to wtedy mnie już tak naprawdę nie będzie. Ja jestem moimi uczuciami.] teraz skoncentruję się więc raczej na czymś do czytania. Tak na dzisiaj mogę polecić coś autorstwa Hermanna Hesse’a, którego książki cenię sobie bardzo wysoko – przede wszystkim za to, że dosłownie na każdej stronie można odnaleźć jakąś myśl, refleksję, sformułowanie, które nie pozwoli przejść obok siebie obojętnie, przenika swoją (nie wiem, czy to właściwie określenie) mądrością i każe zastanowić się nad sensem, którym włada. A myślę, że naprawdę warto. Na początek poleciłabym chyba „Demiana” – uśmiech kieruję tu zwłaszcza w stronę Oli i desperate_Andy, ale może ktoś jeszcze też się skusi. :)


Otóż, „Demian” to taka powieść filozoficzno-psychologiczna, opowiadająca o poszukiwaniu własnej drogi, o inicjacji w życie, w dorosłość, w samopoznanie. Główny bohater, zagubiony i osamotniony, targany przez liczne konflikty wewnętrzne, za pomocą tajemniczego, niezwykłego przyjaciela Demiana dojrzewa, odnajduje stopniowo własną tożsamość, uczy się samego siebie, zaczyna rozumieć, co w życiu jest naprawdę ważne, co ma wartość, a co jest tylko zwykłym złudzeniem. Zaczyna rozumieć, że wszystko tak naprawdę tkwi w nas, uśpione, konieczna jest więc podróż w głąb siebie, by wydobyć tę prawdę. Dociera do niego, że nie potrzebuje już przewodnika, w sobie znajduje odpowiedzi na dręczące go pytania, wie, że Demian będzie tkwił w nim na zawsze i z tą świadomością staje się wreszcie wolny. Urzeczywistnia samego siebie.


Tyle o książce – nie ma sensu chyba dłużej się rozpisywać, to jest jedna z tych powieści, które się bardziej ‘czuje’ niż rozumie. Na zachętę mogę dorzucić jeszcze kilka interesujących cytatów, których – jak wspomniałam – jest w niej mnóstwo:

· Możemy zrozumieć się nawzajem, lecz wyjaśnić samego siebie każdy może tylko sam.
· Życie każdego człowieka jest drogą ku samemu sobie, próbą znalezienia drogi, zaznaczenia ścieżki. Żaden człowiek nie był nigdy w pełni samym sobą, lecz mimo to każdy ku temu dąży, jeden w mroku, inny w światłości, jak kto umie.
· – Miłość nie powinna prosić – mówiła – ani żądać. Miłość musi posiadać siłę, dzięki której dojdzie sama w sobie do pewności. I wtedy nie ją cokolwiek ciągnąć będzie, lecz ona zacznie przyciągać.
· Nie pragnąłem przecież nic więcej, niż żyć tym, co samo chciało ze mnie się wydobyć. Czemuż było to tak bardzo trudne?
· Nie mogę siebie nazwać wiedzącym. Byłem poszukującym i jestem nim dotąd, nie szukam już jednak w gwiazdach i księgach, zaczynam bowiem słyszeć nauki, którymi szemrze we mnie własna krew.
· Czy zdołamy kiedyś odnowić świat, to się dopiero okaże. Lecz w nas samych musimy odnawiać go codziennie, inaczej nic z nas nie będzie.
· Nie powinien pan oddawać się pragnieniom, w które pan nie wierzy. [...] Musi pan albo umieć z tych pragnień zrezygnować, albo pragnąć ich całkowicie i prawdziwie. Jeśli zdoła pan raz prosić tak, że w samym sobie będzie pan pewien spełnienia tej prośby, spełni się ona.
· Wszędzie szukali ludzie „wolności” oraz „szczęścia” gdzieś poza sobą, wyłącznie ze strachu, że przypomną im o własnej odpowiedzialności, o własnej ich drodze.
· I dobrze jest pamiętać o tym, że w nas samych istnieje ktoś, kto wszystko wie, wszystkiego chce i wszystko lepiej robi niż my.


13:17, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 05 października 2009

 

Odbyłam wczoraj tę rozmowę, tę której podświadomie się obawiałam – ale sama ją wymusiłam, wmawiając sobie, że lepiej znać prawdę, nawet taką, która mi się nie spodoba, niż żyć w niepewności. I nie wiem, może i jest lepiej. Ale na pewno nie łatwiej. Odarta ze złudzeń jak idiotka płaczę od wczoraj praktycznie bez przerwy i nie wiem jak się z tego pozbierać, mantry dotąd powtarzane nie działają już. Nie potrafię nie myśleć, analizuję do znudzenia każde słowo, zdzieram z nich powłoki, rozrywam je do kości, jakbym liczyła, że odnajdę wewnątrz jakąś logiczną odpowiedź. Bo nie rozumiem. Czułam się wczoraj jakbym czytała scenariusz jakiejś tandetnej brazylijskiej telenoweli i nagle znalazła się w jej środku. Słowa płynęły, aż dziwne, że potrafiłam wyrzucić je z siebie, bo ja nigdy nie umiałam mówić o uczuciach. No i wiem, to co wiedzieć chciałam, a że nie cieszy mnie ta wiedza, to już inna sprawa. Życie, tak?

O ironio losu, jakoś zawsze najbardziej ranią mnie właśnie ci faceci, którzy uparcie powtarzają, że za nic w świecie nie chcieliby tego zrobić. Ja nie wiem, chyba jestem uzależniona od dramatów i mam w sobie jakiś cholerny radar, który wykrywa potencjalnych sprawców moich przyszłych łez. Jakoś nigdy nie potrafiłam obdarzyć uczuciem kogoś, komu by na mnie zależało, kogoś z kim mogłabym żyć „długo i szczęśliwie”. Zawsze wybiorę faceta, który mnie zrani, zawsze. Skoro to wiem, dlaczego powtarzam do znudzenia utarte schematy? Dlaczego nie uczę się na błędach, tylko raz za razem wpadam w te same pułapki? Właśnie przez takie sytuacje powiedziałam sobie już dawno, że to nie ma sensu, że ja muszę być sama, że nie mogę się zaangażować, bo finał zawsze jest taki sam. I teraz nagle zasady poszły w cholerę, uwierzyłam, że tym razem będzie inaczej, że może się uda. I cóż, teraz będę udawać, że jest dobrze. Bo on ma nadzieję, że będzie tak jak dawniej, że będziemy mogli normalnie pogadać przy piwie czy pisać smsy o 4 w nocy, że będzie nawet lepiej, bo wyjaśniło się to, co wisiało w powietrzu. A ja nie mam siły powiedzieć dość, jak żebrak wezmę to, co mi dają, mimo pogardy jaką do siebie będę przy tym czuć. Będę grać, zalepię taśmą kolejne blizny, założę kolejną maskę i będę jak kiedyś płakać w samotności, a w dzień uśmiechać się wesoło i udawać, że jest okej. Może kiedyś w to uwierzę i maska przyrośnie mi do twarzy. Bo pod nią nie ma już nic. Mówisz mi, że każde załamanie pozwala powstać na nowo odporniejszym i silniejszym, że trzeba znaleźć w sobie siłę. Ale ja już nie umiem. Chyba już nie chcę chcieć. To nie działa bez końca, każdy ma jakiś próg, po którym się nie podniesie, jakąś granicę, po przekroczeniu której nie ma już nic. I ja swoją chyba właśnie przekroczyłam. O jeden upadek za dużo. Nie posklejam się już. Nie chcę. Nie mam siły. Nie potrafię.

 

Najgorsze jest to, że ja podświadomie wiedziałam jak to się skończy, jak ta rozmowa przebiegnie. Czułam, że tak właśnie będzie. Ale mimo wszystko łudziłam się, że wreszcie może los się odwrócił i zasłużyłam na szczęście. Że urodzinowe życzenia mają jakiś sens, jakąś moc i że będzie dobrze. Bo tak, ja miałam urodziny wczoraj. Sto lat, sto lat. Taki mały surprise.

 

Sto lat, sto lat, szczęścia, radości, spełnienia marzeń i wszystkiego, czego sobie tylko zażyczysz…

 

 

piątek, 02 października 2009

 

Bezwiednie, jakby tkwiąc w słodkim letargu, pozwoliłam zagnieździć się ciepłym myślom w sobie. Tym myślom pogodnym, o smaku gorącej herbaty z cytryną, które tulą jak wełniany koc w deszczowy dzień i koją delikatnym zapachem płatków róż i korzennego cynamonu. Zaraziłeś mnie nimi. Omamiła mnie twoja pewność siebie, oczarował optymizm, wiara w potęgę pozytywnego myślenia i w to, że to my kształtujemy rzeczywistość, a nie ona nas. Stałeś się moim drogowskazem, słońcem i latarnią morską rozpraszającą charyzmatycznym, zdecydowanym światłem moje paranoiczne lęki. Tylko że kiedy znikasz, kiedy słońce zachodzi a światło odwraca się, ja znowu gubię drogę w ciemności. I jest jeszcze gorzej, bo sama nie potrafię, bo uzależniam się od ciebie i czuję się jeszcze bardziej samotna niż kiedy nie było cię wcale. Bo ja jestem trochę jak ten lis z Małego Księcia. Niebezpiecznie blisko mnie podszedłeś, oswoiłeś, zapomniałeś chyba tylko o tym, że na zawsze ponosi się odpowiedzialność za to, co się oswoiło. A ja zapomniałam, że decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez. Wtedy to wydawało się takie nieistotne. Teraz, kiedy zapachniało nadzieją, emocjonalną stabilizacją oraz wewnętrznym spokojem i niemożliwy jest już powrót do stanu pierwotnego – zaczynam rozumieć konsekwencje, boję się, że to stracę. I nie potrafię się w tym odnaleźć. Znowu. Tęczowe eteryczne myśli zadomowiły się we mnie na dobre, a teraz ponownie zostały bezdomne. Stoją koło mnie, na tym wietrze i chłodzie, stoją tak samo bezradne i smutne jak ja.


Zamknąłeś drzwi, a ja zgubiłam klucz. I nie wiem, czy usłyszysz pukanie, zanim bezpowrotnie porwie mnie wiatr.

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.