Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 25 września 2010

 

Czasami wolę być zupełnie sam

Niezdarnie tańczyć na granicy zła

I nawet stoczyć się na samo dno

Czasami wolę to niż czułość waszych obcych rąk

Posiadam wiarę w niemożliwą moc

Potrafię jeśli chcę rozświetlić mrok

Mogę poruszyć was na kilka chwil

Tylko zrozumcie kiedy zechcę znowu z sobą być

(Coma, Leszek Żukowski)

 

Nie potrafię już chyba tęsknić za nikim, choćbym może i chciała, nie odpisuję, znowu nie oddzwaniam, odwołuję prawie wszystkie spotkania. W jakiś absurdalny sposób brakuje mi ludzi, których nie ma. Kolejny kiepski żart umysłu, który projektuje taśmowo byty w mojej głowie. Daj mi uśmiech, stworzę człowieka. Odtrącam ludzi prawdziwych, by otoczyć się kreacjami z obłąkanych snów. Nie potrafię wyjaśnić, że wcale nie jest źle, że czasem po prostu muszę być sama ze sobą. Przemyśleć kilka spraw, doprowadzić do końca niedokończone wątki. Wytłumaczyć sobie parę niewypowiedzianych słów. Rozmowy z innymi rozpraszają, odsuwają myśli na inny plan. A to nie zniknie. Dopóki nie zrozumiem, nie zniknie. Czaszkę rozrywa przemożne pragnienie czegoś nieokreślonego, niezdefiniowanie uczucia pulsują w żyłach. Ciągle mam wrażenie, że mylę ścieżki, że wsiadam nie do tego wagonu, że wysiadam za późno lub zbyt wcześnie. Że coś mi umyka, że zapominam o czymś ważnym. Że coś przegapiłam, a powrotów nie będzie.

 

Na pewno czułeś kiedyś wielki strach

Że oto mija twój najlepszy czas

Bezradność zniosła cię na drugi plan

Czekanie sprawia że gorzknieje cała słodycz w nas

Ogromny zgrzyt znieczula nas na szept

Tak trudno znaleźć drogę w ciepły sen

Słowa zlewają się w fałszywy ton

Gdy nadwrażliwość jest jak bilet w jedną stronę stąd

Okłamali mnie z nadzieją że

Uwierzyłem i przestanę chcieć

Muszę leczyć się na ból i strach

Gdzie jest człowiek który z siebie sam pokaże mi jak

 

Wędruję gdzieś, bez celu i planu, nogi same wybierają zapomniane przez pamięć ścieżki. Jak mnie tu dawno nie było. Idę powoli, celebrując zawieszone w przestrzeni impresje, staram się widzieć, a nie tylko patrzeć. To trochę karmi ten głód nieokreślonego, przyćmiewa go na chwilę. Wierzba długimi kosmykami łaskocze mnie po twarzy, rozbita butelka połyskuje z chodnika. Idę pustą, oblaną przez słońce ulicą, a wiatr rozwiewa mi włosy. Czasem mam wrażenie, że mogłabym tak iść bez końca, dalej i dalej, szukając tęczy. Zatrzymuję się dopiero przy opuszczonym, porośniętym winoroślą domu. Porozbijane okna jęczą cicho, zapomniane drzwi są brudne od samotności. Mimo tego, a może dzięki temu, wciąż jeszcze ten dom ma coś pięknego w sobie, w rozbiciu i smutku znalazłszy coś majestatycznego. Chciałabym. Usta drgają nieznacznie. Nawet głupia foliowa torebka unoszona delikatnie przez wiatr ma w sobie coś, co wydziera strzępki z duszy. Jest odpowiedzią na wszystkie pytania, których wciąż boję się zadać. Bo przecież. W słońcu świat wydaje się prostszy, ale to tylko złudzenie. Strach i tak wróci, wróci razem z nocą, jesiennym deszczem i chłodem, który przychodzi znikąd i boleśnie kłuje w serce. Wiem.

Grupa Chińczyków przygląda mi się z obleśnymi uśmiechami, może dobrze, że nie rozumiem co mówią. Siadam na poręczy schodów, z słuchawek płynie Coma wymieszana z Clintem Mansellem. Zapisuję urywki myśli wędrujących mi po głowie na skrawku kartki, naiwnie licząc, że co zapisane, to oswojone. Zagryzam ołówek i chwilę przypatruję się przechodzącym niedaleko ludziom. Z lekką zazdrością spoglądam na trójkę dzieciaków bawiących się na wielkim drzewie. Było kiedyś takie jedno, ogromne z szerokim pniem i rozłożystymi ramionami. Można było wspinać się po gałęziach i ukrywać pod gęstą koroną. Lubiłam obserwować chmury przez połyskujące od słońca liście. Drzewo ścięto, został tylko ogromny pień, którego widok zawsze coś mi odbiera. Zatrzymuję się na dłuższą chwilę, wsłuchując w czyjąś gitarową grę dobiegającą z bloku. Pamiętam, że na początku powiedział, że nie chce pakować się w moje życie z brudnymi buciorami, bo kiedyś odejdzie, a plamy zostaną. Zostały, kolejny cień pełzający po moim umyśle, oplatający pamięć ciężkim uściskiem zimnych dłoni. Spadam powoli przez dni z otwartymi powiekami. Ale przecież nieważne, już nie. To tylko moment, to tylko chwila słabości. Wyrośnie nowe drzewo, a ścieżki kiedyś znajdą się właściwe. Słońce nadal będzie odbijać się w potłuczonym szkle, a torebka nie przestanie wirować na wietrze. Reszta nie jest ważna, już nie. Niczego nie będzie żal, jak śpiewa Rogucki. Niczego.

 

piątek, 17 września 2010

 

Lecą na nas planety wszystkie

Lecą liście

Lecą na nas planety wszystkie

Pomarańcze kupię Ci

(Kombajn do zbierania kur po wioskach, Planety i liście)

 

Ognik świecy mruga nieregularnie, jakby pogrążony w pokracznym tańcu, nieudolnie próbując oddalić koniec. Cienie rzucane na ścianę przyglądają mi się z zaciekawieniem, czy to krab wypełza zza szafy? Za chudy słoń układa się w znak niepewny zapytania, krokodyl kłapie paszczą. Po ustach plącze się uśmiech leniwy zbyt by cokolwiek powiedzieć. Trwam sobie w zawieszeniu i bezskutecznie szukam księżyca za oknem. Dziwne myśli usypiają przytulone do poduszki, wyobraźnia spaceruje między gdy a gdyby. Znowu słucham Kombajnu, czytam Cortazara, oglądam smutne filmy i piję herbatę z cytryną.

Jesień.

poniedziałek, 13 września 2010

 

I najbardziej wkurza, że ja przecież wiem, że to są bzdury, które nigdy nie miały znaczenia. Że przecież zdawałam sobie sprawę z tego wszystkiego, ale to nie było ważne. Że teraz tylko szukam w tym oparcia, bo nie chcę znowu się przewrócić. Wkurza, że musiałam zerwać kontakt z kilkoma znajomymi, bo to przecież byli przede wszystkim jego znajomi. Wkurza, że omijam szerokim łukiem jego pracę, żeby tylko na niego nie trafić. I wkurza, że pamiętam o jego urodzinach, choć ja przecież nigdy nie pamiętam żadnych takich dat.

 

Tak sobie mówię. I wkurza mnie powtarzane jak mantra co dzień. Wmawiam to sobie, próbując zbrzydzić sobie jego osobę, bo wolę czuć złość niż żal. Bo może tak będzie łatwiej. Bo może w ten sposób wreszcie wyrzucę to z siebie tak ostatecznie, do końca. Żeby nie zostało nic. I choćbym musiała zdeptać wszystkie te dobre wspomnienia, to tak będzie lepiej dla mnie. Nie chce dłużej deptać siebie. Wkurza, że wciąż jestem za słaba i wystarczyłoby jedno spojrzenie jego za małych oczu, żebym poszła na dno. To takie śmieszne, do jakiego stanu potrafi doprowadzić jeden człowiek, to śmieszne, że albo nie zależy mi wcale albo zależy za bardzo. I wiem, że choć pogrzebałam to tak głęboko w sobie, jak tylko byłam w stanie, to w każdej chwili może nikczemnie wypełznąć ze swojego grobu i zacisnąć śliską, lodowatą dłoń na moim gardle. Wiem, że wystarczyłoby jedno słowo wypowiedziane tym niskim, znudzonym głosem. Jedno słowo i znowu, jak te kilka miesięcy temu, znalazłabym się na podłodze w łazience, zastanawiając się jak będzie łatwiej. To takie śmieszne, jak prosto jest kłamać, uśmiechać się i błyskawicznie pozbawiać oczy łez. Powinni dać mi Oscara za tę rolę, ale w sequelu nie chcę już grać. Nigdy.

Ja bym tylko chciała, żeby tego nie było. Żeby zniknął, pękł jak bańka mydlana. Żeby jego już nigdy nie było. Dziś i jutro. A najbardziej wczoraj. Ja bym tylko chciała zapomnieć. Zapomnieć o zapominaniu. Zapomnieć, że zapomniałam. I nigdy już nie tęsknić.

 

 

Mała przerwa na reklamy: otóż, proszę państwa, zakochałam się. Absolutnie i ogromnie. W fanfiku. Żeby było śmieszniej, w fanfiku HP (a myślałam, po tych katastrofach czytanych na RO, że nigdy mi się żaden nie spodoba). Dwubiegunowa na pewno wie, czym się właśnie zachwycam, a resztę zapraszam tu. Nawet jeśli ktoś za Harrym nie przepada (jak ja), to warto. Pottera właściwie nie ma (i całe szczęście, bo przez niego nie miałam cierpliwości przeczytać wszystkich części oryginału), jest za to idealnie poprowadzony, uwiarygodniony i fascynujący Voldemort. Tylko ostrzegam, wciąga. (Aż nawet odwołałam spotkanie dziś, żeby skończyć czytać, cóż poradzę, że Czarny Pan bardziej działa na moją wyobraźnię niż Zawsze-I-Wszędzie-Uprzejmy kolega D.)

 

I naszła mnie chęć żeby znowu coś pisać. Tylko, cholera, ja nie mam cierpliwości do fabuły i wątków pobocznych. Pewnie jak zawsze wyszłoby zbyt, hm, monotematycznie.

No tak, nie powinno mnie to dziwić, nie kiedy w dzieciństwie prawie uczyłam się składać literki na Markizie de Sade. To ja może jednak nie będę niczego pisać. Lepiej nie.

 

13:56, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 06 września 2010

 

Pod jednym przynajmniej względem idealnie wpisuję się w rolę stereotypowej kobiety. Mianowicie, uwielbiam zakupy. Nawet jeśli niczego nie kupuję, lubię chodzić po sklepach (chyba że akurat szukam czegoś konkretnego, a tego czegoś nigdzie nie ma – wtedy jestem poirytowana wyjątkowo i lepiej w drogę mi nie wchodzić). Godzinami. Oczywiście nie mam na myśli supermarketów i pogoni za żółtym serem (i tak niezmiennie kupuję edamer, mięciutki, lekko słodki i z dziurami – kwintesencja żółtoserowatości), tudzież sałatą – ale przede wszystkim sklepy z książkami, filmami i ubraniami. Pół dnia mogę przerzucać płyty w poszukiwaniu czegoś ciekawego czy przymierzać ciuchy (gorzej, że zawsze jestem niezdecydowana i drugie pół dnia schodzi mi na zastanawianiu się co wybrać, a to już takie fajne nie jest). Uwielbiam kupować bieliznę – nie wiem co prawda po cholerę mi kolejny koronkowy komplet, ale jakoś nigdy nie mogę im się oprzeć. (Ach ta moja słaba wola. Jak ja ją lubię.) Najchętniej jednak chodzę do sklepów z wyposażeniem wnętrz. Cały dzień mogę przechadzać się długimi korytarzami IKEI, Leroy Merlin czy Home&You (no, w tym ostatnim długich korytarzy może nie ma, ale za to mnóstwo przepięknych drobiazgów – jak najbardziej). Nawet jeśli niczego nie kupuję (mhm, to raczej rzadko się zdarza), to dziką przyjemność sprawia mi oglądanie tych wszystkich mebli, zasłonek, paneli, śrubek, kompletów naczyń, kieliszków, wazonów, poduszek, ramek, luster, obrazów, świec, kadzidełek, pachnidełek i pudełeczek. Zawsze w myślach projektuję sobie wnętrze mojego przyszłego domu, z każdym drobiazgiem i detalem. Wiecie, takiego wymarzonego domu, ze snów. Niewielkiego, ale przytulnego, z kominkiem, mnóstwem książek i niezwykłą atmosferą. I kotem. Kot musi być, nieważne, że mam alergię i by mnie wykończył, ale zawsze marzyłam o kocie, najlepiej z długą sierścią i puchatym ogonem. I żeby jeszcze morze za oknem było. Albo chociaż niedaleko. W takim domu nie byłoby złych myśli, koszmary zostawałyby za progiem. W takim domu rozbrzmiewałby tylko śmiech i dźwięk gitary. I byłby On. Oparty o framugę drzwi, z tym swoim lekko kpiącym uśmiechem i wywołującym dreszcz spojrzeniem ciemnych oczu. Mój Diabeł. Może tylko nieco bardziej rzeczywisty.

Tak, kiedyś będę miała taki dom.

 

 

W czasie remontu natknęłam się na swoje stare pamiętniki. Popijając gorące kakao, zaczęłam przeglądać te najstarsze, z podstawówki. Uśmiech wywołał nieposkromiony potok bzdurek, które kiedyś namiętnie tam wypisywałam, nie żałując słów i kolejnych kartek. Opisy kłótni z koleżankami, pierwszych miłości, zielonych szkół i zepsutego skanera. Uśmiech zmienił się w lekkie zażenowanie, gdy czytałam „wiersze”, które kiedyś tworzyłam (dobrze, że już ich nie piszę, to była zdecydowanie dobra decyzja, oj tak. Wybaczyłabym sobie, gdybym te głupoty pisała w wieku lat siedmiu, ale nie dwunastu) i delikatny smutek, gdy znalazłam myśli niebezpiecznie bliskie do tych współczesnych. Uczucia, odczucia – te same co teraz. Tak bliskie, tylko gorzej wyrażone, niewprawionym jeszcze zupełnie piórem: „po co tak się spieszysz? po co tak wołasz? nie lepiej zamknąć się przed światem, przed tymi wszystkimi pytaniami? (...) nie pytaj mnie kim jestem, bo uśmiechnę się tylko bezradnie i nic ci nie powiem (...) ile można trwać? w nieskończoność? Najbardziej uwielbiam noce, wtedy mogę bezkarnie marzyć. Ale ile tak można żyć? ile? i po co? (...) chętnie bym z kimś pogadała. Nie mam z kim (...) i to mi dało do myślenia. Śmierć to pójście na łatwiznę. Życie jest ciężkie, ale trzeba mu podołać. Trzeba. (…) No i znowu łzy garną się do oczu zupełnie bez powodu… a może powód jest, ukryty zbyt głęboko w duszy? Może ja wcale nie jestem, może mnie wcale nie ma. Nie ma i nigdy nie będzie. Przejdę obok i nie zauważę sama siebie. Gdy odejdę w dal, nikt nawet nie obejrzy się za mną, nie poczuje, że czegoś brak. Może mnie nie ma i nigdy nie było.” Jedenastolatki nie powinny tak pisać. Nie powinny.

Zupełnie rozklejam się natomiast, gdy docieram do fragmentów o Bartku, koledze z klasy, może przyjacielu. Jeśli kiedykolwiek miałam przyjaciela – prawdziwego, nie tylko takiego z nazwy – to on nim był. Czytam kolejne strony i to wszystko jak żywe rysuje mi się przed oczami, przypominam sobie wszystkie zabawne sytuacje (walka na szczotki, ciągłe kłótnie na przerwach i bal, na który oczywiście się spóźnił), w pamięci ożywają zapomniane już dawno słowa. Chyba się we mnie podkochiwał trochę, a ja oczywiście tego nie zauważałam, tragicznie i beznadziejnie zakochana w obiekcie nieosiągalnym: niesamowicie wysokim brunecie o chmurnym spojrzeniu i wyrazistych brwiach (tak, to zawsze jest jakiś brunet łypiący okiem). Nie dostrzegałam, że mam obok siebie kogoś, na kim mogę zawsze polegać. Może trochę przez to, że do mnie wtedy trzeba było mówić wielkimi literami, a on był trudny w odbiorze. Często upierdliwy, niesamowicie bezczelny, szczery aż do bólu i wyjątkowo złośliwy. Jak on mnie denerwował. Jak on mnie potrafił rozbawić. Nieważne, jak bardzo byłabym smutna, zawsze potrafił mnie rozśmieszyć, jak nikt inny. Mówił coś złośliwego, co wyprowadzało mnie z równowagi i irytowało. Wściekła zaczynałam na niego krzyczeć, by nagle ze śmiechem uświadomić sobie, że już nie jestem smutna.

Brakuje mi tych jego ironicznych uwag i kpiących spojrzeń. Chciałabym z nim pogadać, chciałabym, żeby tu teraz był. Ale on już nie przyjdzie przecież. Ja pójdę do niego, opowiem mu o kolejnych głupstwach, które zrobiłam i rzeczach, które powinnam, a których nie zrobiłam. Wytłumaczę się z milczenia i opowiem ten absurdalny żart, który zawsze nas śmieszył, choć żadne nie pamiętało już jego znaczenia. Położę drobny, kruchy kwiatek na zimnym granicie, nie lubił przecież przepychu. Zobaczysz, śmiał się kiedyś, dawno już będę zakąską dla robali, a ty nadal będziesz pamiętać.

Zawsze musiał mieć rację.

 

Patrzenie na samoloty uspokaja. W locie jest wszystko, czysta doskonałość. Zawsze chciałam być ptakiem.

(fot. własne)

 

17:42, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (4) »
sobota, 04 września 2010

 

Przyjedź.

Rzucone najpierw niedbale, niezobowiązująco, nagle obrasta w drobiazgowe plany i terminy, zaczyna żyć własnym życiem. Przyjedź wzbudza tak znajomą chęć ucieczki, ja niepewnie stawia krok do tyłu. Wycofuję się, już nawet bez prób zracjonalizowania niepewności. Próba przekonania siebie, że może warto, przegrywa z włączającą się lampką ostrzegawczą. Przecież nie chcesz rozbić się kolejny raz krzyczy jaskrawy znak stop. Pod skórą drżą przeczucia, intuicja zaśmiewa się protekcjonalnie. Nudna jestem z tym ciągłym wpadaniem w tę samą pułapkę.

 

Przyjedź.

Życie M. jest dla mnie zbyt szybkie, zbyt głośne, zbyt spektakularne. Ja przecież wolę bezpieczne półcienie. Przekonuję sama siebie, że codzienne imprezy zakrapiane litrami alkoholu, spontaniczne wypady, w sobotę bandżi, w niedziele skok ze spadochronem i ciągłe szaleństwa bez zobowiązań to najgorsze w co mogę się teraz wplątać. Może mogłabym znów być dziewczyną, którą trzymał tamtej nocy w ramionach; przez chwilę nie myśleć, po prostu być – tak jak wtedy. Może mogłabym zapomnieć, przez moment uwierzyć, że jestem kim innym, żyć cudzym życiem, czerpać z jego energii i oddychać nie swoimi pragnieniami. Może mogłabym. Ale, choćbym nie wiem jak bardzo chciała oszukać samą siebie, to by było tylko na chwilę. Kolejne kostiumy, maski i nie moja twarz. Jestem już zmęczona graniem kogoś, kto wiecznie ginie w pierwszym akcie. Chciałabym wreszcie móc być sobą. Żeby rozumiał, bez tłumaczenia, bez słów. Żeby wiedział. Chciałabym wykrzyczeć: patrz, to ja. Ja to moje koszmary. Moje lęki i strach, który co noc łapie za gardło. Niepewność jutra, zamglone wczoraj i dzisiejsze drżenie dłoni ukrywane w kieszeniach. Chcesz z nami żyć? Naprawdę chcesz? Przyjmiesz mnie z całym moim strachem?

Nie winie go za to, że nie zrozumiałby. Że ktoś, kto nie boi się niczego, by się bał. Niezrozumienie zawsze wzbudza lęk. To, co we mnie żyje już tyle lat, może mógłby pojąć tylko ktoś, kogo umysł stał się takim samym koszmarem bez dna, ktoś, kto na co dzień żyje pośród bezdroży paranoi i ciemnych pomieszczeń z zabitymi oknami. Ktoś, kto spadałby wraz ze mną, bo z labiryntu bez wyjścia przecież wyjścia nie ma.

 

Przyjedź.

Wybrzmiało echo. Ale przecież. To i tak bez znaczenia.

 

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.