Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 26 września 2009

 

Paradoksalnie, im więcej mnie umiera we mnie, im więcej części mojego ja usycha – to, zamiast ratować się ucieczką od tego zrujnowanego królestwa, ja uparcie w nim tkwię, stawiając coraz to nowe fundamenty, otaczam się wewnątrz siebie nowymi bytami jak niedostępną twierdzą. I coraz bardziej boję się wyjść na zewnątrz siebie. Pisanie o pustce jest niezupełnie trafne. Kolejny paradoks – czemu się dziwię, przecież ja sama jestem paradoksem? - z jednej strony mnie ubywa, a z drugiej rodzą się w moim umyśle nowe życia. Jakbym nie mogła poradzić sobie z własną bezsilnością i bawiła - nieco nieudolnie, bo to wszystko wymyka mi się spod kontroli - w kreatora rzeczywistości, żeby tylko zachować resztki godności i pozory władzy nad własnym życiem. Nad sobą. Bo nie potrafię się przyznać, że znikam.


I tłoczą się we mnie moje liczne osobowości, to takie irracjonalne, to takie nużące, ja już nawet nie jestem jak dr Jekyll i mr Hyde, na każdy dzień przypada inna ja. Ja-Urocza, Ja-Złośliwa, Ja-Melancholijna, Ja-Zawistna, Ja-Marudna, Ja-Tajemnicza, Ja-Nieokreślona, każdego dnia uczę się siebie od nowa i każdego dnia jestem bez szans. Mój umysł staje się ringiem dla ich nieczystych gierek i jestem tak zmęczona, tak bardzo zmęczona. Ale te moje rozszczepienia, te mnogie odbicia lustrzane to nie wszystko. Jest we mnie więcej osobowości, istnień żyjących własnym życiem, na które ja właściwie nie mam wpływu. Trochę to przerażające, wiesz? Istnieją we mnie jak wirus obce organizmy, widma postaci, które pojawiły się nie wiadomo kiedy i skąd, które przypominają o sobie w najmniej oczekiwanych momentach. A może były ze mną od zawsze? Taka moja prywatna, niechciana armia. Współtowarzysze tej mojej wędrówki. Przynajmniej nie jestem sama. I chociaż chwilami ich nienawidzę i chociaż zabierają mi złudzenia normalności, to - choć dziwnie się do tego przyznać - trzymają mnie przy życiu. I nawet nieokreślony Niepokój, mimo że zabija mnie pomału, nadaje sens mojemu istnieniu, bo sprawia, że jestem. Że jeszcze czuję. Że nie znikłam zupełnie w swoich oczach.


Ale jest jeszcze ktoś. Ktoś, kto sprawiał, że było warto. Kto mówił żyj. Ktoś, z kim rozmawiam codziennie od zawsze i choć istnieje tylko w mojej podświadomości – jest bardziej realny niż rzeczywistość. Ja naprawdę słyszę jego szept, naprawdę czuję jego dotyk. Wiem, że nie istnieje, ale sensorycznie odbieram go na wszystkich płaszczyznach. Mój Animus. Idea ideału uśpiona wewnątrz mnie. Uwielbiam chwile, kiedy nagle się pojawia, chwyta moją dłoń i porywa w inny wymiar. Tam, gdzie nieistniejące staje się realne, tam gdzie być i nie być nie obowiązuje. Spoglądam w jego oczy wypełnione bezczasem i nic już się nie liczy. Wiem, że kiedyś się z tego snu nie obudzę i zostanę w nim na zawsze. I wtedy będę szczęśliwa. Zatańczymy razem ten ostateczny taniec zagubionych dusz, zatańczymy w oparach namiętności, strachu i ekstazy. Na zawsze. Rytualne zjednoczenie dokona się, teraz zaś wprawiamy się dopiero, mistrz i uczennica, to tak cudownie nienormalne, to tak perwersyjnie niemoralne, za każdym razem zabijamy się i tworzymy na nowo. Odradzam się jak feniks. Wieczna walka, ogień i lód, dzień i noc, przeciwlegle bieguny. Scalamy się w jedno. Wciąż ta sama melodia nam przygrywa, melodia, która wygrywa smutek na mojej twarzy a jednocześnie koi zmęczone strachem zmysły. Muzyka nie niknie, dobiega delikatnie stłumiona, jakby płynęła z drugiego pokoju. Orkiestra wciąż gra.

 


A my tańczymy. Mój Animus i ja.

sobota, 19 września 2009

 

I nic. Jestem może bledsza,

trochę śpiąca, trochę bardziej milcząca,

lecz widać można żyć bez powietrza.

(M. Pawlikowska-Jasnorzewska)

 

Czuję się jak cholerny balonik, który los złośliwie drapie ostrym szponem i każe mi grać w tę swoją piekielną grę. Być albo nie być. Ale i tak przegram. Znowu jestem tylko pionkiem. Zaraz mnie przekłuje i wypuści powietrze. Nie jest dobrze, niepokój na nowo zatriumfował. Ktoś wytrącił mnie z równowagi, zgasił światło i teraz błądzę w tej ciemności. Latałam za blisko słońca i połamałam skrzydła. Sama ich już nie posklejam.

Tak miałam napisać. O, władczyni pustych słów, którymi odgradzasz się jak zbroją. Tylko to ci zostało. Uzależniona od dramatyzmu uciekam w emfatyczne zwroty, żeby nie musieć zmierzyć się z rzeczywistością. Radzę sobie wyłącznie ze słowami, staram się zwerbalizować kłębiące się uczucia i emocje. To umiem. Tylko że teraz ja już nic nie czuję. Nic, prócz otępienia i przeraźliwego zimna. Chłód objął mnie jak rękawy przemokniętej kurtki i nie chce wypuścić. Wystygłam jak wczorajsza kawa, jak zeszły dzień. Została tylko pustka, oczy bez wyrazu i blade usta. Ledwie słyszalny oddech. Wyblakle marzenia. Jestem bladym wspomnieniem samej siebie. Wytartą fotografią, kiepską imitacją. Wczoraj wydaje się takie odlegle.

Odbijam się w sobie. Tonę w niewymówionych słowach, na które jest za późno, za wcześnie, zawsze nie w porę. Przeglądam się w swoich smutnych oczach, ja brzmi tak nierealnie. Zielony robaczek na ścianie jest jedynym, cichym świadkiem klęski samotności. Krzyk zamiera na ustach. W oczach tylko strach i szczypta bezradności. Zlizuję krew z przegryzionej wargi, ma słodki smak, jak twoje usta, jak zapach wspomnień. To tak jak chwila, gdy wrzątek wydaje się lodowaty. Wskakuję więc w ten ogień i płonę, i zamieram. Spalam się w sobie. Czuję wszystko i nic nie czuję. Za dużo. Za mało. Bezkresna próżnia i wieczność bez dna zakorkowane w butelce. Zakorkowana ja. Z zewnątrz jak manekin, roztrzaskane o podłogę naczynie. Wewnątrz drga spazmatycznie każdy milimetr mnie. Nie radzę sobie, bo to jest poza słowami. Nieuchwytne. Nie potrafię tego opisać, słowa to czasem zbyt mało. Dotykam chłodnej powierzchni lustra. Zabierz mnie ze sobą. Nie zostawiaj tu.

Tak, koszmary wróciły a złowrogie kształty w mroku szydzą ze mnie na nowo. Zawsze jest tak samo. Czemu wierzyłam, że tym razem będzie inaczej? Bo właściwie nic się nie stało. Nic się też nie zmieniło albo może zmieniło się zbyt mało. A ja właśnie potrzebuję zmian. Teraz, natychmiast, za chwilę będzie już za późno. Potrzebuję decyzji, określenia, zdefiniowania. Krótkie tak albo nie. I jednocześnie boję się tej prawdy. Za rogiem czają się wspomnienia sprzed lat, nagle tak wyraźne. Widmo słów wraca jak bumerang, nigdy nie byłaś dla mnie ważna jako osoba powiedziane tak lodowato, bez gniewu, boli, nadal boli i ciąży jak absurdalny wyrzut sumienia, bo byliśmy tacy sami, bo nie kochałam jego, kochałam siebie, jaką przy nim byłam.

Myślałam, że trwanie w bezczasie uleczy, ale to jednak złudne lekarstwo. Zachłysnęłam się częścią siebie, którą tak naprawdę chyba wcale nie jestem. Uwierzyłam. Ja wiem, największym swoim problemem jestem ja sama. Komplikuję wszystko, nieważne sprawy urastają do rangi wielkich problemów. Oczywiście zatrzymuję to w sobie. Twoje „czy coś się stało” zbywam ironicznym uśmiechem. Nie rozumiesz, że przeraża mnie uzależnienie od drugiej osoby, że panicznie się tego boję, a zarazem tak bardzo potrzebuję. Wkurwiam się na siebie, że daję się traktować jak zabawkę i powtarzam, że to nie ma sensu, a jednocześnie doskonale wiem, że nie będzie mnie nigdy stać na to krótkie spierdalaj i wystarczy jedno słowo, a łzy znikną i wróci uśmiech. A później będziemy powtarzać wszystko od nowa. Kręcimy się w kółko, skarbie.

A ja chyba nie mam na to wszystko siły, nie chcę grać w tę bezsensowną grę. Ale też nie jestem już sobą, jestem co najwyżej swoim cieniem. I nie mam odwagi, żeby się wycofać, żeby zrezygnować z chwil, kiedy jest dobrze. Bo kiedy jesteś, jesteś naprawdę. Potrzebuję czyjejś obecności, wsparcia, świadomości, że jesteś, bo ci zależy. Że będziesz i nie znikniesz za chwilę. Kłam mi, kłam. Bo czasem w środku nocy dopada mnie rozdzierający strach, łzy płyną gdzieś z głębi podświadomości i nie mogę ich zdusić poduszką, chwytam wtedy za telefon i rozpaczliwie pragnę do kogoś zadzwonić i usłyszeć to cholerne będzie dobrze, dasz radę, bo przecież klątwy nie istnieją a deszcz nie może padać bez końca.

Ale w słuchawce tylko cisza. Ta przeszywająca cisza gorsza od krzyku. Co samotność się nazywa.

 

 

Nie chcę czuć się źle, kiedy jest mi źle

ale to kosztuje

 

środa, 16 września 2009

 

Odebrałam dzisiaj książkę z drukarni. Swoją własną, zaprojektowaną i wykonaną osobiście. Moją. Kurczę, fajne uczucie, naprawdę fajne. I jeszcze pani z drukarni mile połechtała moje ego (łatwiej mi było przełknąć cenę;)), kiedy, dziwiąc się strasznie, że takie prace nam zadają na filologii, opowiadała, że wyszło znacznie bardziej profesjonalnie niż niejedna praca studentów grafiki komputerowej. Trochę porozmawiałyśmy, mówiła o różnych idiotycznych błędach, które często tamci popełniają. No, odrobinę się dowartościowałam, choć obawiam się, że Pan Edytor na egzaminie i tak wytknie mi masę potknięć i niedopatrzeń. Sympatyczny tak to facet, na swojej robocie niewątpliwie się zna, no ale wiecie, niezbyt miło w kółko słyszeć, że to źle, tamto źle. Bo zostały na końcu wdowy i sieroty, bo tekst nie jest dociągnięty do linii bazowej, bo postaci na ilustracji muszą być zawsze obrócone i skierowane w prawą stronę, bo tracking jest źle ustawiony, bo interlinia nie taka, bo spady niezaznaczone tak jak powinny, bo za dużo słów w linijce… I jak do tego dojdą jeszcze różnice w gustach, inne wizje i styl… No, rozumiecie o co chodzi, prawda?

Ale ja tu tak nawijam, a w sumie nie wyjaśniłam samej idei – otóż, zadano nam, wybrańcom (czy też nieszczęśnikom, jak kto woli) ze specjalizacji edytorskiej, wykonanie makiety książki. Można było sobie napisać własną, albo zaprojektować po swojemu już istniejącą. Ja się zdecydowałam na to drugie, bo zawsze mnie irytowało, że jest tak nieciekawie wydana. Wiem, że kiedyś tak się wydawało, ale typograficznie to ona najszczęśliwiej rozwiązana nie jest. Zresztą, spójrzcie sami:

Po zdecydowaniu się na tę konkretną książkę i zaprojektowaniu sobie w głowie zarysu całości, zaczęła się monotonna robota. Bo to się tylko tak wydaje: wybrać odpowiednią czcionkę, znaleźć adekwatne obrazki, posklejać to jakoś logicznie i gotowe. No nie bardzo. Nawet nie myślałam, że z tym tyle roboty będzie. Raz, że opanowanie programu InDesign trochę czasu mi zajęło, dwa - połapać się w tych wszystkich zasadach typograficznych też niełatwo. No ale wreszcie jakoś dobrnęłam do końca, można by to było zrobić znacznie lepiej, ale na to już nie pozwoliły mi moje (średnie) zdolności artystyczne. :) Ważne, że jest skończona. Postawię sobie na półce i za x lat będę mogła się chwalić, że wydałam własnej roboty książkę. Zresztą, sami obejrzyjcie (kiepsko widać, bo trochę śliski papier i światło się odbija) i udawajcie, że się podoba. ;)

 

-----------------------
Tak jakoś ostatnio nie miałam co robić i przeglądałam statystyki odwiedzin na blogu. Na przedzie zdecydowanie Łódź i stolica, ale te są mi znane. Zastanawia mnie natomiast Poznań plasujący się na trzeciej pozycji – poza det_gittes, który od czasu do czasu tutaj wpada, to zupełnie nie wiem, kto też mnie w Poznaniu może czytać. Przyzna się ktoś? ;) Później jest równie tajemniczy Wrocław, dalej już bliższy mi Rzeszów. Przed znajomym Międzyrzeczem z siódemką jest jeszcze okręg Katowicki stanowiący dla mnie zagadkę. Dalej Kraków, Gdańsk, Szczecin, Toruń. Reszta to już raczej sporadyczne przypadki, kiedy zapewne mistrz gugiel przekierowywał do mnie. Zresztą, różne dziwne hasła wpisywane w wyszukiwarkę, przez które ludzie do mnie trafiają, to już temat na osobną notatkę. ;)

17:01, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (14) »
środa, 09 września 2009

 

Linia karku mężczyzny może zmienić twoje życie. Sposób, w jaki grzebie w kieszeniach, szukając drobnych, może sprawić, ze zaskrzeczy ci serce, a dłonie zziębną. To, jak dotyka twojego łokcia albo nie zapiętego guzika na mankiecie swojej koszuli, jest demonem, którego wypuścił, nawet o tym nie wiedząc, i który natychmiast cię opętuje.
(J. Carroll, Pan Fiddlehead)


Demon zawładnął mną dogłębnie, opętał bezgranicznie i nie jestem w stanie wyzwolić się spod jego panowania. Chyba nawet nie chcę, wiesz? Zatracam się w jego ramionach i powoli tonę w otchłani bezkresnych niewiadomych. Podświadomie boję się, że dobrze znam wynik tego równania; jakiś głos zawzięcie powtarza, że historia lubi się powtarzać, że dobrze znam zakończenie. Że mam wyjątkową zdolność do niszczenia i rujnowania wszystkiego, co ma lub mogłoby mieć jakiekolwiek znaczenie i to się raczej już nie zmieni. Ale nie dbam o to, nie dzisiaj. Pozwól mi jeszcze trochę powierzyć w cuda.

Bo ja śnię, ten cudowny sen, w którym rzeczywistość nabiera cech magicznych, reguły przestają obowiązywać a grawitacja zanika. I jestem tylko niewypowiedzianymi słowami, cichym szeptem, oddechem na twoim ramieniu, drżącym westchnieniem ust, zwilżonymi wargami szukającymi zapachu twojej skóry. Istnieję tylko poprzez twoją obecność. Znikam we mgle wspomnień, ograniczając świat do jednej osoby. Przeglądam się w twoich oczach. Moja potrzeba niezależności z minuty na minutę ironicznie topnieje, dumne „ja” rozpaczliwie pragnie wybrzmieć jako dawniej pogardzane „my”. Lustro uśmiecha się drwiąco. Zna mnie, za dobrze mnie zna, ono wie lepiej niż ja. Powoli staję się zaprzeczeniem samej siebie. Nie wiem, czy to jeszcze ciągle ja, czy już ktoś zupełnie inny. A może to dopiero teraz jestem ja?

Jestem dla siebie niepoznaną materią. Jedno tylko wiem na pewno. Nie budź mnie z tego snu, proszę. Nie chcę się z niego wybudzić. Nigdy. Bo wiem, że upadek będzie bolesny. A nie stać mnie na kolejne powstanie z popiołów. Wyczerpało się siedem żyć. Zostałam już tylko ja. Żałośnie słaba ja.






Śmieję ci się prosto w twarz i nigdy się głośno nie przyznam, że jesteś teraz dla mnie wszystkim.

______________________________________
I kilka obiecanych zdjęć z gór (głównie z drogi na Zawrat). Tym razem autorstwa kolegi.
Słów nie trzeba, niech mówią same za siebie:

sobota, 05 września 2009

 

I nie mogę się doczekać
kiedy zaśnie całe miasto
żebym mógł bez świadków
odlecieć stąd

Mam na sobie tylko skrzydła
ze styropianu
(Bruno Schulz, Dzisiaj spotkam cię)

 

Nieśmiało próbuję skraść dla siebie jeszcze trochę szczęścia, zagarnąć kawałek twojej osoby na wyłączność. Choć na chwilę. Wdycham powietrze przepełnione euforyczną magią, ekstatyczny trans nie mija. Niech trwa bez końca. W krwioobieg wsiąkają zapomniane uczucia. Myślałam, że to zniknęło, że ja już nie potrafię dotknąć słońca. Zaciągam się głęboko i chwytam je garściami i śmieję się, ja się śmieję. Próbuję oszukać los, zamącić nici przeznaczenia, które utkały dla mnie zupełnie inną historię, ale nie pozwolę sobie tego odebrać, jeszcze nie, szczelnie otulam się kołdrą hipnotycznych snów i śnię przytulona do poduszki napełnionej szczęśliwymi zakończeniami. Jadę pociągiem do nieba, wypełnione muzyką słów całe perony obezwładniają mnie. Kurczowo ściskam bilet w drżącej dłoni. ‘Nawet jeśli to się źle skończy, warto dla tych kilku euforii.’ Nigdy nie byłam niczego tak pewna.

Odurzam się zapachem. Pachniesz wolnością. Uzależniam się od ciebie jak od narkotyku, zabijasz mnie powoli, tak błogo, tak nierealnie, stosuję cię jak antidotum na smutki, antidotum na ból. Leczysz mnie samą obecnością. Omamiasz słowami, wypełnij mnie więc nimi całkowicie, bo mnie nie ma, znikam bez dźwięku twojego głosu. Trajektorie naszych spojrzeń przecinają się wysoko ponad myślami, niespełniony dotyk wiruje w przestrzeni, tak niepewnie, tak delikatnie muskając moją skórę. Powinniśmy spotkać się gdzieś pomiędzy tchu schodami, znajdź wtedy moją dłoń w ciemności, nim znowu się zgubię, znajdź, proszę. Nie mam mapy, błądzę z wahaniem w twoich oczach i nie wiem, czy to właściwa droga, ale za późno już na powroty. Już się nie cofnę. Spraw, bym nie musiała żałować. Wykradnij mnie koszmarom, uwolnij od strachu, nafaszeruj pewnością. Bądź.

Budzę się rano, powietrze głaszcze mnie swoim chłodnym dotykiem, obrazy pod powiekami koją rozedrgane zmysły, a ja przytulam się do marzeń i zamiatam strach głęboko pod łóżko.

Tli się nieśmiała nadzieja, że może, że jednak, że wreszcie.

 

Ale ciii. Nie spłoszmy jej.

 

 

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.