Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

 

nie - naprawdę kocham deszcz

uwierzcie mi

nie - naprawdę kocham deszcz

dodaje sił

(R. Kasprzycki, Naprawdę kocham deszcz)

 

Zachwycające zderzenie ciemnoszarych kolosów z granatowym niebem. Nic ma chyba drugiego tak fascynująco pięknego zjawiska jakim są chmury. Wiatr wygina drzewa, ulewa spływa ulicami. Biegnę popękanym chodnikiem, skacząc przez kałuże. Jak w odległym kiedyś, które nieśmiało wychyla spod zmęczonych powiek. Przypomina chudą dziewczynkę ze skakanką, zawsze samą, zawsze w deszczu. Raz, dwa. Melodia kropel wyznaczała rytm. Raz, dwa. Mokre dżinsy lepią się do ciała, w sklepie z farbami przecieka dach. Równomierne kapanie zapełnia zielone wiaderka. Raz, dwa. A od jutra malowanie. Każdą niedoskonałość przykryć farbą. Zamalować przeszłość grubą warstwą. Gdyby. Lubię malowanie.

 

lubię gdy deszcz obejmuje mnie

mówiąc że nikt nie zobaczy łez

nikt nie wyśmieje nie zrani już

tak szepcze deszcz mokry anioł stróż

 

i wiem że już będę zawsze sam

bez gorzkich prawd i półsłodkich kłamstw

lecz jeśli tego naprawdę chcesz

samotność jest jak deszcz

 

Staję na środku drogi i unoszę twarz ku niebu. W deszczu jest wolność. Pachnące waniliową melancholią i mokrymi płatkami róż wyzwolenie. Ze śmiechem dziękuję za parasol i pozwalam przez chwilę kroplom płynąć po twarzy. Tusz rozmazuje się pod okiem. Raz, dwa. Dziewczynka wiecznie skacze przez deszcz. Powoli odnajduję kawałki siebie, rozrzucone niedbale jego dłonią z niedopalonym papierosem. Mi corazón de cenicero, my ashtray heart. Powoli odnajduję siłę. Powoli odnajduję zgubiony rytm. Raz, dwa. Raz, dwa.

 

poniedziałek, 23 sierpnia 2010

 

Tyle było dni do utraty sił

Do utraty tchu tyle było chwil

Gdy żałujesz tych, z których nie masz nic

Jedno warto znać, jedno tylko wiedz, że

 

Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy

Ważnych jest kilka tych chwil, tych na które czekamy

(M. Grechuta, Dni, których jeszcze nie znamy)

 

Jest dobrze. Lekko, słonecznie. Przeciągam się na kocu i zdejmuję z uszu słuchawki. Piję mrożoną kawę i spotykam się ze znajomą niewidzianą chyba pięć lat. Rozmawiamy, jakby tej przerwy nigdy nie było. Śmieszne, kiedyś nawet za bardzo jej nie lubiłam, teraz miło spędzam czas. Umawiam się z ludźmi, nie zakładając z góry, że będzie nudno. Po dwóch chyba już latach zgadzam się na spotkanie z D. (a niech mu tam, za wytrwałość godną podziwu). Bo w sumie – czemu nie? Powiedziałam sobie, że nie będę z góry skreślać ludzi. Że dam im szansę. I sobie też. Kolejny raz. Bo może jednak warto. Bo może kiedyś.

Stoję na balkonie i wpatruję się w okrągły już księżyc. Szepczemy sobie obietnice lepszego jutra. Bo może kiedyś. Uśmiecham się kącikiem ust. Jest dobrze. Nie, nie zakochałam się. Nie wygrałam na loterii. Nie stało się nic nadzwyczajnego, wyjątkowego. Po prostu jest dobrze. Bez powodu. Może w żyłach szumi mi jeszcze morska bryza, a w płucach mam tamtejszy spokój. Coś zapaliło się w środku i mówi, że warto.

Czuć.

Chcieć.

Próbować.

 

Że warto.

(fot. własne)

 

czwartek, 19 sierpnia 2010

 

Belief in the breeze,

The smoky morning haze.

The sun on her face,

and the touch of lovers' hands.

The pain that comes today,

Is here, then goes away.

(Whitley, More Than Life)

 

W Gdańsku zakochałam się już dawno temu. Za każdym razem, kiedy jestem w tym mieście, czuję, że to jest „to”, że jestem u siebie. To chyba jedyne miejsce tutaj, w którym mogłabym (chciałabym) mieszkać na stałe. Przeprowadzić się choćby zaraz. Jako jednostka zdecydowanie mieszczuchowata, muszę mieć „cywilizację” na wyciągnięcie ręki, mniejsze mieściny czy wieś kojarzyły mi się zawsze z nudą i brakiem perspektyw, zaszycie się w górskiej chacie odpowiadałoby mi jak najbardziej – ale jako rozwiązanie tymczasowe. Musi być miasto. Wielkie, gwarne, tętniące życiem, a zarazem mające w sobie piękno, magię, czar, dużo przestrzeni i miejsca, gdzie przychodzi wolność, w których można się zaszyć. Czyli Gdańsk. Bo taka Łódź, pomijając oczywistości typu brak morza – przytłacza, dusi. W jakiś sposób kocham to miasto, ale jest to uczucie niewątpliwie ciężkie. Męczące, toksyczne. A z Gdańskiem zawsze było inaczej. Tym razem też się nie zawiodłam. Podziałał kojąco, uzdrawiająco, jak balsam. Nie chodzi już o takie sprawy jak ładniejszy kolor skóry (nie tyle istotna intensywność, ile jakość opalenizny, taka nadmorska jest jednak jedyna w swoim rodzaju), czy „magiczne” właściwości tamtejszego powietrza, dzięki któremu włosy stają się pięć razy gęściejsze i błyszczące. Najważniejsze, że tamtejszy wiatr wiejący od morza odświeża też myśli. Słońce rozgania smutki. Gorący piasek pod stopami i woda głaszcząca łydki przywracają chęć do życia.

 

To touch something real,

Will help your wounds heal,

Like the sun on your face,

The dreams of starry nights.

 

And we are homeward bound,

And I,

I want this more than life,

I want this more than life,

I want this more than life...

I want this more than life.

Mogłabym tak codziennie popołudniami leżeć kołysana wiatrem i błądzić wzrokiem po chmurach płynących po niebie. Bez końca spacerować brzegiem plaży i wpatrywać się w horyzont. W morzu zapisana jest tajemnica. Ukryte wspomnienia dawnych emocji. Czas zaklęty w nieskończoności wiatru. Lubię słuchać szeptu fal.

 

Czuję. Otwieram oczy. Uśmiecham się.

Jestem.

(fot. własna)

 

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.