Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2009
 
 
 
Ja za każdym razem mocniej
ściskam nasze zdjęcie w dłoniach
Czas tak łatwo nas pokonał
nie zostało mi już nic
(Manchester, Berlin lubi deszcz)

 

Coś, ktoś, jedna chwila. Moment. I zmienia się wszystko. Tak niespodziewanie, nagle, znienacka dopada mnie dziwne uczucie, tak szybko, że nawet nie mam czasu się obawiać. Bez analizowania, bez roztrząsania. Nie boję się. Po prostu jestem. Pierwszy raz od dawna jestem, jestem naprawdę, a nie tylko imituję swój dawny obraz. Niczego sobie nie wmawiam, niczego nie udaję. Nie śnię się sobie. Nie śnię. W pamięci jak przez mgłę kołacze się wspomnienie monotonnego stukotu pociągu i spływających po szybie kropel deszczu. A niebo było bezkreśnie czarne. Twój uśmiech i dłoń bawiąca się bezwiednie zapalniczką. Nie rozumiem słów, szumią gdzieś w oddali, nieważne. Czas zaczyna zataczać dziwne koła, to było, jest i będzie, świat wiruje, a ja nie chcę zgubić rytmu, niech raz zatańczy tylko dla mnie. Niech rzeczywistość mnie nie zgubi, bo nie mogę znów zatracić się w marzeniach. Już nie mogę. Coś pękło i nie chcę zasnąć, nie chcę już dłużej spać. Nie chcę.

Oglądam obrazy w pamięci jak video. Zatrzymaj, cofnij, odtwórz. Pauza. Po prostu bądź. Odgrywam w wyobraźni wszystko na nowo, raz za razem. I nic nie chcę zmienić. Nic. Przewijam dalej, odtwarzam najbliższe mi sceny. Niech trwają. Wspólne bujanie się na huśtawce do rana, jak dzieci, ramię przy ramieniu. Rozmowy i później cisza, która brzmi tak doskonale. Nie potrzeba słów, nie dziś. Teraz milczenie gra. Wkładam ciepłą, za dużą bluzę, nadal jeszcze pachnie tobą. Lubię w niej spać, chciałabym zamknąć zapach w butelkę, aby nigdy nie uleciał. Niech nie blednie, bo z nim zbledną wspomnienia, zbledniemy my. Ale muzyka wciąż jeszcze gra. Gwiazdy na niebie świecą tylko dla nas, a słowa piosenek brzmią tak inaczej, idealnie się komponując, odkrywam w nich nowe znaczenia. Wszystko pasuje, wszystko jest tylko nasze. Świat, mój świat, wstrzymuje oddech, nie ma przeszłości, nie istnieje przyszłość. Jest tylko ta chwila, tylko my, gwiazdy i huśtawka.

Film leci dalej. Niech nigdy się nie skończy. Klub, parkiet, mnóstwo tańczących ludzi. I cała sala znika, a dla mnie istnieją tylko te śmiejące się oczy i silne dłonie wygrywające melodię na moim ciele. Twoja skóra ma słodki smak. Czuję się pewnie w tej niepewności. Zmysły szaleją a jednocześnie jestem tak bardzo spokojna. Nie muszę się bać. Czy tak smakuje szczęście?

Ostatnie godziny, ostatnie minuty. Pociąg stąd do wieczności. Wtulona w twoje ramię chcę jechać w nieskończoność, omijać wszystkie stacje. Zostać tu na zawsze, z tobą. Chociaż to nie miało sensu, chociaż nie wiem dlaczego, chociaż nie powinieneś mi się w ogóle podobać, chociaż ja nie powinnam nic czuć. Chcę jechać bez końca.

 

Ale film się kończy. Nasza stacja. Jakieś nie takie to zakończenie, czegoś brakuje, wyraźnie niedokończony scenariusz. Napisy końcowe lecą już na dworcu. Omijamy je jakoś zdawkowo, pospiesznie. Nie tak. Seans skończony, pora powrócić do rzeczywistości. Która ma kobiece imię.

 

 

środa, 19 sierpnia 2009

 

Są chwile, kiedy zaczynam się zastanawiać, na co ja u licha właściwie czekam. I myślę sobie, że kiedyś wreszcie muszę zbudzić się z tego bezkresnego idealizmu, wygrzebać z mojego fikcyjnego, drobiazgowo utkanego świata – i zacząć żyć. Że rzeczywistość nigdy nie dorówna wyobraźni i trzeba się z tym w końcu pogodzić, bo raczej marne są szanse, że skrzyżowanie Deppa i Jude'a Law doprawione intelektem Pana Ka zapuka nagle do mych drzwi. Albo że – jak to sobie wymarzyłam w dzieciństwie – jakiś posępny rockandrollowiec porwie mnie z zamku mojej obojętności, wydostanie ze zbudowanej z iluzji wieży i wywiezie na harleyu ku zachodzącemu słońcu. No sami przyznacie, marne szanse.

Kiedy zatem mój najwierniejszy (czyt. najbardziej namolny) absztyfikant, zwany Superlolkiem Żorżo, wyskoczył z nieśmiertelną propozycja spotkania - wspaniałomyślnie się zgodziłam. A co mi tam, może nie będzie aż tak tragicznie? Miałam nic nie zakładać z góry, no to nie zakładam.

Żorżo chce do kina:

Ja: To może jak będzie nowy Tarantino? Film chyba nie z tych najlepszych, ale Tarantino to zawsze Tarantino.

Żorżo: No ok – po chwili – ale to dopiero za jakiś miesiąc będzie?

Ja: Tak, ale teraz nie grają nic ciekawego, czego bym przy tym nie widziała.

Ee, na pewno coś jest – zapewnia mnie Żorżo. – Poczekaj chwilę, zaraz coś znajdę.

Cierpliwie czekam. Po pięciu minutach Żorżo znajduje, jak twierdzi, super film „z ciekawym scenariuszem, dowcipnymi dialogami, wartką akcją i niezwykłą grą aktorską”. To będzie produkcja roku, zapewnia mnie. Trochę się boję, ale mimowolnie zaciekawiona pytam o tytuł tego arcydzieła.

Żorżo: „Miłość na wybiegu”.

 

 

 

Ha. To ja jednak poczekam w tej mojej wieży.

 

 

02:07, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (19) »
piątek, 14 sierpnia 2009

 

No proszę, wydarzenie dnia. Sprawa wysokiej wagi, jak to zgrabnie ujęła kiedyś Cellar, czyli wreszcie wyświetliło się upragnione 50 kg. Widocznie w końcu dieta pełnoczekoladowa zaczęła działać i zniknęła ta monotonna 4 z przodu. :) Nie to żebym chciała przypominać jakąś kulę – zdecydowanie nie, bo lubię w sumie tę swoją filigranowość – ale wiadomo, bycie bardzo szczupłym ma i plusy, i minusy. I mówienie o kimś „lekki jak piórko” wcale wyssane z kosmosu nie jest. Zawsze z uśmiechem przypominam sobie relację koleżanki, która lubiła opowiadać o pewnym piątku, kiedy to wybrałyśmy się na korepetycje z angielskiego (dobre kilka lat temu, pogoda koszmarna, huragan niemalże):

Idziemy sobie względnie spokojnie, gadam coś do niej, idzie kolo mnie i nagle patrzę: nie ma jej. Co jest, kurde? Rozglądam się i co?  Wywiało ją na trzy metry przede mną i zatrzymała się dopiero na jakimś olbrzymim drzewie!

Oczywiście historia nieco przesadzona, ale faktycznie porwało mnie nieźle i spory kawałek normalnie przefrunęłam. I powiem Wam - nie mam nic przeciwko lataniu, ale wolałabym jednak nieco bardziej kontrolowane. ;)

***

Pisałam jakiś czas temu o ostatecznej eksterminacji Pana Ka. Otóż, Pan Ka - jak to Pan Ka - życia nie zamierza mi ułatwiać, bo taka już jego wredna natura, i teraz czasem jeszcze o sobie przypomina. Zombie Pana Ka lubi znienacka zmartwychwstawać; to zagrzechocze łańcuchami, to pozawodzi irytująco i jak pasożyt pęta się jeszcze po zakamarkach mojego umysłu. Gremlin taki złośliwy. Cały czas potrzebuję jakiegoś silnego antidotum, antybiotyku, który zabije niechcianego intruza we krwi, ale jest już trochę lepiej. Uczę się go ignorować. Zakładam słuchawki na uszy i ubijam jak tego koszmarnego Małego Głoda z reklamy. Działa.

W końcu zniknie chyba definitywnie. :)

***

Już nie mogę się doczekać wyjazdu w góry. Muszę na trochę wyjechać, odpocząć od tego miasta – by móc potem z przyjemnością wrócić. Po nawet krótkiej nieobecności wszystko wydaje się takie inne, jakby nowe, ciekawsze. Stare kąty nabierają uroku, a opatrzone miejsca tajemniczości. Wszystko widzę wyraźniej. Właśnie, widzę, a nie tylko patrzę (co ostatnio stało się u mnie niestety rutyną).

No i cieszę się podwójnie, bo jadę w góry. Nic nie zastąpi gubienia się na szlakach, górskiego powietrza, cienia drzew, niesamowitych widoków i tego spokoju oraz poczucia wolności, które mnie zawsze w górach ogarnia. Stęskniłam się. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo. Zresztą, ostatnio jakoś tak w kółko wakacje spędzałam nad morzem – a mam go już trochę dość. Zwłaszcza w wydaniu „wakacje z moją przyjaciółką”, czyt.: smażenie się na plaży w miejscu pełnym ludzi i parawanów, sączenie kolorowych drinków z kretyńską parasoleczką, w których imponująca jest tylko cena, poznawanie coraz to nowych (ale za każdym razem tak samo nudzących) facetów albo uganiania się z aparatem za jakimś paskudnym Oliwerem Jamnikiem i Kochankiem czy też innym Tańczącym Bochenkiem. Choć muszę przyznać, że za jedną rzecz morze wprost kocham. Chmury. Jestem totalnym chmurofilem, uwielbiam robić im zdjęcia i doszukiwać się ukrytych postaci w ich kształcie. A te nadmorskie są zawsze wyjątkowo piękne. :)

(fot. własne)

 

 

 

Za jakość przepraszam, na fotografii nie znam się kompletnie, ale liczy się pasja, a nie tylko umiejętności, nie?

(Tak się przynajmniej pocieszam. :))

 

17:17, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (5) »
niedziela, 09 sierpnia 2009

 

Niebezpieczne są słowa,

które wypadły z całości

urywki zdań sentencji

początki refrenu

zapomnianego hymnu

(Z. Herbert, Zasypiamy na słowach)

 

Chyba od zawsze mam tę irytującą słabość do obsesyjnej nadinterpretacji rzeczywistości. Wszędzie doszukuję się ukrytych znaczeń, drugiego dna, za każdym razem odczytuję między wierszami głębsze sensy, których zapewne po prostu nie ma. Tonę w dwuznacznościach, niedopowiedzeniach, gubię się w niedomówieniach i w bezsensownych domysłach. Wydaje mi się, że słowa znaczą coś więcej niż znaczą, wyrwanym z kontekstu wyrazom nadaję inne znaczenia. Na jednym słowie, prostym geście potrafię zbudować historię życia z całym jego zagmatwaniem, z przeszłością i tym, co ma dopiero nadejść. Bawię się w kreatora rzeczywistości, konstruuję coś z niczego, nagminnie nadaję życie czemuś, co nie ma w ogóle prawa bytu. I żyję tą swoją fikcją. Taka mania. Kolejna mini obsesja.


W pamięci pojawia mi się obraz z dzieciństwa, miałam lat – nie wiem – siedem, osiem, może dziesięć? Melancholijny październik, deszczowy dzień. Moje urodziny. Pamiętam, że siedziałam sama w domu i próbowałam coś stworzyć na kartce papieru, rysowałam kredkami któryś tam ze światów od zawsze tkwiących mi w głowie. Ale wtedy jakoś wyjątkowo nie chciał przyjść, kolory były nie takie, ręka zupełnie nie potrafiła oddać wizji istniejących w wyobraźni. Obrazy nie nadchodziły, barwy były niewłaściwe. Udzieliła mi się szarość dnia i tylko smutek przelewałam na papier, a i to nieudolnie. I nagle, niewiadomo skąd i jak, bo okna były wtedy zamknięte, na jednej kredce przysiadł motyl. Machnął kilka razy czerwonymi w czarne plamy skrzydełkami i odleciał. Kolory wróciły momentalnie i kartka zalśniła feerią barw, jakkolwiek rysunek nie był oczywiście niczym więcej niż zwykłym dziecięcym mazaniem. Pomyślałam wtedy, że to będą wyjątkowe urodziny, że muszą takie być. Takie naiwne dziecięce myślenie.  Nie były wyjątkowe. Chyba, że za niezwykłość uznać fakt, że kompletnie wszyscy o nich zapomnieli. Ale to w sumie nic nadzwyczajnego. Jak zwykle nie stało się nic. 

Pewnie wtedy powinnam rozsądnie przestać wierzyć w te wszystkie znaki – ale, wręcz przeciwnie, zaczęłam doszukiwać się w nich po prostu innego sensu. Że inaczej, że nie tak, że coś tam. I nadal doszukuję się ukrytej symboliki w zwyczajnych rzeczach. Lubię wyjątkowość ulotnych chwil, lubię to dziwne uczucie, kiedy nagle pomyślę o kimś dawno nie widzianym – i tę osobę spotykam. Lubię pojawiające się znienacka niezrozumiałe poczucie déjà vu i wiarę, że nic nie dzieje się bez przyczyny, że jest w tym jakiś sens, cel. Lubię, chociaż mam przecież świadomość, że zwyczajnie komplikuję rzeczy proste, że dobudowując sztuczne znaczenia chcę po prostu dodać życiu kolorów, uciec przed szarością, wypełnić pustkę, odsunąć od siebie poczucie bezsensowności. I buduję iluzję na iluzji, zanurzam się w kolejnych złudzeniach, nie chcąc przyjąć rzeczywistości takiej jaka jest. Bo boję się zwyczajności. Bo przeraża mnie ta przypadkowość.

Choć wiem, że są tylko przypadki i zbiegi okoliczności. Że ślepy los igra sobie ze mną pozując na przeznaczenie, czy właściwie raczej – nie ma nic, a to tylko ja doszukuję się sensów, których nigdy nie było.



Są tylko przypadki. Nic więcej?


środa, 05 sierpnia 2009

 

Dobry dzień. Miła kontynuacja wieczoru. Zielono, rześko, deszczowo. Z tym wewnętrznym słońcem, które rozświetla życie. Jakoś lżej, łatwiej, jaśniej. Tak po prostu i bez niczego. Efemerycznie i choćby tylko na moment. Zwyczajnie, ale tą niezwykłą normalnością. Tak, zdecydowanie dobry dzień. Oby więcej takich.

 


Chwilo trwaj, jesteś piękna?

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.