Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 31 lipca 2010

 

Popłynę tam i będę gdzieś za sobą już za tobą mam

to wszystko co nie stało się to wszystko czego tak ci brak

za tamte słowa słodkie zbyt oddam pustkę która jest

o samotności nie mów mi bo ona też omija mnie

(R. Kasprzycki, Vis – à – vis)

 

Potrzebuję impulsu, który wywróci moje życie do góry nogami. Iskry, która wybudzi z letargu. Słowa lub spojrzenia, które sprawią, że serce zabije mocniej. Chcę, żeby paliło. Żeby mroziło. Żeby było jakoś. Widocznie umiem żyć już tylko dramatami, jak zwykle pełna absurdów, tylko one mogą ze mnie wykrzesać cokolwiek. Tylko one.

Dotykam dłonią lustra i nie wiem już, coraz częściej gubię drogę. Maska przyrosła do twarzy, gram więc wyuczoną rolę, zagram kogoś, kim kiedyś byłam, stworzę z pamięci iluzję siebie sprzed lat. Poza, zmanierowany gest, sztuczny uśmiech. Kiedyś może uwierzę. Mówię, że chętnie, że możliwe, że tak, ale to tylko brudne plamy na płótnie, z którego ktoś spłukał farbę dawno temu. Drgnięcie ręki, skaza pod powieką, strach, że może. Paradoksalna ulga, że pewnie nie warto. Coś wewnątrz mówiące tak będzie lepiej i brak sił, by zaprotestować. Uwięziona w samym środku ślepego nigdzie, uciekam w pseudo-metaforyczne tandetne zwroty, za żałosnym patosem ukrywam brak czegokolwiek. Bo nie ma we mnie już nic, a wy daliście się nabrać. Wszyscy. Ja najbardziej. Słowa, pusta masa dźwięków bez znaczenia, starte kartoniki myśli i zaschnięte idee, które straciły blask wiele dni temu. Skrywam się nieudolnie za ich echem, by ukryć brak. Brak siebie, chyba już.

 

Jak ból jak trans jak sen co wiecznie trwa

Jak ból jak jak czas na sen

Jak ból jak trans jak sen co wiecznie trwa

Jak ból jak jak czas na sen

 

Chyba jeszcze tylko w snach odbicie jest prawdziwe, nieskażone fałszem i czyste. Za dnia spokój, który dusi. Znieczulenie na słowa. Nie oddzwaniam, przecież wiesz. To wszystko to tylko złudzenie. Uciekam od bliskości, przecież nie jest prawdziwa. Kolejne iluzje wycieram z półek. Przecież nie warto. Nie czuję nic, tak obojętnie mi. Stan przecież znajomy, to już kiedyś było, dotyk nie wywoływał choćby drżenia. Pocałunki przynoszące jedynie zniecierpliwienie i obecność, która drażni. Uciekam więc, choć ciągłe poziome spadanie nie przyniesie ulgi. Nie słyszę, co do mnie mówisz, zostały tylko samotne spacery w deszczu i muzyka. To chyba jedyne, co jeszcze potrafi przywrócić we mnie zapomniane emocje, przywołać pod powiekami wspomnienie zeszłych uczuć. Wytarte jak pomięty bilet w kieszeni starego płaszcza, urywki kiedyś wypowiedzianych zdań gdzieś tam tlą się jeszcze. Pewnie zgasną w końcu i one.

 

Więc wybacz mi że żyję snem choć czasu dość mam przecież wiem

że czasem trudno wierzyć w nas i w to że rany leczy czas

nie cofnie się tych kilku dni i nie tak łatwo teraz być

skrzywioną maską własnych pragnień Dorianem Grayem z Vis’a’vis

 

Uciekam od ludzi już chyba nie ze strachu, nie z lęku, że znowu zranią. Uciekam, bo już przestają mnie obchodzić, wczorajsze cienie bez znaczenia. Męczy taki stan, ale już chyba nie potrafię próbować, nie wiem, czy umiem chcieć. To jak ten moment zamroczenia, otępienia, kiedy trzeźwiejesz po utracie przytomności – nie boli, ale w ogóle przez moment nie ma nic. Niewidoczna ściana, która jednak przecież jest. To jak wtedy, kiedy leżałam w szpitalu otoczona lekarzami w maskach, z oczami bez wyrazu i zimnymi skalpelami – wszystko odbijało się w szklanych drzwiach a ja patrzyłam, patrzyłam z nienormalnym zainteresowaniem, jakby to nie mnie dotyczyło. To ten dziwny stan, kiedy ciało trwa, a ty jesteś daleko stąd. Nie dotyczy mnie. Nic mnie nie dotyczy. Słońce? Lato? Mnie pochłania tylko chłodny spokój, niepokojący w swojej bezwzględnej doskonałości. Nie chcę tak, uwierz. Gdy tylko uporządkuję to, co uporządkować muszę, pakuję plecak i wsiadam w pierwszy pociąg nad morze. Jeśli wpatrywanie się w horyzont i szum fal nie pomogą, wracając we mnie życie, to już nic mi nie pomoże.

 

środa, 21 lipca 2010

 

Elegancka starsza pani, zaczepiająca mnie na przystanku, opowiada historię swojego życia. Mówi o wojnie, o polityce, o nienawiści, o świecie, który dla niej umarł i przestał istnieć dawno temu. Trochę szalona, momentami opowiada brednie, mieszając fakty i tworząc sprzeczną całość. I taka przy tym jest samotna. Tak bardzo. Przepuszczam tramwaj i słucham. Słucham naprawdę. Tylko tyle mogę jej dać. Trochę swojego czasu. Tylko tyle. Śmieszy mnie trochę to, co mówi, ale jednocześnie coś ściska mnie od wewnątrz. Dziwnie się czuję, kiedy ze łzami w oczach żegna mnie i życzy szczęścia. Taka samotna. Zawsze znajdę dla nich czas, nie wiem czy jakoś podświadomie to wyczuwają, ale ile ja już słyszałam takich historii. Ile smutnych spowiedzi, ile w nich gniewu, wciąż żywej urazy i zwykłych ludzkich emocji. Ile przy tym czasem zagubienia, życzliwości i zwykłej chęci uśmiechnięcia się do kogoś. Do kogokolwiek - kto tylko wysłucha. Kto da im te kilka chwil, może jednych z ich ostatnich. Kto. Też taka będę za 60 lat? Czy w ogóle będę.

Nie myśleć. Spotkanie z P. pomaga, jak zawsze. Przy niektórych ludziach ten dziwny, dławiący strach znika i mogę być po prostu sobą. Tą częścią siebie, która wiele się śmieje, patrzy prosto w oczy i za którą oglądasz się na ulicy. Ładny kolor sukienki ktoś zawołał, ktoś się uśmiecha. Może napijemy się razem? czasem to wszystko jest takie proste. Może zbyt. Później wraca reszta mnie i nie ma już prostych spraw. Są tylko niemożliwe odpowiedzi na pytania, których nawet nie umiem sformułować. Wcześniej jednak, zanim wrócę cała ja, rozmawiam z P. Kiedy komuś opowiadam całą tę historię, wydaje się taka śmieszna, banalna. Żałosna i niegodna tylu myśli i słów. Znika cały dramatyzm. A kiedy P. pyta mnie czy ty jeszcze...? nie umiem odpowiedzieć. Nie wiem. Wszystko jest takie dziwne. Niejasne. Uświadamiam sobie, że w tym samym miejscu, przy stoliku obok, byłam z nim na ostatnim normalnym spotkaniu. Kiedy zaśmiewaliśmy się z jakichś niesamowitych głupot, kiedy opowiadaliśmy sobie o przeszłości, lęku i braku zaufania, który ciężko odbudować, o dawnych sprawach. Kiedy, jak mi się wtedy wydawało, miały przyjść nowe, tym razem te nasze. Kiedy podszedł do mnie ten śmieszny niski facet, którego twarz pamiętam jak przez mgłę, i mówił mi "jaki ten pani facet ma szczęście, jak ja mu zazdroszczę” a ja się tylko śmiałam. Kiedy jeszcze dużo się śmiałam. Kiedy chciałam zatrzymać czas i tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć w te jedyne oczy. Kiedy kroki zgubiły rytm, a on zakładał mi kurtkę. Kiedy trzymał mnie mocno za rękę, a usta miał takie ciepłe.

A później przyszły dni, których do dzisiaj nie rozumiem. I pewnie nigdy już nie zrozumiem. Może już nie warto. Choć "ja nie mam sobie nic do zarzucenia" boli wciąż i boleć będzie jeszcze długo.

 

23:44, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (4) »
środa, 14 lipca 2010

 

With your feet on the air and your head on the ground

Try this trick and spin it, yeah

Your head will collapse

If there's nothing in it

And you'll ask yourself

 

Where is my mind

Where is my mind

Where is my mind

(Pixies, Where Is My Mind?)

 

Kolejny upalny dzień otępia. Wszystkie takie same, zlewają się w jedno wypłowiałe pasmo. Powoli powracam do zeszłorocznego stanu. Bezpiecznej, bezbolesnej i bezkresnej… pustki. Szukam równowagi, znajduję tylko spokój. Chciałabym latać. Ciągle jeszcze pragnę. Niekończące się koło. Pragnienie, cierpienie, pustka następujące po sobie jak pory roku. I po co. Kusi medytacja, nirwana, Nepal. Znowu czytam o buddyzmie. Nie chcę uciekać. Chcę odejść z podniesionym czołem. Nigdy już nie odwracać się za siebie. Uspokajam myśli, myśli usypiają mnie. Tęsknota dawno wypaliła się na słońcu, smutek wysechł na wiór. Nigdy więcej powrotów.

 

Powoli sączony Desperados. Dużo reggae, wypalanej wieczorami shishy i grejpfrutowego soku przed snem. Rozbrajający mnie za każdym przypadkowym spotkaniem facet w kraciastej koszuli, tym razem na mój widok potknął się i upuścił plik dokumentów. Kiedyś bym się uśmiechnęła, dziś nie ufam już żadnym kraciastym koszulom. Zresztą zabrakło nawet wiatru, by nadał pozorów śmiesznego dramatyzmu i rozwiał kartki. Idę dalej. Bezmyślnie kupuję kolejne bluzki na wyprzedaży. Mijając kwiaciarnię, dopiero teraz uświadamiam sobie, że przegapiłam sezon narcyzów. Później spotkanie z A. i obowiązkowo piwo korzenne. Bieg przełajowy w japonkach do tramwaju. Sukienka lepi się do ciała, odgarniam poplątane kosmyki z wilgotnego czoła. Przystanek dom, wystawiam stopy z balkonu, zamrugam do ciebie bordowym lakierem. Chmury płyną po niebie układając się w bajkowe kształty. Jednooka żaba, król z wąsami i smoki dwa. Wieczorem Hesse na zmianę z Konwickim. Niedługo, jak co roku od już chyba lat dziesięciu, Mistrz i Małgorzata czytani upalna porą. Rutynę boli gardło, rutyna nie będzie krzyczeć.

 

 

Morze się uspokoiło. Ustał sztorm. Wzburzone fale umilkły. Potwór skończył grzmieć. Zrobiło się tak bardzo cicho. Rozbitek przestał wierzgać rękoma, rozbitek przestał krztusić się słonym fałszem. Rozbitek poszedł na dno.

 

A mewy, sępy nadmorskie, będą krążyć jak zawsze. Nie lubię mew.

 

 

czwartek, 08 lipca 2010

 

Znów śni mi się płonące niebo. Ogromna wichura niszczy wszystko, w powietrzu latają drzewa, samochody i wieżowce. Ludzie dawno odeszli za horyzont. Tylko ja stoję na jakimś wzniesieniu i mam zaledwie rozwiane włosy. Powiewają, a ja stoję i patrzę jak kończy się świat. Pada deszcz ognistych kul, granat nieba staje w purpurze, zapala znaną mi przestrzeń. Później nie ma już nic. Z ciemności trafiam do monumentalnego, zrujnowanego budynku. Biegnę boso po zgliszczach, gruzy kaleczą stopy. Powracają te same motywy. Urwane schody, kręte korytarze, obsesyjny seks, zachodzące krwią słońce, podłużne, zdeformowane obłędem twarze i krzyki odciśnięte w folii. Wszystko w oparach szaleństwa, wydychanego z ust gargulca zastygłego w szyderczym grymasie.

 

Po przebudzeniu koszmar wcale nie mija. Jest tylko mniej spektakularny. Bo niepokój nie znika nigdy.

 

----------

(...) Bałam się takiej chwili. Ale nawet nie zabolało, nie tak mocno, jak się spodziewałam. Już nie. Teraz tylko nie myśleć, wyłączyć się. Znam na to dwa sposoby. Alkohol ograniczam, zostaje więc wyjście drugie. Puszczam głośno reggae i tańczę do utraty tchu. Dźwięki krążą we krwi, rytm synchronizuje bicie serca, melodia dyktuje kroki. Staję się jednością z muzyką, a wtedy wszystko znika. Jestem wolna. Tylko w tańcu mogę być wolna, od niego, od siebie, od lęków i koszmarów, od wszystkich moich światów. Po prostu wolna.

 

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.