Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
piątek, 31 lipca 2009

 

Za dużo myśli. Za dużo analizowania. Za dużo spekulacji. Gubię się już w pułapkach własnego umysłu, bombardującego mnie co chwilę tysiącami wizji alternatywnej rzeczywistości. Co by było, gdyby – oj, znamy to, znamy. Zawsze wszystko muszę rozłożyć na czynniki pierwsze, tak żeby przypadkiem nic mnie nie zaskoczyło. Zero spontaniczności, ponieważ mniejsze ryzyko oznacza mniejszą szansę na kolejny zawód. Lepiej nie zaczynać, nie próbować – bo wtedy nie spotkam się z porażką twarzą w twarz, co najwyżej złośliwy głos w głowie będzie ze mnie szydzić po cichu. Nauczyłam się już dawno na nic nie liczyć, zawsze zakładać z góry, że będzie źle – bo jeśli tak się stanie, to będę na to przygotowana, a jeśli nie – tylko mile mnie zaskoczy. Racjonalny pesymizm. Pesymizm optymistyczny. Teoretycznie. W końcu zawsze może być gorzej – i bezpieczniej być na to przygotowanym. Tłumaczę sobie zawzięcie. Lecz tamten głos we mnie krzyczy coraz głośniej. Rozrywa mnie na części, toczy się we mnie jakaś porąbana quasi-psychomachia, Potrzeba Spokoju uparcie próbuje uciszyć mityczne Pragnienie Chaosu, które sieje zamęt. Walka trwa w mojej głowie, a ja mogę się jej tylko biernie przyglądać, jakby z boku, z oddali, zza szyby. Jakby to nie mnie dotyczyło. Ciągle boję się zaryzykować, ale moja filozofia sypie się, z dnia na dzień - i nie sposób już dłużej temu zaprzeczać, udając, że tak jest dobrze. Bo nie jest. Coś rozpaczliwie woła o zmiany, o bezwolne poddanie się biegowi wydarzeń, jakikolwiek by nie był, bez tego wiecznego deliberowania i roztrząsania. Coś we mnie wrze, każe odrzucić samokontrolę i żyć tak po prostu, żyć chwilą, nie zastanawiając się, co będzie dalej i czy to jest właściwa droga. Odżywa jakaś od dawna tłumiona potrzeba zaskoczenia, niespodzianki, zdania się na los. Chciałabym, by coś mnie wreszcie potężnie oszołomiło, zatrzęsło moim światem tak jakoś pozytywnie, tak żebym w końcu mogła przestać się bać. Marzenia, wiem, wiem.

Bo tak naprawdę, kiedy mówię, że czegoś nie chcę, często właśnie chcę. Uparcie powtarzam, że jest dobrze, że tak jest lepiej, ale w rzeczywistości chyba jednak chciałabym, żeby ktoś mną mocno potrzasnął; potrzebuję silnego kopniaka, jakiegoś wstrząsu. Od dawna odsuwam się od ludzi, od osób, które może mogłyby być przyjaciółmi (przecież nie mając przyjaciół, nie narażam się na to, że się na nich zawiodę… zaraz, tak to sobie wyjaśniałam?), ale tak naprawdę chcę, żeby byli, tylko nie umiem tego głośno powiedzieć. Sama sobie poradzę – bzdura, bzdura, wieczne okłamywanie samej siebie. Najprawdziwsza nieprawda. Truizm, banalny slogan, zwyczajna fikcja. Przecież to wiesz. Uciekam od związków, wszystkie niszczę albo nie pozwalam rozwinąć się czemuś, co kiedyś mogłoby znaczyć coś więcej (bo przecież za każdym razem jest tak samo, rzeczywistość nie dorównuje temu, jak mogłoby być – prawda?) i sama siebie oszukuję, że tak jest lepiej. Ale nie jest. Na pewno nie jest dobrze.

Tyle różnych rzeczy chciałam zrobić i nie pozwoliłam sobie nawet spróbować, zobaczyć, czy byłoby warto - bo strach przed rezygnacją, przed niepowodzeniem był zawsze silniejszy. Bo może się nie uda, bo nie będzie tak, jak chciałam, bo oczekiwania się nigdy nie spełniają. Zawsze znalazło się jakieś „bo coś tam”. Ktoś - kiedyś dla mnie ważny - stwierdził, że moimi myślami kieruje strach, a on jest zazwyczaj złym doradcą. Popatrz na to tak, że on jest dla Ciebie jakby usprawiedliwieniem – powiedział. – Myślisz sobie, że fajnie by było podskoczyć, ale: jak nie podskoczę, to się nic nie stanie. I jak przychodzi do podskoku, to nie podskakujesz i mówisz nic się nie stało".

 

I ja to wszystko doskonale wiem. I w zupełności się z tym zgadzam.

 

 

 

 

Ale wciąż boję się skoczyć.

 

 

sobota, 25 lipca 2009

 

Dzisiaj, przechadzając się w okolicach ulicy Piotrkowskiej, można było zaobserwować widok dość niezwykły i - w pewnym sensie - cofnąć się na chwilę w przeszłość. Najpierw z oddali dobiegły mnie specyficzne okrzyki i coraz głośniejszy szczęk mieczy i zbroi. Zaraz potem z tłumu niepoinformowanych gapiów oraz mnóstwa ludzi z aparatami i kamerami wyłonili się najprawdziwsi rycerze. Piotrkowską przemaszerowały dumnie przeróżne oddziały - od legionistów rzymskich, przez wczesnośredniowiecznych wojaków, do rycerzy późnego średniowiecza. Interesująca parada szczegółowo zrekonstruowanych strojów, broni i dodatków - nic, tylko robić zdjęcia i podziwiać.

Fot. własne

(Fot. własne)

Wszystko po to, by łodzian zachęcić do przybycia na III Łódzką Wioskę Historyczną. Do niedzieli w Arturówku można bowiem załapać się na pokazy walk i liczne turnieje (łucznictwo, szermierka, rzuty włócznią itp.), nauczyć się m. in. bić monety, przymierzyć dawne stroje, pojeździć konno oraz uczestniczyć w wielu przeróżnych warsztatach (garncarstwo, ceramika, jubilerstwo, kowalstwo) – każdy powinien zatem znaleźć coś odpowiedniego dla siebie.

 

Nie wiem jak Was, ale mnie zdecydowanie zachęciło. :)

 

 

22:17, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (13) »
wtorek, 21 lipca 2009

 

Nie śnij się. Nie śnij.
Robisz mi nieporządek w chaosie.
(M. Świetlicki, Wszystko cieknie)

 

Niekończący się spazm duszy. Każda komórka ciała krzyczy o wolność. Nie mam już siły, wyprana emocjonalnie dławię się powietrzem przepełnionym delirium. Otwieram szeroko okno. Za dużo ciebie w mojej głowie. Trzeba wreszcie obalić niepodzielnego dyktatora umysłu. Trzeba. Zaciągam się futurystyczną rewolucją. Przeprowadzam zamach stanu na siebie. Zabawne. Powiew wyzwolenia muska mi twarz. Tak delikatnie. Choć na chwilę zapomnieć o świecie. Zapomnieć o tobie. Buduję nowe fundamenty. Nietrwałe jak ja? Zobaczymy. Urojony Armagedon wypala wszystko. Byle szybciej. Tak przyjemnie parzy. Roztapiam się w płomieniach. Nicość jedynym wyjściem? Żałosny brak perspektyw. Biała flaga? Klęska czy zwycięstwo – to już przecież tak nieistotne.

Wycinam więc, wydzieram z duszy strzępki nie-siebie, myśli dyktowane obsesją. Wydrapuję tatuaże z serca. Ociekam banałem. Fikcja doskonale lśni, wiesz? Krztuszę się własnym oddechem. Dławię się tobą. Umrzyj wreszcie, proszę. Wdech, wydech. Muszę nauczyć się od nowa kontrolować rzeczywistość. Porzucić obraz własnej niepamięci. Zabawić w pozorny sens szukania nowego celu egzystencji. Dla ciebie miejsca w niej już nie ma. Zrozum to wreszcie. Przecież ty w ogóle nie istniejesz. Panie Ka. Jesteś tylko wyśnioną strukturą, sztucznym bytem w mojej głowie. Stworzyłam cię na podobieństwo boga, stworzyłam z urywków twoich słów. Zdeformowany ideał, klęska wyobraźni. Wymazuję cię z pamięci, ścieram gumką nos, brwi i czoło. Oczy łypią jeszcze ironicznie. Tak trudno, trudno mi. Staram się zapomnieć linię dłoni, zetrzeć krzywiznę kości policzkowych. Nierealne?

Gruntuję się od środka na nowo, zamalowuję pamięć białym pędzlem, grubymi smugami gęstej farby powlekam iluzje. Niech znikną. Wciskam delete. Resetuję się. Usuwam zbędne dane, ten obszerny zbiór nadinterpretacji, pamiętnik fikcji. Mam już dość intelektualnych orgazmów, mentalnego pseudo-spełnienia. Zaklinowałam się w twoich słowach, rozrywam je teraz na strzępy, usiłując się wydostać. Niełatwo podrzeć przecież życie. Uczę się języka, w którym nie ma twoich znaków, słów pozwalających ciebie opisać. Rozrywam alfabet, wydzieram z łańcucha znienawidzoną literę. Wygrawerowała mnie już dawno. Nie chcę dłużej nosić jej piętna, słyszysz? Szukam barw, które namalują mi nowy obraz, obraz bez ciebie. Jesteś tylko nieistniejącą plamą w moim umyśle. Wiem to. Gaszę wizje zatykające moje zmysły, słowa układam do snu, zakorkowuję wspomnienia. Wycinam myśli z pamięci, zamazuję nagłówki, by trudniej było odszukać ich sens. Wykopuję twoje korzenie. Wyplenić to z siebie. Teraz. I na zawsze. Tak, żeby już nie odrosło. Nigdy. Nie mów, że to niemożliwe. Rozpaczliwie chwytam się nadziei. Nie odbieraj mi jej.

Czekam na pustkę, na to znienawidzone nie-czucie. To droga jednokierunkowa. Nie będzie powrotu. Formuję na nowo rzeczywistość, próbuję ulepić się niewiadomo który już raz. Coraz trudniej. To się nigdy nie skończy? Uciekam stąd w nowy bezczas, szukam azylu, który pozwoli odetchnąć. Ja tylko chcę żyć normalnie. Kreślę długopisem nieskończoność na papierze, formułuję nowe definicje siebie. Głęboko przeszywa mnie powietrze. Niekończący się trans nicości. Ekstaza nieistnienia. Zapadam się w sobie. Nie mogę znaleźć wyłącznika. Zasypiam, choć moje oczy nie chcą już spać.

Zabijam cię w sobie. Tak ostatecznie. Wyprawiam pogrzeb. Tęcza lśni na horyzoncie. Słucham jak rośnie trawa. Jak pięknie jest. Jak smutno. Żałoby nie będzie. Muszę odciąć się na zawsze. Potrafię. Może. Nie mów, że wcale tego nie chcę. Nic już nie mów.

 

 

W którymś śnie się utop

tak ostatecznie i nie przyśnij już się.

 

 

czwartek, 16 lipca 2009

 

Od dłuższego czasu zastanawiały mnie powtarzające się dzień w dzień, koło 9. rano, dziwne odgłosy rozlegające się w okolicach Rektoratu. Codziennie słychać tam te same krzyki, wrzaski, śpiewy czy jakkolwiek to nazwać. Okrzyki wojskowe, pieśni marszowe, przyśpiewki kibiców – i choć brzmi to absurdalnie, najbardziej te dźwięki przypominały mi jakiś chórek stadionowych pseudo-kibiców. Przyjmując jednak, że co jak co, ale kibole raczej idą na żywioł i nie ćwiczą co rano chóralnie swoich przyśpiewek i haseł, zastanawiałam się co za cholerstwo w takim razie? Kółko aktorskie? Ćwiczenia emisji głosu? Tak z rana?

I już wiem. Co rano odbywa się tam kurs relaksacyjny dla młodych biznesmenów, którzy muszą wyżyć się przed ciężkim dniem w pracy.

* * *

Pora wreszcie oddać do biblioteki Alef, zbiór opowiadań, od którego zaczęła się moja fascynacja Borgesem. Natknęłam się dobre parę lat temu na Dom Asteriona – i przepadłam bez pamięci. Niestety biblioteka domaga się zwrotu (ile lat można przedłużać jedną książkę? Szkoda, że nie w nieskończoność), więc chyba po prostu muszę ponownie przeszukać księgarnie i antykwariaty, może wreszcie gdzieś się natknę na ów zbiorek. A najlepiej w ogóle na Historie prawdziwe i wymyślone. Bo niektóre książki muszę mieć i już. Nie wystarczy kilkukrotne przeczytanie. Muszę wiedzieć, że w każdej chwili mogę do niej wrócić, musi być na wyciągnięcie ręki, gotowa do ponownego przeczytania. Tak po prostu.

* * *

Zazwyczaj ignoruję wiadomości i zaproszenia od wszelakich natrętów na portalach typu NK, coś mnie ostatnio jednak podkusiło i - kiedy pojawił się komunikat ‘masz nową wiadomośc’ - łaskawie odpisałam na:

- hej co słychac ??

- A dziękuję, wszystko dobrze. Ale my to się chyba nie znamy?

- nom raczej sie nie znamy :) studiujesz w Łodzi ??

- Tak, Sherlocku, ewidentnie w Łodzi. [Informacje o szkołach na profilu chyba ślepy by zauważył?]

- hej nie jestem detektywem tylko żołnierzem nie mam cierpliwości do doszukiwania się informacji na temat ludzi więc może opowiesz mi coś o sobie hmm ?? może co lubisz robic :)

- Co lubię robić? Irytować ludzi. :)

- irytować czyli że co ?? co to ma znaczy ??

Tu już moja cierpliwość się skończyła i wolałam nie odpisywać dalej. Jeszcze pan żołnierz zastrzeliłby mnie z karabinu.

 

Zakładając oczywiście, że strzela lepiej, niż zna podstawowe słownictwo.

* * *

Długi dzień. Cztery godziny u fryzjera i dzwoniący co chwile tele-namawiacze, którzy za wszelką cenę usiłują wcisnąć mi jakąś super-extra-nową ofertę. I jeszcze to ciężkie powietrze. Duszę się. Czekam na wieczór. Może znów burza ukołysze mnie do snu, a szklisty deszcz wyszepcze sennie słowa o nieskończoności nocy.

 

 

Zabierz mnie gdzieś, gdzie zgubi się cień.

 

 

19:47, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (8) »
sobota, 11 lipca 2009

 

Ostatnio wspominałam ten specyficzny rodzaj koszmaru, nie do końca właściwie sennego, z pogranicza jawy i snu; tę mglistą, tkwiącą gdzieś na skraju podświadomości, na krawędzi percepcji, wymykającą się racjonalnym uzasadnieniom wizję, którą odbiera się intuicyjnie i która jest bardziej nieuchwytnym odczuciem niż projekcją obrazów. A co z właściwymi snami? Czy są czymś więcej niż przetwarzaniem i segregowaniem przeżytych wydarzeń, doznanych emocji – wnikać nie zamierzam, bo nic odkrywczego napisać nie sposób, co nie zmienia faktu, że wypada przyjrzeć się im nieco bliżej.

Są sny w ogóle nie zostawiające śladu w świadomości, są też takie, co noc inne, które szybko wylatują mi z pamięci, zamieniając się w mgliste wspomnienie. Jest jednak trzeci rodzaj snu, najbardziej nużący, powtarzający się wielokrotnie, wciąż ten sam lub przebiegający z niewielkimi zmianami. Jego powtarzalność męczy, irytuje, bo zaczynam doszukiwać się jakiegoś sensu, głębszego znaczenia, którego być może w ogóle w nim nie ma. Ale sny powracają, wciąż i wciąż, uporczywie odpychając lekkie, przyjemne marzenia senne i panoszą się po wyobraźni, dyktując niejasne reguły, przedstawiając swój pokrętny, niezrozumiały świat i wymykając się interpretacjom.

Słyszałam o powracających snach o lataniu, o niemożności wydobycia z siebie głosu, każdy ma zresztą pewnie swoją własną senną obsesję. Ja, odkąd pamiętam, śnię sen o zagubionej drodze. Jest dzień. Idę gdzieś, nigdy nie wiedząc właściwie dokąd zmierzam; poruszam się w nieznanych mi z rzeczywistości miejscach, we śnie jednak – zawsze – jest to ta sama okolica, mijam te same domy, drzewa i przystanki autobusowe. Zawsze wsiadam w ten sam autobus, który jedzie – co czuję podświadomie – nie tam, gdzie powinien. Wywozi mnie w miejsca pełne wieżowców i przejść podziemnych, gubię się w ich labiryntach, nie wiem, którędy mam iść. Zawsze we śnie powraca motyw schodów, zawsze wchodzę gdzieś w górę, często są też windy i mosty, ale schody pojawiają się za każdym razem. I w tych ogromnych przestrzeniach jestem sama, nikogo nie spotykam, czasem na początku ktoś mi towarzyszy, by za chwilę i tak zniknąć. W którymś momencie wracam. Dzień się kończy, ale w tym świecie nie ma normalnych zachodów słońca. Tu niebo płonie. Pojawia się niepokój, złowieszcza czerwień paraliżuje, wygląda jakby miała zaraz eksplodować, wypluwając z siebie pokłady gwałtownego ognia. Zaczynam uciekać, choć nikt ani nic mnie nie goni. Dobiegam wreszcie w znane mi miejsca, biegnąc mijam znajome budynki, kioski i samochody, widzę znajome okna. Robi się ciemno, szkarłat powoli wypala się, zostaje tylko bezkresna czerń. Biegnę przez puste osiedle, przedzieram się przez ciemność, by wreszcie ujrzeć kres wędrówki. Znajomy blok, znajoma klatka schodowa. Pojawia się poczucie ulgi, nie trwa ono jednak długo. Z przerażeniem zauważam, że wszystko jest na swoim miejscu (pomijając schody na niektórych piętrach, których po prostu… nie ma), oprócz mojego mieszkania. Błądzę w plątaninie korytarzy, wbiegając do pustych, obcych mieszkań. Mojego nigdy nie mogę odnaleźć.

Raz, kilka lat temu, udało mi się je odszukać. Sen zniknął. Lubiłam go interpretować, patetycznie nieco, jako wyraz zagubienia w życiu, zagubienia siebie. Znalezienie właściwych drzwi miało symbolizować odnalezienie harmonii w sobie. Czy inne bzdury. Ważne było, że sen zniknął. Oczywiście, nie na długo, bo ostatnio gnębi mnie od nowa. Te same puste przestrzenie, to samo płonące niebo i ten sam strach. Odpowiednich drzwi naturalnie brak.

 

A Wy? Macie lub mieliście jakieś obsesyjnie powracające sny?

 

 

11:57, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 06 lipca 2009

 

Przychodzi jak zmrok. Cicho, ukradkiem, znienacka. Osacza z wolna, otula czarną płachtą, stopniowo sącząc truciznę do krwi, by nagle zaatakować z ogromną siłą, dotkliwie, perfidnie, z nutką perwersyjnego szyderstwa. Nie sposób obronić się przed jego ciosami, nie sposób od niego uciec, wyrwać się z tych bezkresnych objęć. Rani głęboko, na wskroś, totalnie pochłaniając moje ja, pożerając mnie kawałek po kawałku, rozrywając resztki, rozrzucając potłuczone odłamki. Zabija bez końca, powoli, sadystycznie, zabija dla samego aktu cierpienia. Zostawia pustą skorupę, psyche rozbite na miniaturowe fragmenty, których nie da się już ułożyć od nowa bez skazy, bez widocznego śladu jego obecności. W tle świadomości rozbrzmiewa tylko jego bezduszny, zimny śmiech.

I odchodzi. Po to, by kiedyś znów wrócić. Zawsze wraca. Bezustannie trwa obok niczym cień, towarzysząc mi dzień i noc. Nieustająco czai się o krok za plecami, o długość dłoni, o mrugnięcie powieki, o wyszeptane słowo; tak blisko, że jego lodowaty oddech muska moją szyję. Niezniszczalne fatum, moje przekleństwo, moje przeznaczenie. Wierny towarzysz, który nigdy nie pozwoli mi odejść.

 

 

 

Zły sen, koszmar w mojej głowie.

 

 

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.