Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
środa, 30 czerwca 2010

 

Life will pound away

where the light don't shine

its just a broken heart son

this pain will pass away

(Puscifer, Momma sed)

 

Opustoszałe, przepalone żarem ulice dyszą głucho pod stopami. Japonki chyba do końca będą ciąć moją skórę. Leniwe popołudnie, czas zaspał i zagubił się między wskazówkami zepsutego zegara. W przestrzeni brakuje powietrza.

Jem maliny, lepki sok powoli spływa po palcach. K. smaruje nas olejkiem. Szkoda, że wyjeżdża. Wyjedzie jedna z niewielu osób, którym jeszcze potrafię ufać. Szkoda. Ciężkie słońce wypala ze mnie wszystko. Nie chcę mi się nawet rozmawiać. Czarny kot z białą skarpetką, zawsze pełen życia, teraz wczołguje się ospale w cień pod leżakiem. Podstarzały sąsiad podgląda nas zza płotu spod półprzymkniętych powiek. Nawet komary snują się ociężale, niemrawo obsiadając porzeczkę. Nad głową przepastna błękitna otchłań. Jak to wszystko w ogóle mnie nie interesuje. Oczy robią się ciężkie. Wszechogarniająca cisza otumania. Przymykam powieki.

 

- O czym myślisz?

- O tym, że kiedyś, kiedy cię kochałam, chciałam zacałować każdy milimetr twojego ciała. Chciałam żywić się twoim oddechem. Chciałam codziennie umierać w twoich ramionach. Chciałam żyć wiecznie w twoich oczach, dłoniach i pamięci. Chciałam być kroplą potu spływającą po twoim obojczyku. Zabłąkaną rzęsą. Pieprzykiem na karku. Każdym twoim przebudzeniem.

- A teraz?

- Teraz nie pamiętam już nawet jak smakują twoje usta.

 

Otwórz oczy. To tylko sen. Tak jak tamto wszystko, co było. To wszystko to był tylko okrutny, słodko-perfidny, niekończący się sen, prawda? To był tylko sen. Niech przyjdzie burza i przełamie ten duszny koszmar. Niech z chłodem przyniesie oddech, niech przyniesie zmiany. Chcę obudzić się na nowo. Chcę obudzić się naprawdę.

 

change is come

life will have its way

change is come

keep your dignity

take the high road

take it like a man

 

wtorek, 22 czerwca 2010


Moje (nie)zdecydowanie mnie poraża. Nigdy nie wiem, czego chcę. Nie wiem, po co żyję, nie wiem, jaki mam cel w życiu, nie wiem co chcę robić za pięć lat. Nie wiem, co czuję i czy kogoś lubię, czy tak naprawdę wcale nie. Nie jestem zdolna do podejmowania decyzji. Zawsze pytam: a jak ty wolisz? Nie dlatego, że obchodzi mnie jakiś "ty". Pytam, bo nie wiem czego ja chcę. Czas to zmienić.
Bo nie umiem nawet zdecydować się jakie chcę zdjęcia. Byłam wczoraj u fotografa po fotografie do dyplomu. Zrobił chyba z osiem. Pokazuje mi je potem i pyta, z których robić odbitki. Oglądam trzy razy. I nie mogę się zdecydować. Nieważne, że wszystkie wyglądają prawie tak samo. Ja nie wiem.
Może trzecie? Albo nie, piąte.
Czyli piąte, tak?
Drugie jednak.
I tak w kółko. Jedyne czego byłam pewna, to to, że chcę kolorowe. Ostatnio miałam zawsze czarno-białe, więc mówię, że na pewno kolorowe. Dumna z siebie, że raz bez wahania podjęłam jakąś „decyzję”.
Przychodzę dzisiaj. Pan uśmiecha się na wejściu i wita mnie słowami: Pani była taka niezdecydowana, więc na wszelki wypadek zrobiłem też czarno-białe.
No i szlag. Znowu nie wiem. Kolorowe. Nie, jednak czarno-białe. Kolorowe? Pan się śmieje, on nie doradzi, oba mu się podobają.


W końcu decyduję się na czarno-białe. Kolorowe dostaję gratis.

16:00, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (39) »
środa, 09 czerwca 2010

 

Wrócił Diabeł. Siedzi obrażony pod oknem z tą swoją zacięto-ironiczną miną i nic nie mówi. Ale wrócił, zawsze przecież wraca. Brakowało mi go. Jesteśmy sobie potrzebni, on mnie, żebym mogła dalej żyć, ja jemu, żeby mógł w ogóle istnieć. Próbowałam przywołać go w ostatnich miesiącach – ale bezskutecznie. Przychodzi tylko wtedy, kiedy chce. I jest zaborczy. Lubi niepodzielność. Jeśli ma władać moimi myślami, to tylko on, nie chce się z nikim dzielić. Teraz może uśmiechać się triumfująco, w końcu tak jak ostrzegał, dupek zszedł z piedestału i okazał się dupkiem w całej swej dupkowatości. Czego Diabeł oczywiście nie omieszka mi przypomnieć przy każdej okazji. „A nie mówiłem” krzyczy całym sobą. Czasami mam ochotę rzucić w niego wazonem. Rzuciłabym. Gdyby nie był niematerialną projekcją, bytem prosto z mojej głowy.
Nie, nie zwariowałam. Albo może zwariowałam już dawno temu. Nie wymyśliłam go, to nie tak. Sam przyszedł w któryś deszczowy dzień dzieciństwa, tak wiele lat temu, że już nie pamiętam dokładnie naszego pierwszego spotkania. Wiem, że przyszedł wtedy, gdy pojawił się strach. Kiedy zaczęłam bać się ciemności. Nie tej pełnej niepokojących kształtów czających się za zasłonką i nadającej grozy znajomym konturom mebli. Ta nie była straszna. Diabeł przyszedł, kiedy zaczęłam bać się ciemności w sobie. On pokazał, jak ją oswoić, jak żyć z lękiem, jak skryć go głęboko i zapomnieć. Uspokajał szeptem w głowie. Animus (tak, to ten sam, ale nie lubi tej nazwy, że niby gatunkowa i zabija jego indywidualność. Czy coś tam. Mnie się podobała, ale niech już mu będzie) jest ze mną odkąd pamiętam. Choć zmieniał się wiele razy, zmieniał wraz ze mną, każdego dnia. Miał wiele imion i każde było prawdziwe. Od kilku lat używa jednego, ale nie pozwolił go nikomu zdradzić. Każe tytułować się Diabłem. Że niby od nazwiska. Albo że tak go nazwali, kiedy dręczył kota, który wcale nie był kotem (Diabeł przecież lubi koty, jak prycha oburzony), tylko łasicą. Ostatnio chichocze demonicznie (w jego mniemaniu demonicznie, oczywiście) i dumnie twierdzi, że jest Prawdziwym Władcą Ciemności. Ale nie wierzcie mu.


Często gada głupoty.

środa, 02 czerwca 2010

 

Came in from a rainy thursday on the avenue
thought I heard you talking softly
I turned on the lights, the TV and the radio
but still I can't escape the ghost of you

What is happening to me crazy some would say
Where is the life that I recognize, gone away

(Red, Ordinary world)

Ostatnie spotkanie. Wiele sobie po nim – choć nie powinnam – obiecywałam. Nie wiem w sumie na co liczyłam - na wyjaśnienia? przeprosiny? odpowiedzi? Chyba po prostu na prawdę. Ten jeden, jedyny, ostatni raz – na prawdę.
Rzeczywistość jak zawsze pozbawia mnie złudzeń, szybko, bezdusznie. On rozparty nonszalancko na ławce kopie butem mały kamyk i wydycha mi dym prosto w twarz. Obojętnie mówi to, co oni zawsze przecież mówią: ale ja nie wiem czego ty ode mnie właściwie oczekujesz. Co ja mam ci powiedzieć? Tak wyszło, tak bywa. Nie rozumiem o co ci chodzi.
Ja już też nie rozumiem nic. Słowa uciekają. Nie jestem w stanie wypowiedzieć nic z tego, co tak skrupulatnie sobie obmyśliłam. Wewnątrz mnie krzyczy tyle słów, ale nie mogę ich wymówić. Nie potrafię. Niebo jest takie szare.
Wracam do domu okrężną drogą. Dobrze, że pada, łzy mieszają się z deszczem. Tylko drzewa cichymi świadkami, będą miały o czym milczeć przez wieki. Wiatr niesie z oddali przeciągły gwizd pociągu. I drugi. Wszystko wraca, wszystko sobie przypominam, migawki filmu przewijają sie błyskawicznie, choć mam wrażenie, że trwa to całą wieczność. A potem cisza. Tak. W pociągu wszystko się zaczęło, pociągiem wszystko się skończyło. Uśmiecham się smutno. To dobre zakończenie.

And I won't cry for yesterday
there's an ordinary world somehow I have to find
And as I try to make my way to the ordinary world
I will learn to survive




A teraz zasłońmy okna, zgaśmy świeczkę jednym oddechem i otulmy się do snu. Zamknijmy tę historię i odłóżmy głęboko na półkę.
I nie wracajmy do niej nigdy więcej.



statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.