Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
niedziela, 28 czerwca 2009

 

Jakiś czas temu na zajęciach pewna pani doktor opowiadała nam, że po doktoracie musiała zrobić sobie roczną przerwę od czytania tych wszystkich mądrych, naukowych i nadętych niekiedy tekstów i jedyne co brała do ręki to niewymagające romansidła - idealnie prosty schemat, naiwna treść i tak infantylne dialogi, że aż śmieszne chwilami. Czyli lektura totalnie odmóżdżająca - a oto de facto chodziło. Ja szczęśliwie chyba przeczytałam jeszcze zbyt mało artykułów naukowych i takich dramatycznych przedsięwzięć na razie nie muszę podejmować. Zabrałam się więc ostatnio za czytanie „O bohaterach i grobach” E. Sabato. Gdyby ktoś miał ochotę na coś więcej niż książkę łatwą, lekką i przyjemną a zarazem naprawdę interesującą i wciągającą - to polecam.

Jest to powieść w pewnym sensie eklektyczna - psychologiczna, metafizyczna, filozoficzno-egzystencjalna, inicjacyjna, symboliczna, historyczna, z wątkami autobiograficznymi; słowem - każdy znajdzie w niej coś dla siebie. I tak jak niejednolita jest gatunkowo - również narracja jest urozmaicona, prowadzona z różnych perspektyw, same płaszczyzny narracyjne zaś nachodzą na siebie, przenikając się wzajemnie, tak samo jak czas i miejsce akcji. Zasadniczo jest to opowieść o parze młodych ludzi (Marcinie i Aleksandrze), rozgrywająca się w Buenos Aires w latach 50., o ich destrukcyjnej miłości – ale oczywiście nie to jest w książce najważniejsze. Istotne są pulsujące pod słowami emocje, istotna jest atmosfera, stopniowo budowany nastrój tajemnicy, irracjonalności, osiągający apogeum w trzeciej części powieści – w Raporcie o ślepcach, quasi-reportażu, który stanowi taką swoistą mini-powieść w powieści. Fragment ten pełen jest niepokojących, surrealistycznych fantasmagorii, jest jakby zapisem podświadomości, obrazem świata czy też anty-świata, oglądanego przez pryzmat wizji szaleńca. Relacjonujący paranoik przedstawia tu sugestywne sny, oniryczne wizje działające na wyobraźnię, apokaliptyczne obrazy (Archaiczna kraina drżała wstrząsana uderzeniami piorunów. Wreszcie księżyc rozpadł się na kawałki. Otwarła się ziemia i pogrążyła się w bagnach. Okaleczone istoty biegały pośród ruin, pozbawione oczu głowy błądziły po omacku, jelita splątały się niczym ohydne liany, zdeptane płody poniewierały się w odpadkach. Cały wszechświat runął na nas), a w tych delirycznych koszmarach zgłębia esencję zła. W gruncie rzeczy książka jest właśnie dociekaniem prawdy o człowieku, co jest tu tożsame z badaniem zła – autor bliski bowiem jest chyba teorii, że zło nie istnieje samoistnie, bo nie istnieje niezależnie od człowieka, tkwi raczej od zawsze w nas a nasze życie jest wiecznym polem walki z własnymi demonami, jest drogą do samooczyszczenia lub – do samozagłady. Pesymistyczną wymowę powieści przełamują jednak słowa (może pompatyczne nieco, ale jakże ładne) jednego z bohaterów: Choć rozum udowadnia nam wciąż na nowo, że świat jest zły, to na szczęście w człowieku jest nie sama tylko rozpacz, ale także wiara i nadzieja; nie tylko śmierć, lecz również pragnienie życia, i nie samotność jedynie, ale także chwile wspólnoty i miłości.

Wydaje mi się, że książka naprawdę warta jest przeczytania, polecam ją jeszcze z jednego powodu: to po prostu skarbnica cytatów. Słowa, słowa, słowa. Piękne, kojące, niezwykłe. Zbiór genialnych refleksji o sztuce, przemijaniu, o prawdzie, śmierci, związkach duszy i ciała, o nadziei czy też szczęściu. Na każdej prawie stronie można znaleźć jakąś złotą myśl-perełkę czy trafne podsumowanie. Szczerze polecam. :)



------
A jutro znów praca. Mówiłam, że nie znoszę poniedziałków? Niedziele też mnie zawsze przygnębiają, bo są ich smutną zapowiedzią. Ehh. Zostały mi jeszcze prawie trzy tygodnie praktyk w wydawnictwie. Sama praca jest zupełnie przyjemna (zawsze lubiłam takie dłubanie w tekstach, sprawdzanie, poprawianie; korekta, redakcja itp.), ludzie w sumie są naprawdę sympatyczni, ale i tak czuję się tam jakoś obco, nieswojo, dziwnie. Z drugiej strony - prawie całe życie tak się czuję, więc whatever.


15:50, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (11) »
wtorek, 23 czerwca 2009

 

Szczęście jest wczoraj albo jutro, ale nigdy dzisiaj. Nie może być dzisiaj, ponieważ jest jedynie złudzeniem, a złudzenia wydają się rzeczywiste wyłącznie z oddali.
(G. R. R. Martin)

 

Zawsze chcę więcej i więcej. Always wanting more anything I haven’t got. Liczy się jedynie to, czego nie mam, co sama odrzuciłam, straciłam albo to, czego mieć nie mogę. Na niczym mi nie zależy tak naprawdę, wartość ma tylko to, co jest nieosiągalne. Wiecznie pragnę niemożliwego, sprzeczności, kontrastów, których nie da się pogodzić. Sama nie wiem, nigdy nie wiem, czego istotnie chcę, za każdym razem cel wymyka mi się, rozmywa, rozpada w nicość. To co było kiedyś ważne, traci nagle znaczenie, nie wystarcza już. Tomorrow must be more. I gonię za nową ułudą, za kolejnym złudzeniem szczęścia, licząc, że wreszcie będzie ono absolutne, że zaspokoi ten wewnętrzny głód, głód nieokreślonego, niesprecyzowanego pragnienia, które dusi i którego pozbyć się nie sposób. Nie da się od niego uciec, gonię więc sama swój cień, gonię widmo szczęścia, mentalnego spełnienia, które przecież nie istnieje, bo istnieć nie może, ponieważ byłoby paradoksalnym zaprzeczeniem samego siebie.

 

drink more dreams more bed more drugs

more lust more lies more head more love

more fear more fun more pain more flesh

more stars more smiles more fame more sex

 

Jak ćma bezustannie dążę do światła, chociaż ono spala mnie i zabija. Kocham, jeśli to uczucie mnie przytłacza, jeśli boli. Unieszczęśliwiam sama siebie i nie potrafię tego zmienić, jakbym podświadomie dążyła we wszystkim do jakiejś swoistej katastrofy, która jest nieunikniona i przed którą nie ma ucieczki. But however hard I want, I know deep inside I'll never really get more hope or any more time. I to uczucie jest silniejsze ode mnie - to co siedzi w środku, w podświadomości i dyktuje mi, co mam robić, wytycza niezrozumiałe ścieżki, którymi muszę podążać, chociaż całe najeżone są kolcami i kamieniami i ranią, zawsze jednakowo ranią. Ale idę tą drogą, idę, chociaż wiem, że będzie tak samo. Zawsze tak przecież jest. Nic się nie zmienia i nie zmieni. Same ślepe zaułki i kolejne ścieżki, labirynty bez końca, meandry szaleństwa, w których gubię się codziennie od nowa.

 

I want the sky to fall in

I want lightning and thunder

I want blood instead of rain

I want the world to make me wonder

I want to walk on water

take a trip to the moon

 

Ot, taka moja mała, prywatna klątwa i przekleństwo doprowadzające do obłędu. Nie potrafię wyzwolić się spod jej władzy. Nawet kiedy jest dobrze, kiedy wydaje mi się, że jest dobrze, wiem, że to wróci. Wróci i rozkaże biec za nową iluzją, za następną fikcją, bez szans na spełnienie. I tak całe życie, cały czas, bez nadziei, bez wiary, że ten głos nagle ucichnie, zniknie, odejdzie, uwolni mnie i zostawi w spokoju, wolną i szczęśliwą. Bo zawsze będzie istniało przecież jakieś „więcej”.

 

 

Give me all this and give me it soon.

 

 

czwartek, 18 czerwca 2009

 

I szczęśliwie już po sesji. :) Praktyki co prawda jeszcze zostały i makieta książki, ale przynajmniej egzaminy już za mną. Swoją drogą, dawno nic mnie tak nie wymęczyło jak ten nieszczęsny romantyzm. Może wreszcie się nauczę, że warto by lektury czytać nieco wcześniej, bo nagle na dwa dni przed egzaminem okazuje się, że z kilku powieści poetyckich i poematów robi się kilkadziesiąt; i że wcale takie krótkie to one nie są. I nie ma wyjścia, o trzeciej w nocy, na parę godzin przed egzaminem, czytam sobie Powieści nieboszczyka Pantofla o fascynującym Frenofagiuszu wyżerającym mózgi:

— Potężny Frenofagiusz — rzekł Marszałek — karmi się ludzkimi rozumami.
— Tam do licha, mój dobrodzieju! — podchwyciłem mimowolnie. — Wszak ci twój pan często zapewne bywa głodny!
— A to dlaczego? — spytał mocno zdziwiony Marszałek.
— Dlatego — odpowiedziałem — że w naszych czasach ta potrawa bardzo droga, bo rzadko ją można znaleźć nienafaszerowaną. Teraz zdrowego cielęcego rozumu trudno dostać, a tu potężny Frenofagiusz polubił takie łakocie!

I śnią mi się teraz po nocach Frenofagiusze, Frenolesty, Skierki, Masynissy i inne demoniczne pacholęcia, dokładne daty urodzin Kornela Ujejskiego, Mochnackiego i reszty (bo to przecież takie ważne…), cytaty ze wszystkich dzieł poetów ważnych i mniej ważnych oraz koszmarne-i-nie-do-zapamiętania nazwy utworów Słowackiego. Zamiast, jak normalny człowiek, zatytułować wiersz Pasterka bądź też Do Pasterki – to nie, wieszcz musi zagmatwać i nic krótszego niż Do pastereczki siedzącej na Druidów kamieniach w Pornic nad oceanem nie wchodzi w grę.

I jak tu nie lubić tych wszystkich romantycznych drani? ;)

 

Sam egzamin zaś nadzwyczaj przyjemny. Uśmiech na twarz obowiązkowo i nawijam farmazony - byle z pasją. Nieco ciężko może mówić o ludowych wątkach końca romantyzmu, jakby to była najważniejsza i najciekawsza rzecz pod słońcem – ale warto, bo taki entuzjazm szczęśliwie przekłada się na ocenę w indeksie. ;) Słowem, jedna Wielka Improwizacja jakiej i Konrad-Gustaw by się chyba nie powstydził. ;)

 

 

19:33, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 czerwca 2009

 

Bieganie w deszczu

rozchlapywanie kałuż i

te pełne dezaprobaty spojrzenia

ludzi, którzy boją się

rozpuszczenia w kroplach

przezroczystych.

Burza wreszcie

i błyskawice poziome.

Pełnia.

A rozsądku ani połowy.

Coś wisi w powietrzu.

Metaforycznego.

Doszukiwanie się sensu

w niewymiarowych chmurach

w niewypowiedzianych słowach

i na schodach krokach

cichych.

(bo to jak gonić tęczę)

Truskawki.

I kawa ośmio-cukrowa

której nic nie naprawi.

 

Absurdalna rozmowa

‘musi pani odpowiadać’

‘na 4?’

nie, czwórki postawić nie mogę

‘no to trudno, to już niech będzie 3’

‘nie, trójki postawić nie mogę’

(lekka konsternacja)

ale dlaczego?

bo 3+ ładniej wygląda

I ostatecznie 4 bez niczego.

 

Przełożony egzamin na wrzesień.

Pierwszoterminowy.

Jednak niektórzy wykładowcy są ludźmi.

Niektórzy.

zmęczona. zmęczona. zmęczona.

 

czemu pani wstawiła tu myślnik?

żeby zaakcentować myśl?’

(oburzenie przeogromne)

skoro Mistrz nie zaakcentował, to my,

zwykli śmiertelnicy

tym bardziej prawa nie mamy!

Czyli krytyka tekstów.

romantycznych.

 

I karty w dziekanacie, które znikają.

Dzienniczki praktyk, których nie ma

Bo gdzieś się zgubiły. Może się znajdą.

Kiedyś.

Oburzenie fioletowowłosej-pani-z-dziekanatu

Że jej przeszkadzam malować paznokcie.

Ona tak ciężko pracuje.

A w ogóle to ona nic nie wie.

Jak zawsze.

 

Oceny, które miały nie liczyć się

do średniej

liczą się, oczywiście.

i USOS, który odrzuca

choć miejsc wolnych sto.

 

Oszczędność czasu, słów i myśli.

Enigmatycznie tak

Dziś wyjątkowo

Plagiatując nieco styl goopka

tylko głębi brak. :)

 

O! horror! trzeci rym jest na żyrafę!

czyli zwariuję przez tę sesję.

 

 

15:25, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (6) »
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.