Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 29 maja 2010

 

A ty mnie na wyspy szczęśliwe zawieź,
wiatrem łagodnym włosy jak kwiaty rozwiej, zacałuj,
ty mnie ukołysz i uśpij, snem muzykalnym zasyp, otumań,
we śnie na wyspach szczęśliwych nie przebudź ze snu.

(K. I. Gałczyński, Prośba o wyspy szczęśliwe)


W dzieciństwie lubiłam wodzić palcem po mapie, puszczać w ruch globus, patrzeć jak okręca się wokół własnej osi – i zatrzymywać go gwałtownie: tu, tu chcę być. Góry, rzeki, oceany czy państwa nie miały żadnego znaczenia, równie dobrze mógł być to atlas świata, jak i mapa fikcyjnych krain z książki. Chciałam być gdzie indziej, kiedy indziej, po prostu, czując, że gdzieś tam jest moje miejsce, mój dom. Moje ja.
Później przyszła szkoła, atlas stracił swoją magię i powędrował do plecaka, globus schował się do szafki i pokrył kurzem. Tęsknota pozostała. Coraz bardziej dotkliwsza, głodna, woła wciąż, by rzucić to wszystko, uciec, odciąć się od przeszłości, od ludzi i wspomnień – i wyjechać gdzieś daleko. Zacząć od nowa. Zacząć po prostu. Szukać tych swoich wysp szczęśliwych.


Na tym, czy na innym świecie, nieważne. Kiedyś je znajdę.

piątek, 21 maja 2010

 

Te kłamstw oceany, te niedobre przeczucia
Latające dywany, nagłe serc ukłucia
Nie przegonię ręką z czoła czarnej chmury
A o czym szumią drzewa lepiej jest nie wiedzieć.
(Grabaż i Strachy na Lachy)

Tyle słów we mnie jest, których nie ma komu powiedzieć. Tyle nie napisanych wiadomości. Pakiet uśmiechów bez przeznaczenia i milion myśli wysyłanych w kosmos. Po co krzyczeć, i tak nikt nie usłyszy. W nocy burza, otwieram szeroko okno. Zapach powietrza łączy się z różanym olejkiem do ciała, krople deszczu przy akompaniamencie grzmotów dzwonią równomiernie o parapet. Po głowie znów snują się bezsensowne, irracjonalne fantasmagorie. Nie potrzebuję. Dopiero poranek koi bezsenność - pierwsze słońce od dawna. Niech trwa.




piątek, 14 maja 2010

 

Pierwszy znak jakby z wnętrza wydobył się chmur
Bez tchu, bez sił, bez wiary - znak
Jakby ktoś mocno chciał mi przypomnieć
Że jest za kłębem brudnej pary porządek gwiazd

(Coma, Listopad)

We śnie nie pamiętam. We śnie jest jak było. Mam przyjaciół, jego i jest tak… normalnie. Może w alternatywnej rzeczywistości wszystko mogłoby być inaczej. Może byłoby prościej, łatwiej, lepiej. Może tam maj byłby majem. W tej jest tylko listopadowa szarość za oknem i taka sama szarość we mnie.

I jeszcze nie ocalają mnie
nocne płacze i modlitwy i
tyle razy próbowałem szeptów, celebracji, miłosnych zaklęć, kłamstw


W tej jest wcale nie wesołe wesele. Wypisywanie nieszczerych słów o miłości, szczęściu i wieczności na ślubnej kartce. Gorzki grymas ust. Nie ufam już słowom. Bawmy się całą noc. Szelest materiału. Fiolet. Szminka. Czarne kreski na oczach i wysokie szpilki. Muzyka płynąca z głośników. Srebrne bransoletki dźwięczą w jej takt. Lubię kiedy sukienka wiruje wokół mnie. Słowasłowasłowa, głuchy pomruk na granicy świadomości. Butelka wina za butelką. Bawmy się, chyba jest dobrze, chyba, słowa stały się tylko pustym dźwiękiem i nic już nie znaczą. Jak ty pięknie tańczysz mówi ktoś, ktoś się uśmiecha. A ciepło twoich dłoni tylko w mojej głowie. Zatańczymy? Tak jakby jutra miało nie być. Oczywiście, uśmiecham się jak zaprogramowany robot, promiennym uśmiechem nr 5. I jeszcze wina, wznieśmy toast za młodą parę, szczęścia, szczęścia, szczęścia. Zaraz wracam wyszeptane w obcą szyję. O czymś miałam pamiętać, coś było ważne. Dziś już nic nie ma znaczenia. I tylko puste krzesło obok mnie krzyczy wielkimi literami. Odwracam wzrok.

Czuję, że znów będę się bać  
A każdy dzień wymyka się
Druga zero trzy nie ma dokąd iść
Jak mogłeś odejść stąd
w taką nieludzką noc
Moja głowa chce, moja głowa znać
Moja głowa, moja głowa, moja głowa, moja głowa
Jakiś powód


Nie pamiętam, kiedy byłam wcześniej szczęśliwa, wcześniej zanim wsiadłam do tego przeklętego pociągu, zanim wszystko się zaczęło, zanim wszystko się skończyło. Owszem, radosna, zadowolona, uśmiechnięta – ale tak naprawdę szczęśliwa? Wszystkie myśli jak bumerang wracają do niego. Czułam się bezpiecznie, jak w domu. Tylko przy nim. Mogłam być sobą, bez masek, bez gry i pozorów. Lubiłam siebie taką. Wszystko kłamstwo.
Wymazać, zapomnieć, skasować.

Nie pamiętam, jak ja żyłam wcześniej, wcześniej zanim wsiadłam do tego przeklętego pociągu, zanim wszystko się zaczęło, zanim wszystko się skończyło. Przecież jakoś żyłam. Nie było tak źle. Dni mijały takie same, ale jakoś potrafiłam zorganizować sobie czas. A później przyzwyczaiłam się, uzależniłam od codziennych rozmów, spotkań, esmesów budzących mnie w środku nocy lub do oczekiwania na nie. Wszystko kłamstwo.
Wymazać, zapomnieć, skasować.

Na całe szczęście wiem jak rade dać bez wiary
Znalazłem wielu, którzy drogę pokazali
Przez całe życie na najwyższej pędzą fali
Pochmurne niebo im na głowy się nie zwali


Ile razy można powracać do życia? Ile razy można zaczynać od nowa? Ile razy można powtarzać te same, niekończące się błędy? Bo kiedy umierasz w sobie, kiedy serce przestaje bić i rozpada się na milion pozbawionych czucia kawałków, nie dzieje się nic. Zwyczajnie nie dzieje się nic. Dzień rozpięty między tostem na śniadanie i wieczorną herbatą przed snem nie przestanie trwać. Robię pranie, piszę pracę, czytam książki. Czasami się nawet uśmiecham.

Ale kiedyś byłam jakaś. Jaka? Już nie pamiętam.

piątek, 07 maja 2010

 

Wciąż wydaje mi się, że to tylko zły sen. Że to jeden z moich koszmarów. Że zaraz się obudzę. Albo że to tylko jakiś idiotycznie głupi dowcip. Że zaraz usłyszę „haha, dałaś się nabrać”.
Ale nie usłyszę. I nie obudzę się. To nie sen.
Nie pisałam dawno, bo czekałam na lepsze dni. Dość miałam już wątpliwości, czekania, smutków i żalu. Chciałam używać pogodnych słów. Miało być lepiej, przyszedł przecież maj, musiało być lepiej. To było takie oczywiste.
Widocznie jednak reżyser tego chorego przedstawienia widzi mnie tylko w rolach desperackich, z perwersyjną lubością obsadzając w żałosnych tragifarsach. Bo ciężko nawet nazwać to dramatem, nadawałoby się raczej na scenariusz jednego z niedorzecznie głupich, nierealnych odcinków telewizyjnego tasiemca. Tak, już znam tę rolę na pamięć. Całe życie ją gram.

I jak nigdy nikogo nie nienawidziłam, tak teraz nienawidzę. Czy właściwie… brzydzę się tą osobą. Jak można być tak podłym, tak niskim, tak obrzydliwym…? Ludzie mnie wciąż zaskakują. Szkoda, że zawsze na minus.


Gdyby to nie byłoby tak przykre, byłoby po prostu śmieszne. Bo koło się zatoczyło. Wciąż to samo. I nie, nie płaczę. Nie rozpaczam. Jest mi po prostu tak… pusto. Na początku nie mogłam uwierzyć, było zbyt absurdalne, niedorzeczne. Potem przyszła złość, że tak się przyjaciołom nie robi, że tak przecież nie można. A teraz już nic nie czuję, kompletnie nic. Zanikam, zapadam się, nie ma mnie.

I nie wierzę już w nic. Miłość? Przyjaźń? Puste słowa. Nie wierzę już w siebie, w ludzi, w świat. Zbyt wiele ran, o jedną widocznie już za wiele. Zawodzą zawsze ci, na których najbardziej liczę. Ranią ci, na których najbardziej zależy. Boję się cokolwiek czuć, komukolwiek zaufać. Nie widzę już celu, sensu, jakiejkolwiek nadziei. I nie rozumiem.
Kiedyś wierzyłam w ludzi. Już nie wierzę. Wczoraj wydaje się takie dalekie.


Cynicy to zawiedzeni idealiści? Będę zatem dobrym cynikiem.  

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.