Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
niedziela, 24 maja 2009

 

Od dawna miałam zamiar wybrać się do ms2 i poobserwować, jak tam rozwija się projekt ms3 Re:akcja. Pomysł akcji bowiem całkiem ciekawy - na dwa miesiące muzeum zostało praktycznie oddane ludziom. Taka mała zamiana ról - organizatorzy wyszli z założenia, że każdy jest artystą a sztuką może być wszystko, w co włoży się trochę wysiłku, emocji, dobrej zabawy; wszystko co jest niepowtarzalne i wyjątkowe - a zarazem zwyczajne, jak napis na murze czy prosty rysunek. I stworzyli muzeum, w którym zwiedzający przestaje być biernym obserwatorem i sam włącza się w akt tworzenia sztuki.
Brzmiało zachęcająco, więc postanowiłam się przyłączyć. Tylko - jak to ja - zwlekałam do dzisiaj. A dzisiaj ostatni dzień, finisaż. Jak zawsze, wszystko zostawiam na ostatnią chwilę. Ale dobrze, że w ogóle zdążyłam, bo wyszło to wszystko całkiem nieźle. Tylko ściany praktycznie całe zamalowane, udało mi się zamieścić jedynie mały podpis na kolumnie. :)
Kto mógł, a nie był - niech żałuje, przedsięwzięcie naprawdę godne uwagi. :)

 

-----------------


Niektórzy mówią, że nas oko łudzi
I że nic nie ma, tylko się wydaje,
Ale ci właśnie nie mają nadziei.

(Cz. Miłosz, Nadzieja)

(Nie)spodziewane spotkanie z Panem Ka. Spotkanie, które niczego nie zmieniło, oczywiście. Wiedziałam, że tak będzie. Od dawna. Od zawsze. Znałam scenariusz. Dokładnie, krok po kroku. Kadr po kadrze. Ujęcie po ujęciu.
Ale czasem mam takie dziwne poczucie, że tak po prostu musi być i już. I że choć nic nie ulegnie zmianie, i choć nic to nie da - nie mogę przestać próbować, nie mogę odpuścić. Muszę przyjść i bezradnie patrzeć, jak realizuje się ten cholerny scenariusz, kiepski film, w którym przyszło mi grać. Spektakl jednego aktora. Groteskowa tragedia, dziwnie przypominająca farsę. Kiepski melodramat bez happy-endu. Ale nie mogę tego przerwać. Nie mogę pominąć żadnego aktu, żadnej sceny. Jak kukiełka tańczę w takt smutnej melodii. Bo tak miało być. Bo taka jest moja rola. Bo miało nie zdarzyć się nic.

I na nic to, że powtarzam sobie - to już koniec, już dość, wystarczy już, wystarczy. I na nic, że pocieszam sama siebie i tulę swój cień, wmawiając sobie łamiącym się głosem, że potrafię się z tego otrząsnąć, jakoś pozbierać, że jestem w stanie odzyskać swoje życie, swoje myśli, swoje sny; że dam radę żyć na nowo i od nowa; że umiem posklejać się w spójną całość.

Na nic to wszystko, skoro nawet dla mnie brzmi to nieprawdziwie, niedorzecznie, niewiarygodnie. Skoro nawet ja w to nie wierzę.

Nic się nie zmieni. Tak po prostu. Wiem.

 

 

Bo przedstawienie musi trwać.

 

niedziela, 17 maja 2009

 

Hm. Na jutro do napisania tak z 6-8 stron analizy formalnej wiersza, który liczy sobie 10 słów. :) Jak na razie coś marnie mi idzie i stworzyłam zaledwie trzy strony. Tak to jest, kiedy zamiast zająć się tym wcześniej, człowiek poszedł się koncertować. Trochę żałuję, zwłaszcza, że koncertu do udanych zaliczyć raczej nie można. (Gorszej organizacji to ja dawno nie widziałam, główna "atrakcja wieczoru", zespół Akurat, który miał wystąpić na końcu, po różnych supportach, zagrał jako pierwszy przed nieliczną garstką publiczności, która to zresztą głównie składała się z nieco już zataczających się piętnastolatek. Heh.) Żałuję, bo strata pieniędzy i czasu, zamiast tego mogłam iść choćby muzea sobie pozwiedzać. ;)

Przypomniał mi się za to inny koncert tej grupy. Dobre kilka lat temu, w zimę, na Punk Reggae Party chyba. Przy wejściu nagła konsternacja, nerwowe przeszukiwanie kieszeni. I nic. Biletu brak. Musiał zgubić się gdzieś po drodze. Co robić, wszystkie już wyprzedane, wejść nie ma jak. Przygnębiona wracałam ze znajomą na przystanek, ze smutnym zamiarem powrotu do domu. A tam, przy torach - mój bilet radośnie błyszczy się pośród śniegu. Wiatr, śnieg, mnóstwo kręcących się wokół ludzi - a on w tym samym miejscu, gdzie pewnie wypadł mi z kieszeni płaszcza.

Udany to był koncert, udany. :)

 

___
A tu ciekawy list osoby uczącej się języka polskiego. Z podręcznika do nauczania polskiego obcokrajowców co prawda, ale jak najbardziej autentyczny.


Szanowni Pan i Pani!

Moja familia przychodziła z Polski, dlaczego ja mówię po polsku, a ja posiadam duży deficyt. Moje interesy są literatura polska i historia. Ja nadzieję się, żeby mogę studiować po polsku w Krakowie, na waszym fakultecie. Ja byłem już w Polsce na krótki pobyt, mnie sie wszystko bardzo podobał tam, a czas pluskał strasznie szybko.
Ciesze się rozmawiać ze studentami i że będziemy iść do bar mleczny, bo ja bardzo wolę polski posiłek. Powiedziałem dużo do Polaków, potrafię dobrze polski, ale moja kompetencja języka potrzebuje amelioracji, bo chciałbym będę lepszy (...).

Urocze, prawda? Najbardziej urzekło mnie: „a czas pluskał strasznie szybko". :)

 

16:01, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (10) »
piątek, 08 maja 2009

 

Ty-ty prawdziwej nie uronisz łzy.
Ty najwyżej w górę wznosisz brwi.
Nawet kiedy źle ci jest, to nie jest źle.
Bo ty grasz.

(E. Stachura, Życie to nie teatr)


Przeglądam się w lustrach w poszukiwaniu własnej twarzy. Wiecznie, bezustannie szukam. Gubię się w labiryncie nieskończoności odbić, z których żadne nie jest prawdziwe. Nie do końca, nie całkiem, nie tak.

Patrzysz na mnie? Jesteś. Jestem. Powtarzam to jak mantrę, do znudzenia. Żeby wyzbyć się tego odrealnienia, tego poczucia nierzeczywistości. Jestem. Ale kim? Nie wiem. Zgubiłam się gdzieś dawno, zgubiłam w meandrach imaginacji, zgubiłam za maskami, które całe życie wkładam. Boję się, że pod ostatnią nie znajdę już siebie.
Bo jestem jedyna. Jestem każdym. Jestem nikim. Jestem tym, kim chcesz żebym była. Udaję. Tak, to umiem doskonale. Całe życie chowam się za fałszywym wizerunkiem, całe życie gram. Jak kameleon, każdego dnia inna. Pogubiłam się w tym. Jestem sobą i nie-jestem. Rozpadłam się. To już nie rozdwojenie jaźni, to rozszczepienie jej na milion maleńkich kawałków. Nie potrafię ponownie złączyć ich w jedną całość. Jestem mozaiką pozlepianą z niespełnionych marzeń, utkaną z własnych snów. Nie potrafię być. Nie chcę nie-być.
Balansuję na krawędzi fikcji. Uwierzyłam w nią. Bo tak lepiej. Bo tak łatwiej.

 

Ale kiedyś trzeba się obudzić. Kiedyś trzeba, prawda?

 

sobota, 02 maja 2009

 

Może to takie małe spaczenie, ale lubię czytać przedmowy, dedykacje i podziękowania (a nawet stopki redakcyjne!) w książkach, instrukcje obsługi, etykietki na przedmiotach. Zawsze - no może nie zawsze, ale często - oglądam filmy aż do ostatnich napisów końcowych. I mam dziwną słabość do ulotek od leków. Te wszystkie kosmicznie brzmiące nazwy składników oraz objawy, które mogą wystąpić po zażyciu produktu... Aż strach się bać. ;) Wyleguję się właśnie na słońcu, popijam sok pomarańczowy i męczę książkę na zajęcia. Jako że lektura niezbyt pasjonująca, to ochoczo złapałam się za - robiącą mi za zakładkę - ulotkę od leku, który przez czas jakiś muszę brać. No i czytam. Najciekawsze są oczywiście działania niepożądane: „Mogą wystąpić zaburzenia psychiczne - halucynacje, dezorientacja, a u osób starszych stany psychotyczne, paranoidalne i maniakalne(...)". Hyh, to jak zacznę bredzić (bardziej niż zwykle), to wybaczcie, siła wyższa. ;)
O, i to ciekawe jeszcze. „Zgłaszane były przypadki patologicznej skłonności do gier hazardowych."


Zagrałam w totolotka dziś. Liczy się? ;)

16:02, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (7) »
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.