Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
sobota, 25 kwietnia 2009

 

To be, or not to be - pytał dramatycznie Hamlet. My, poloniści, mamy teraz inny dylemat. Czy samogłoska "e" pochodzi z praindoeuropejskiego e krótkiego czy też może z jerów? A może, dla większej dramaturgii, jest ona wynikiem wokalizacji sonantów albo wywodzi się z procesu kontrakcji?

Ach, jakie to pasjonujące. ;] W sam raz do rozważań w sobotni poranek, czyż nie?

 

__
A niebo ma nierealny odcień błękitu dziś. Tak lazurowy, że aż groteskowy nieco. Jakby ktoś malował pastelami i chlapnął za dużo farby. Ładnie nawet.
I jeszcze słońce, dużo słońca. A ja uzależniam się od nicnierobienia. Masa niezałatwionych spraw się pałęta i złowrogo powarkuje, że czas się wreszcie nimi zająć - ale trudno. Co masz zrobić dziś, zrób jutro, tak?

(A najwyżej później będę sobie w brodę pluć, że zostało wszystko na ostatnią chwilę. Jak zawsze. :))

 

13:12, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (7) »
piątek, 17 kwietnia 2009

 

Spochmurniało. Może jakaś burza będzie? Oby, oby. Tęsknię za spacerami w deszczu, za chłodem spływającym po policzkach. Za drganiem ziemi i błyskami rozdzierającymi granatowe niebo. Za melodią kropel uderzających o parapet. Za zapachem powietrza tuż po.

Odświeża. Oczyszcza myśli. Pozwala normalnie oddychać.

 

poniedziałek, 13 kwietnia 2009

 

Lecz biedny jestem: me skarby - w marzeniach;
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie - stąpasz po marzeniach.

(W. B. Yeats)

 

Wciąż i wciąż. Sny pełne Pana Ka. Sny na jawie. Irytujące, męczące, nierealne. Idiotyczne projekcje marzeń. Umykające, nierzeczywiste obrazy, urojenia, niepozwalające trzeźwo myśleć. Nie umiem się ich pozbyć, nie wiem nawet, czy tego chcę? Taki mały psychiczny masochizm. Samoudręczenie, które do niczego nie prowadzi. Nic, tylko wziąć żyletkę niczym emo i się pociachać w jakieś asymetryczne, gustowne wzorki.

Bo oczywiście, jak zawsze, mój (wspaniały, a jak) urok osobisty działa na wszystkich, tylko nie na tę jedną, jedyną osobę. I na co mi ci wszyscy - skoro nie są i nigdy nie będą Panem Ka? Czy też może raczej moim wyobrażeniem o nim, bo wiadomo, że obraz z wyobraźni zazwyczaj drastycznie rozmija się z rzeczywistością. A niech tam, choćby i bardzo sie rozmijał! Oni i tak nawet do tego nie dosięgną. Tacy banalni, zwyczajni, nudni. Idioci, którzy nie wiedzą kim był Borges czy Dostojewski, idioci mówiący dziwnym, prymitywnym językiem, z polskim mającym niewiele wspólnego. Nażelowani frajerzy bez szyi, myślący, że skoro mają super-extra-wypasioną brykę, to już normalnie padaj kobieto na kolana. Albo tacy mili, słodzący niemiłosiernie, wrażliwi i romantyczni, och i ach. (Ja nie mówię, że część z nich to nie są wartościowi ludzie - ale, ale nie dla mnie. Tak po prostu. Nie dla mnie.) Albo znowu jacyś popaprańcy, czy też emocjonalne wraki.
Takich zawsze przyciągam. Ironia losu. Na co mi dłuugie nogi i wielkie, błękitne oczy, skoro Pan Ka i tak na mnie nie patrzy? ;] A jeśli już, to obojętnie. Tak przeraźliwie obojętnie. Heh. Intelekt by się przydał. Zgrabne słowo, ciekawa treść, ubrana w niebanalną formę. Ale mnie otępienie zawsze nachodzi, właśnie wtedy, kiedy jest najmniej pożądane, i wszystkie błyskotliwe, dowcipne myśli (czasem, o dziwo, takie trafiają się i mnie! ;)) uciekają gdzieś daleko. I zostaje tylko pustka w głowie. Nieskończona, pochłaniająca pustka.

Bez sensu to wszystko. Ja wiem, naprawdę wiem. Głupi głupek ze mnie, że tak pleonazmu użyję. Ja to wszystko wiem. Tylko czemu to tak boli?

 

środa, 08 kwietnia 2009


I razem pijemy ten szampan dla mas, i wszystko w nim znajdziesz, smród, siarę i kwas.
(KSU, Jabol punk)


Spotkanie ze starymi znajomymi. Niby jak za dawnych lat, a jednak zupełnie inaczej. Zmieniliśmy się, każdy z osobna i wszyscy razem. Chyba zresztą o to chodzi, żeby iść naprzód - nie można stać w miejscu, bo łatwo wtedy zacząć się cofać.
Ale wspomnienia zachować warto. Więc wspominam. Przyglądam się wszystkim po kolei i uśmiech błąka mi się po twarzy, na wpół ironiczny, na wpół melancholijny. Przypominam sobie czasy gimnazjum, początki liceum. Niby niedawno, a jakby cała wieczność minęła.
Zaczynało się od muzyki, gdzieś na przerwach, w podstawówce, metal słuchany na walkmanach. Kiedy reszta zachwycała się Britney, my próbowaliśmy pogo na korytarzach. Taki podział się zrobił, opozycja oni - my. Może właśnie o to chodziło. Żeby pokazać, że jesteśmy inni, że jesteśmy lepsi. Trochę to pewnie było głupie, dziecinne, naiwne, ale chyba prawdziwe. Odnajdywaliśmy w tym sens. Jak patrzę teraz na piętnastolatki, które nazywają siebie „punkówami", a za „najbardziej punkowy zespół" uznają jakieś tam Good Charlotte, i widzę ich torebki z New Yorkera, na których obok Pacyfki widnieje naszywka anarchii, to żałosne trochę mi się to wydaje. Może się mylę, ale mam wrażenie, że dla nich to zupełnie nic nie znaczy, że to tylko taka chwilowa moda, kaprys. Można i tak. Ale dla nas to było ważne i trochę przykro patrzeć na deptanie ideałów, wartości, które kiedyś znaczyły dla nas wiele.

Chociaż może też na początku to wszystko było trochę na pokaz - a po prostu teraz tego nie umiem ocenić obiektywnie? W sumie wszyscy wskoczyliśmy bezkrytycznie w jeden schemat. Czarne ciuchy, non stop. Glany, kiecki, podkolanówki, koszulki z logami zespołów, paski, ćwieki, mocny makijaż. Gorsety i płaszcze do ziemi niczym z Matrixa. Kostki, „pieszczochy", rzemyki i sznyty na nadgarstkach. Koncerty do rana. Całowanie się po kątach z dziewczynami, ze starszymi facetami, co za różnica, ot tak, dla zabawy. Chłopaki w skórach, z długimi włosami i mgliste spojrzenia dziewczyn, które koniecznie chciały wyglądać na starsze, niż były.

Ponury wzrok, dziki śmiech, taniec na stole, leżenie na podłodze, popalanie, zataczanie się od klubu muzycznego do Biedronki. Tak, taki stały etap przed każdym koncertem. Wino, tanie wino, dużo wina. Komandosy, zielone obowiązkowo. Czasem wino w kartonikach. Metoda na życie i sposób na głód. Na kryzys, na picie, na chaos, na ból. Chlanie w bramach, byle bardziej żulersko, byle bardziej bulwersować, gorszyć tych porządnych, nudnych ludzi, którzy wcale nie są tacy porządni, tylko swoje grzeszki chowają pod płaszczykiem praworządności.

Jedni z nas wybierali dla siebie tylko część, zachowywali umiar. W szkole 5.0, wzorowa córka, idealny syn. A „to" jako nieszkodliwa rozrywka, po godzinach, odskocznia od szarego życia, od rutyny codzienności. Niektórzy sięgali po wszystko. Byle więcej. Byle dłużej. Byle mocniej. Odczuwać intensywnie, aż do bólu. Zaciągać się każdym haustem powietrza, poczuć, że się żyje, mimo uśpionego społeczeństwa, mimo towarzystwa szarych ludzi. Uciec od tego cholernego świata, w którym przyszło żyć, uciec od schematów i bezczynności. Przeszywająca świadomość, że jest się tylko trybikiem w maszynie, pyłem w kosmosie, że nic się nie znaczy, wykrzyczana w pijackim bełkocie. Wytatuowane na brzuchu jednej dziewczyny „żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo". Chaos, tylko chaos. Zniszczyć wszystko, by móc zacząć od nowa. Na zgliszczach wybudować nowy, lepszy świat. Hasła wolności, anarchia wyszywana na plecakach. Utopia? ale piękna utopia.

To była taka forma buntu. Przeciwko światu, przeciwko systemowi, przeciwko kościołowi, ksenofobii, rasizmowi, nietolerancji, hipokryzji. Czasem po prostu bunt dla buntu. Bo skoro świata zmienić nie można, to chociaż nie należy godzić się na taki świat.
Szukaliśmy tożsamości. Ubrania miały być symbolem wyrażania siebie, swojej indywidualności, swojego ja. Dopiero potem dochodziła świadomość, że tak naprawdę to nie jest indywidualne, skoro powtarzalne; świadomość, że uciekając od schematów, sami tworzymy nowe i w nie wpadamy. Uciekając od formy, zawsze buduje się kolejną.

Czy to wszystko było głupie, żałosne, pozbawione sensu? Patrzę na nas teraz. Studenci, większość pracuje, część nawet założyła rodziny. Tacy poważniejsi w sumie ludzie, myślący o tym, żeby jakoś ułożyć sobie życie. A wygląd, zainteresowania? Glany, ale czasem, ciuchy czarne, bo się takie lubi, ale nie zawsze. Ja i moja nieodłączna czarna kredka. I wino, ale może w nieco innych już warunkach. Muzyka została, choć nie zamykamy się na inne. Jesteśmy prawie tacy sami, marzenia, ideały pozostały te same. To nie jest tak, że to wszystko gdzieś zniknęło po drodze, że się tego wyparliśmy. Tylko po prostu w pewnym momencie budzi się wreszcie świadomość, że to wszystko jest jedynie drogą, nie celem, jest etapem, którymś tam z kolei w kształtowaniu swojej osobowości, w szukaniu siebie. Budzi się zrozumienie, że pomysłu na siebie trzeba szukać gdzie indziej. Być innym, iść pod prąd, ale wtedy, kiedy ma to sens, kiedy nie jest tylko pustym gestem. Jeśli bunt rozwija, jest dobry. Chyba warto być sobą, ale nie na przekór wszystkim. Zachować umiar, złoty środek, jak to kiedyś pewien mądry pan powiedział.

 

22:33, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 kwietnia 2009

 

Czytałam ostatnio „Po tamtej stronie" Alfreda Kubina - książkę już nie najnowszą, sprzed wieku dokładnie. Kiedyś natknęłam się na jej recenzje - różne były, jedni się zachwycali, duża natomiast część krytyków pozostała zupełnie obojętna, a nawet niechętna, książka przeszła chyba raczej bez większego echa. Przeczytałam i sama mam mieszane uczucia.
Nastrojem jest to coś pomiędzy dusząco-klaustrofobicznymi klimatami rodem z Kafki czy oniryczno-makabrycznymi wizjami z obrazów Beksińskiego, czyli to, co lubię. Styl autora chwilami pozostawia wiele do życzenia, nie jest to taka wirtuozeria jak chociażby u wspomnianego Kafki, ale wizje, które Kubin przedstawia są sugestywne, plastyczne. Męczą, irytują, ale wciągają. Sama książka jest dosyć dziwna, pesymistyczna, im dalej w głąb, tym mroczniejsza. O samej treści rozwodzić się nie będę, bo nie o treść, a nastrój tu bardziej chodzi. I nastrój jest...
Zdecydowanie ważniejsze są te apokaliptyczne wizje, jakby z koszmaru sennego, niż same wydarzenia, które zresztą są często niejasne i nieukładające się w żaden logiczny ciąg. Książka na pewno jest niezwykła, ale... jakiś niedosyt pozostawia. Podobało mi się, choć czegoś mi zabrakło. Gdyby ktoś miał jednak ochotę na coś niesztampowego, niepokojącego, to polecam. I warto przyjrzeć się też groteskowym, symbolicznym obrazom autora - są takie jak książka, trochę niestaranne, rysowane jakby we śnie, ale przykuwające wzrok, intrygujące.

 

--------

Zmieniając zupełnie klimat:
Dzisiaj pogoda nie tyle wiosenna, co właściwie letnia. :) Przyjemne nicnierobienie, czyli wypad do lasu, sesja w plenerze i obserwowanie wiewiórek (tylko od kiedy wiewiórki ignorują orzechy i nasiona, a zawzięcie zajadają się resztkami keczupu?:)), uśmiech i dużo pozytywnych emocji. Błękitne niebo i refleksy słoneczne we włosach. Banał taki. Ale jakże przyjemny.

 

22:48, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (3) »
środa, 01 kwietnia 2009

 

Doktor Z. opowiadał o swoich praktykach w gimnazjum. Zrobił uczniom dyktando, sprawdza, w pracach nagminnie pojawia się błędny zapis słowa „chuligan".
- Dzieciaki, ale to się przecież pisze przez „ch", a nie samo h...
Patrzą na niego jak na idiotę. W końcu któryś z pogardą w głosie mówi:
- Co pan, oszalał? Jakie „ch", skoro wszędzie na murach jest napisane „hooligans"...


Ha. Z taką logiką nie wygrasz. Dobrze, że raczej nie czeka mnie nauczanie dzieci w szkole, bo takie to teraz bezczelne i pyskate, że strach. :) Ktoś by niewątpliwie mocno ucierpiał: albo oni, albo ja. ;)


---
Tak mi się jakoś zapomniało, że pierwszy kwietnia dziś. Dwa razy dałam sie wkręcić.
Naiwniak ze mnie. ;]

 

---
Zamiast zajęć, łażenie po parku. Słońce, bezsensowne rozmowy, śmiech, miłe towarzystwo. Tego chyba było mi trzeba.

I dodatkowo wyjść z podziwu nie mogę, cała grupa urwała się z zajęć. Niespotykane. :)

 

20:09, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (2) »
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.