Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
czwartek, 31 grudnia 2009

 

Wczoraj
biegnie gdzieś na oślep, przed siebie, sama nie wie gdzie. Byle uciec od myśli, zaszyć się tam gdzie pustka, gdzie nie ma nic i wykrzyczeć cały ból. Biegnie po śniegu, rozwiane włosy ma. I staje tak pośrodku drogi, z nieba sypie się smutek, a ona, ona w niezapiętym czarnym płaszczu, próbuje złapać wirujące płatki w dłoń. Topią się kruche, nietrwałe, zostaje po nich tylko mokry ślad, a może, a może to były łzy, tak, może łzy, nie pamięta już. I śmieje się nagle histerycznie, śmieje się przez łzy. Jest jak ten wulkan, lodowaty, uśpiony długo, kiedy nagle wybucha wypluwając z siebie pokłady jadu, zostawia zniszczenie w sobie, rozpruwając się od środka. I
stoi tam drżąca, uśmiecha się zimno, cynicznie, złośliwie. Ma moją twarz.
Rodzi się w niej coś złego. Tamta znika, a ta jest taka obca. Ona nie chce nią być, nie, nie chce odpłacać bólem za ból, nie chce ranić tak jak ją zraniono. Ale głos syczy jej do ucha, oko za oko, serca za serce, razdwatrzynastępnybędzieszty.

Szept jednak szybko niknie w zamieci białych płatków, brzmi tylko głuche echo ty-ty-ty. Ona już tego nie słyszy, teraz wiatr do niej mówi. Długo, cierpliwie tłumaczy, wyjaśnia, karci i koi. Ona słucha, słucha, i głupio jej, i lepiej jej.


A dziś zamierza się dobrze bawić.
Choć bez niego.


__________________________
I podziękować bym chciała tym wszystkim ludziom, którzy są lub byli, którzy pojawiali się i znikali oraz tym, którzy wciąż trwają – bo to dzięki nim się trzymam. Bo to dzięki nim jestem sobą. Tym wszystkim, z którymi widuję się, którzy rozśmieszają, wspierają, którzy po prostu są. I jemu też, może przede wszystkim, nawet jeśli przyniósł ze sobą ból, to on też jest potrzebny, jest częścią życia i może dzięki niemu jeszcze coś czuję.
I tym tutaj, którzy wytrwale zaglądają, czytają i komentują, mimo moich ostatnio monotematycznych i smętnych wpisów, nieco irytujących niekiedy (mnie samą irytują chwilami:)). I za to też dziękuję, że słowami oddają to, czego ja nie potrafię, że wyrażają mnie i dzięki ich słowom czuję się trochę ‘pełniejsza’, bardziej czuję się sobą – mimo że wypełniają mnie cudze myśli. Ale odnajduję się w nich i dobrze mi w tym świecie zbudowanym ze słów.

Siły nam życzę, Wam i sobie.
Za nowy rok, za nowe początki! :)

poniedziałek, 28 grudnia 2009

 

Przez chwilę po przebudzeniu wydaje mi się, że wszystko jest dobrze, że nic się nie stało i mogę normalnie do ciebie napisać. A potem to wszystko wraca. Obuchem w łeb. Chciałabym cofnąć czas, choć nie wiem, kiedy popełniłam błąd. Przepraszać, choć nie wiem za co. Zasnąć i obudzić się przy twoim boku. Albo nie budzić się wcale.
Fizyczne rozpieprzenie prawie tak dotkliwe jak psychicznie. Gorączka, dreszcze, mdłości. Nie mam siły podnieść się z łóżka, wstać, żyć. Boli, bardzo boli, choć nie wiem gdzie. 

Wiem, że nie przestanie.


niedziela, 27 grudnia 2009

 

I od dzisiaj wynajęty morderca ma pilnować drogi do mojego serca.
(Cool Kids of Death)




Nienawidzę, no w tej chwili po prostu nienawidzę. Jego, bo jest idiotą i to w dodatku bez uczuć i bawi się mną zwyczajnie, a ja nie lubię jak się mną ktoś bawi, o nie. I jego milczenia nienawidzę. Jej nienawidzę, bo mi go przedstawiła i pseudo-przyjaciół, bo i tak ich nigdy nie ma, kiedy są potrzebni i stać ich tylko na pobłażliwe spojrzenia i nadęte daj sobie z nim spokój – jakby to cholera było takie proste i wystarczyło wyciągnąć wtyczkę czy nacisnąć pieprzony guzik. Kumpla, bo wykorzystując moją słabość, chce mnie zaciągnąć do łóżka. I tych wszystkich wyimaginowanych dziewczyn nienawidzę, których pewnie wcale nie ma, ale w mojej wyobraźni są z nim, i to bardzo . A najbardziej siebie nienawidzę. Bo mam, co chciałam. Bo idiotką jestem. Nieuleczalną i z paranoją. Nienawidzę. Nie-na-wi-dzę. Nie-na-wi-dzę.


Wykrzykuję w myślach jadowite słowa, te pełne kolców i drzazg, wykrzykuję wszystko to, czego wiem, że nigdy nie powiem, bo zabraknie mi odwagi, bo zwykłym tchórzem jestem. A mordować cię chcę, zimnym nożem ugodzić prosto w serce, ostatnie długie spojrzenie posłać i scałować krew z twoich warg. Kopać, gryźć i rozdrapać ci skórę chcę. Przypalać słowami chcę, zadawać ból. Chcę, żebyś na zawsze miał po mnie blizny. Chcę, żeby bolało choć w połowie tak, jak mnie boli. Chcę.






_____________
I nawet nie stać mnie dzisiaj na mój codzienny pseudo-poetycki bełkot. Świat nie stanie się piękniejszy dzięki pięknym słowom. To tylko słowa. Nic więcej. A ja jestem już po prostu zmęczona. Bardzo zmęczona.

wtorek, 22 grudnia 2009

 

*

Pytasz wciąż co tam u mnie czy coś
Czy zmieniło się tu, chyba nie
Znowu dziś chciałem odmienić świat
Ale z tego i tak nie wyszło nic



Nie da się zbudować niczego z pustki, nie da się rozpalić uczucia z obojętnych spojrzeń, słoneczne myśli bezlitośnie rozwiewa północny wiatr. Mam tego świadomość, nie patrz na mnie takim wzrokiem. Zrobiło się ostatnio dziwnie cicho, krzyk zamarzł na mrozie a łzy przykrył śnieg. W tle dźwięk dzwoneczków i zapach pierników. Jestem spokojna, tym chłodnym opanowanym spokojem. Kseruję notatki z gramatyki, wykreślam lektury z listy, idę do fryzjera, ubrania układam na półkach, choinkę ubieram w pewność. Uśmiecham się nawet często i mówię, że wszystko jest dobrze i tak, trzymam się. Tylko marzyć lubię jakby mniej, bo tamten w snach ma twoją twarz, a jego dłonie są twoimi dłońmi.


Wszystko drży i przeszkadza mi śmiech
Lepiej odejdź już stąd, zostaw mnie
Nic to nic, przecież wiesz, przejdzie mi
Tylko deszcz zmyje z szyb brudny śnieg



Powolny detoks, odtruwanie, usuwanie toksyn z organizmu w toku. Ciche release me w przerwie na oddech. Niekończące się zwalnianie przed ostatnim zakrętem. Najtrudniej jest uwierzyć, że tak będzie lepiej, że to pomoże. W końcu ty jesteś moją amfetaminą, powolnym umieraniem malowane są dni. Jestem nieprzytomnie uzależniona od uśmiechu skradającego się leniwie przez twoją twarz i nie chcę rankiem oglądać innych ust. Permanentne niespełnienie zaklęte w paradoksach, ćpam słowa za słowami. Schowaj mnie więc do pudełka, przewiąż czerwoną wstążką, otul ostatnim spojrzeniem i wyślij w kosmos. Daleko, daleko stąd, prosto do serca gwiazd. Gdzie nie będzie tak zimno, gdzie powiek usypianie uspokoi mój sen. Gdzie będzie wreszcie świecić słońce.


Tylko pstryk i już nie ma mnie
Czasem bardzo tego chcę
Zostawić wszystkich was
Szukam czegoś przez cały czas
Co zatrzyma mnie


(Myslovitz)


piątek, 18 grudnia 2009

 

Wieczorny powrót przez park przywołuje wspomnienia. Mroźna zima, kiedy to było, śnieg tak samo trzeszczący pod butami, mój czarny płaszcz i samotne rozcieranie zmarzniętych dłoni. Przyćmione światło latarni skąpo rozświetla mrok, wszystko jest takie niewyraźne, przykryte mglistą warstwą chłodu. Wtapiam się w krajobraz, czarna plamka na białej planszy otulonej ciemnym zaciszem drzew, wnikam w tło. Razem z zimnym powietrzem wdycham obrazy nagle powracające z zakamarków wspomnień. Oddalam się myślami, wtapiam w tamte zimowe wieczory. Ta sama ścieżka i on wyłaniający się zza alei drzew, on, chłopak obwiązany absurdalnie czerwonym szalikiem; czerwony wykrzyknik, dysonans na białym tle. I czarno-biały świat niespodziewanie nabiera barw, wraca do życia. Na moment, który niebezpiecznie przybliża się do wieczności i przynosi dziwny spokój. Zawsze o tej samej porze, zawsze trwaj. Nie znikaj nigdy. Mimowolnie wypatruję w oddali tej czerwieni, złakniona ponownego zmartwychwstania. Mijamy się, mijamy we wspomnieniu, na rozstaju dróg, jak wtedy tutaj, jeszcze jedno krótkie spojrzenie, lekki uśmiech, mgnienie sekundy i rozchodzimy się, każde w swoją stronę. Nigdy nie padły żadne słowa, nie znam nawet imienia, ale to niepotrzebne, tak jest właściwie. Są chwile, te prawdziwie magiczne momenty, których nie sposób logicznie wytłumaczyć, to dejavu tkwiące w powietrzu, pradawna więź, niewytłumaczalne emocje; wspominam wspomnienie zdarzenia, które już w chwili trwania wydawało się tylko nierealnym wspomnieniem. Niedorzeczne. Ale czasem coś bez znaczenia, małe nic, znaczy więcej niż tysiące słów. Moc emocji. Odpowiedzi na jeszcze niezadane pytania. Mistyczna harmonia, do której dąży się całe życie. Tajemnica wieczności. Spokój, ukojenie skołatanych zmysłów. Tak, przez ten jeden moment, przez mgnienie oka, przez jedno uderzenie serca, przez drżenie nieskończoności – przez tę chwilę wiedziałam. Potem opuszczamy wzrok, wsuwamy ręce w kieszenie i rozchodzimy się. I wszystko znika. Nieuchwytna nić bezpowrotnie stracona, czerwień blednie i w końcu staje się tylko niewyraźnym, nierzeczywistym wspomnieniem. Czasem kładzie się jeszcze cieniem na pamięci, tak jak dziś. Pewnie kiedyś, po przebudzeniu, kiedy śnieg dawno już stopnieje, i ono w końcu rozpłynie się już zupełnie w świetle dnia, a czerwony szalik stanie się jedynie zapomnianym symbolem. Póki co, ciągle jeszcze pamiętam chłopaka z parku.

Miał zielone oczy.

19:26, kredka_666 , fikcje
Link Komentarze (4) »
czwartek, 10 grudnia 2009

 

Kołyszesz się w hamaku moich rzęs
beztrosko zakładasz nogę na nogę -
nie zauważyłeś, że
zasłaniasz mi życie.


(K. Gucewicz, Tusz do rzęs


Powiedziałam ci kiedyś, że jesteś jak cebula, wielowarstwowy. Że nie da się ciebie jednoznacznie opisać, zdefiniować, zamknąć w ramy i schematy; że za każdym razem natykam się na nową warstwę i tak naprawdę nie wiem, jaki jesteś w rzeczywistości. Kiedy wydaje mi się już, że cię rozgryzłam, że rozwiązałam zagadkę, że zaczynam rozumieć, odkrywam zaraz kolejny pokład, kolejną warstwę. Śmiałeś się wtedy, że nie chcesz być cebulą, pytałeś, czemu nie możesz być tortem, tort przecież też ma warstwy. Ale tort to coś przyjemnego, lekkiego, słodkiego, a cebula nierozerwalnie powiązana jest ze łzami. Kroję cię więc, obdzieram, przedzieram się uparcie przez coraz to nowe warstwy, łzy płyną, ale nie mogę przestać.


Nawet jeśli w środku okażesz się zupełnie zgniły, nawet jeśli otruję się tobą.


niedziela, 06 grudnia 2009

 

Jakim prawem słońce normalnie wzeszło, kiedy mój świat się wczoraj skończył?

tak tak powtórka z rozrywki po dwóch miesiącach. Tak samo zdeptane marzenia, przecież wiedziałam, ale nadzieja to najgorsze co można mieć, tylko nie spodziewałam się, że zaboli aż tak, intensyfikacja bólu zbiła z nóg, wytrąciła z pozorów równowagi. Nigdy nie było aż tak źle, nie myślałam, że może być aż tak źle. A przecież jeśli jest źle, będzie gorzej, zapamiętaj wreszcie. Nawet słowa uciekły, mój jedyny sprzymierzeniec, i nie wiem, nie wiem, co mam napisać. I nie wiem, co mam ze sobą zrobić, żeby zapomnieć, pogodzić się z tym i wrócić do życia. Wyrwałam obcęgami różową tandetę z piersi i wyrzuciłam do kosza, leży tam jeszcze i bije absurdalnie, nie rozumiejąc, że stało się już i pora umierać.

Ja chyba śnię, to najgorszy z koszmarów, jaki mogłam sobie wyśnić. Klątwa powtarzalności tak okrutna, że aż nierealna. Komu, komu zawiniłam, za co ta wieczna kara? Za co? Błagam, niech ktoś znajdzie za mnie słowa, które ukoją, niech ktoś przyniesie lekarstwo na żal, ból i strach.

Zresetuj mi mózg, zresetuj mnie. Niech to się już wreszcie skończy.

sobota, 05 grudnia 2009

 

Żebym wreszcie powiedzieć mógł, co siedzi we mnie.
Wykrzyknąć: ludzie, okłamywałem was
Mówiąc, że tego we mnie nie ma,
Kiedy TO jest tam ciągle, we dnie i w nocy.

(Cz. Miłosz, To)

Mówisz przepraszam, a przecież nie warto, to niepotrzebne, rań mnie, rań, podepcz, złam, zgnieć, jak tylko ty potrafisz, nastał czas na kryzys, czas na ból. A potem przyjdzie słodkie znieczulenie i nie-czucie. Marazm, zobojętnienie, apatia, inny wymiar świadomości i znowu zaśniemy, na długo, długo, tak.


TO jest podobne do myśli bezdomnego, kiedy idzie po mroźnym, obcym mieście.
TO może też być porównane do nieruchomej twarzy kogoś,
kto pojął, że został opuszczony na zawsze.
Albo do słów lekarza o nie dającym się odwrócić wyroku.
Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur,
i zrozumienie, że ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom.



Odstawiłam leki, trzeci dzień i to chyba nie był dobry pomysł; wmawianie sobie, że jestem silna i że nie potrzebuję pomocy, że nikogo ani niczego nie potrzebuję, pozostaje jedynie wmawianiem. Kłamię sobie, kłamię. Nierówne litery na papierze, przyśpieszone tętno, niepokojące kształty za zasłonką dobitnie szepczą jednak, że strachy wróciły. Nie jesteś sama. Nieokreślony absurdalny lęk, nie wiadomo przed czym i to coś tkwiące w mojej głowie; boję się odwrócić, bo jest tuż za mną i ma takie okrutne oczy. To wraca, to jest obok, to jest we mnie i to nie jest twoja wina. To tylko ja. Tototo. Jak tu zimno.


Ale nie gniewasz się? Nie, nie, to tylko drgawki agonalne.
Zaraz zrobi się cicho.

statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.