Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
poniedziałek, 21 lutego 2011

 

Na schodach potykamy się o siebie

Ty w górę, ja w dół

Na schodach potykamy się o siebie

Bo ta zabawa taka jest

(Pustki, Ty w górę, ja w dół)

 

- Cóż tam na tej twojej filologii? – Pan Hrabia uśmiecha się kącikiem ust. „Filologia” w jego wydaniu jest zawsze odpowiednio zaakcentowana, zdeprecjonowana samą intonacją; jak nikt wymawia ją z hektolitrami pobłażania w głosie, jakby była kaprysem małego dziecka, czymś totalnie infantylnym i niepoważnym. W filologii wymykającej się z jego ust pobrzmiewa poczucie wyższości (poczuj się zaszczycona, że rozmawiam z kimś z filologii, przecież to jakiś trzeci świat, drugi sort, zrzut ludzi bez perspektyw i pomysłu na siebie – zdaje się mówić), lekceważenie (tak, dziewczynko, baw się dalej w czytanie wierszyków i stawianie przecinków, to takie potrzebne światu) i kpiny. Tak, Pan Hrabia zdecydowanie bywa irytujący. Drażni mnie. Najbardziej irytujące jest jednak to, że on chyba nie zdaje sobie sprawy z pogardy pobrzmiewającej w jego głosie i byłby szczerze zdziwiony, gdyby go o to posądzić, ale taka już jest hrabiowska natura. I tak go lubię, mimo jego filologii i kpiących spojrzeń. Bo, pomijając denerwujący chwilami styl bycia, Pan Hrabia jest wyjątkowo charyzmatyczną osobą i ma niezwykle urzekającą mimikę. Kiedy uśmiecha się zaraźliwie, wzdycha przewracając oczami i komicznie porusza symetrycznymi łukami brwi, od razu zapominam o irytacji. Kiedy dziesięć lat temu spotkałam go pierwszy raz, był dokładnie taki sam, tylko trochę niższy i bez zarostu. Przyciągający magnetycznym uśmiechem i jednocześnie stawiający mur dystansu nie do przekroczenia. Zawsze intrygowało mnie co jest za tym murem, pod tą wzgardliwą pobłażliwością, pod warstwami ironicznych komentarzy i kpiących spojrzeń, ale lęk przed upadkiem zawsze powstrzymywał mnie przed skakaniem. Dość już stłuczeń i kontuzji.

Nie znam go zbyt dobrze, a nasza znajomość opiera się - i właściwie zawsze opierała – na krótkich wymianach zdań podczas przypadkowych spotkań. I te właśnie przypadkowe spotkania czasem nie dają mi spokoju. Zastanawiam się, czy to moje myśli przywołują jego, czy to on, niczym magnes, przywołuje je do siebie. Zaklinował się gdzieś w mojej podświadomości i sama nie wiem czemu nie mogę go z niej usunąć, nigdy do końca. Nie myślę o nim zbyt często, ale wciąż niezmiennie od tych dziesięciu lat. Powraca falami i znika. Nic mnie nie obchodzi, nie ma żadnego znaczenia przez kilka miesięcy i nagle, niespodziewanie, jakaś myśl wyskakuje znienacka. Co u Hrabiego. I wychodzę z domu albo wracam z zajęć, wsiadam do pierwszego lepszego tramwaju i zaraz słyszę znajomy głos zza pleców:

- I cóż tam na tej twojej filologii?

 

19:23, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (9) »
piątek, 18 lutego 2011

 

W ramach mojego „powrotu do regularnego czytania” postanowiłam uzupełnić wreszcie półki o książki, które od dawna (lub niedawna) planuję przeczytać bądź po prostu (te już kiedyś przeczytane i ulubione) chcę mieć na wyciągnięcie ręki. Najpierw musiałam co prawda kupić dodatkowy regał (bo dwie szafki w pokoju od dawna już stoją wypełnione książkami), więc Ikea się przydała. Rach-ciach i złożony wysoki, czarny regał prezentuje się całkiem elegancko. Półki zapełniają się szybko, dziś wzbogacone o kilka kolejnych pozycji – których zakupienie nie odbyło się co prawda bez drobnych problemów. Otóż, zamówiłam je sobie przez Internet, a żeby zaoszczędzić na kosztach wysyłki, zaznaczyłam odbiór osobisty w księgarni. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że dotarcie na miejsce graniczyło z cudem, ale przynajmniej miałam trochę zabawy i czułam się jak bohaterka Dreamfall czy innej przygodówki. Kierując się za podanym adresem i wskazówkami googlemaps dotarłam w postindustrialne rejony Księżego Młyna, rzędy starych, opuszczonych baraków, zanurzonych w wieczornej mgle, przy świetle przygasających latarni wyglądały dość niepokojąco. A w okolicy żadnego człowieka, aż dreszcze przemknęły po plecach. Błąkając się przez chwilę między niskimi budynkami w końcu znalazłam właściwy adres, tyle że tabliczka wskazywała inną nazwę. Weszłam jednak po schodach na górę i przeszłam pustym korytarzem. Zza uchylonych drzwi wynurzała się smuga światła, zapukałam więc i weszłam do środka, żeby zapytać o drogę. W pokoju nie było nikogo, jedynie komputer pracował cicho a jarzeniówka na suficie mrugała nieregularnie, jakby za chwilę chciała zgasnąć. Poczułam się trochę nieswojo, nierealnie, jakby to był jeden z tych moich dziwnych snów. Zbiegłam na dół. Obchodząc budynek naokoło, od strony podwórza, znalazłam niskie schodki przeciwpożarowe, które zaprowadziły mnie do magazynów. Naciskając klamkę miałam głupie uczucie, że w środku czeka na mnie horda wygłodniałych ghuli, ale jeśli to były ghule, to sprawiały wrażenie całkiem cywilizowanych i najedzonych. Na szczęście. Sprzedały mi książki, wszystko się zgadzało, i wyszłam. Odprowadzało mnie długie spojrzenie kota, stojącego na odrapanym murku.

 

A o to moje łupy wydarte z ghulowych szponów:

 

 

A skoro już się chwalę stosikami, to jeszcze jeden, tych oczekujących na przeczytanie w pierwszej kolejności:

 

19:32, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (5) »
niedziela, 13 lutego 2011

 

Żyję. I wracam, mam nadzieję, że już z regularną częstotliwością. Sesja w tym semestrze była wyjątkowo długa i parszywa, ale wreszcie została zwyciężona i mogę odetchnąć oraz nadrobić wszelkie zaległości, również te zapiskowe. W ogóle, miałam mały kryzys. Nie, nie emocjonalny tym razem (bo ile można? Nawet ja mam swoje granice!), tylko związany ze studiami. To trochę śmieszne, ale uznałam ostatnio, że wybrany kierunek jest pomyłką. Życiową. Głupio tak, na czwartym roku dojść do takiego wniosku, ale cóż. Za późno na zmiany, zresztą po serii piątek w indeksie trochę moja wściekłość (na siebie i idiotyczne przedmioty, i jeszcze bardziej idiotycznych wykładowców) ochłonęła i mruknęła pod nosem, że w sumie nie jest tak źle. I nie ma co żałować, że nie poszłam na medycynę (jak kiedyś, dawno temu, chciałam), bo czasu nie cofnę. Bo dużo trzeba by cofnąć. Właściwie wszystko zależało od mojej decyzji w gimnazjum, od decyzji o wyborze profilu klasy w LO. Jako czternastolatka musiałam decydować o swojej przyszłości, a jako czternastolatka byłam taka sama jak teraz, tylko jeszcze bardziej niezdecydowana (czy to w ogóle możliwe?). No i wybrałam, nie wiem czy źle, tydzień temu bluzgając nad teorią literatury, Bergsonem i fenomenologią myślałam, że tak. Teraz tylko zastanawiam się i gdybam (nigdy nie uwolnię się od co-by-było-gdyby), jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie posłuchała brata (medycyna? E, ty bardziej na jakieś ASP pasujesz), rodziców (jesteś pewna, że poradziłabyś sobie na tych ciężkich i wyczerpujących studiach?) i polonistek, które zawsze zachwycały się moimi wypracowaniami i wysyłały mnie na konkursy czy olimpiady. Jaką byłabym teraz osobą i jakie popełniłabym błędy? Czy byłabym szczęśliwa? A może przeklinałabym swój wybór lub zrezygnowała znacznie wcześniej? Cobybyłogdyby, nieuleczalny wirus.

Z jednym tylko pogodzić się nie mogę. I nie zamierzam, bo na to akurat mam wpływ. Bo wiecie, paradoksalnie, ale studia filologiczne wyssały ze mnie pasję czytania. Kiedyś pochłaniam codziennie książki, sięgałam po nie z autentycznym entuzjazmem, czytałam dla siebie i dla przyjemności. Na studiach przestałam czytać. Oczywiście, niedosłownie, przeczytałam mnóstwo książek na zajęcia i egzaminy, ale bardzo niewiele dla siebie. Czytanie stało się zautomatyzowane, jakieś takie bezduszne i bezrefleksyjne. Uciekła gdzieś radość z lektury, z odkrywania fikcyjnych światów. Zostały tylko metody i szkoły, chwyty literackie i formalne rozwiązania. Kiedy w semestrze masz (obok mnóstwa innych zajęć) trzy epoki literackie i na każdą do przeczytania kilkadziesiąt książek, nie czujesz ich. Czytasz, bo musisz. Nie dlatego, że chcesz. Nie delektujesz się misternymi rozwiązaniami ani zaskakującą treścią, bo nie tego od ciebie wymagają. Nikt nie zapyta cię co czułaś, co ci się podobało, tylko co to znaczy i jak jest wyrażone. Zapyta cię o mnóstwo szczegółów i detali, ale nie o emocje, które lektura wywołała. I w końcu zapominasz o emocjach, jak robot zaprogramowany do szybkiego czytania. Więcej rozumiesz, ale mniej czujesz. Filologia.

A może to po prostu moja wina, może przestawiając się na to inne, „głębsze”, bardziej analityczne czytanie, gdzieś zgubiłam pierwiastek spontaniczności i zwykłego smakowania literatury. Stało się, trudno, ale nie musi tak przecież być dalej. Znowu zaczęłam więcej czytać dla siebie. Czuć książki. Odbierać je emocjonalnie, nie tylko intelektualnie. I wiecie, lepiej mi z tym. Dużo lepiej. To jak powrót do starych przyjaciół, o których na trochę się zapomniało, ale oni nigdy nie zapomnieli o tobie i wszystko można naprawić.

Czytam więc. Jeśli się uda, będę pisać w pewnym książkowym magazynie. I założyłam sobie konto na sympatycznym portalu http://lubimyczytac.pl/, który pozwala utrzymywać porządek w wirtualnej biblioteczce.

I mam jeszcze jeden plan. Noworoczne postanowienie, które zależy tylko ode mnie. I mam nadzieję, że nie zabraknie mi entuzjazmu, energii i dalej będzie mi się chciało chcieć. I że się uda. Co? Jak się uda, na pewno napiszę. Dość cobybyłogdyby. Trzeba działać. Trzymajcie kciuki.

 

19:52, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (10) »
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.