Szukając siebie. Na oślep, po omacku, desperacko.
Kategorie: Wszystkie | fikcje | krzywe lustra | okruchy | zwierciadła
RSS
wtorek, 20 września 2011

 

Ouch I have lost myself again

Lost myself and I am nowhere to be found,

Yeah I think that I might break

I've lost myself again and I feel unsafe

(Sia, Breathe me)

 

Od zawsze to były dwa światy. Ten zewnętrzny i ten drugi, tylko mój. Dwa światy dla mnie, dwa światy we mnie. I oba były prawdziwe. Potrafiłam zachować równowagę między jednym a drugim, mogłam żyć w obu i przełączać je kiedy tylko chciałam. Oba były wspaniałe. W dzień realność, w nocy magia, słońce ze znajomymi i księżyc pełen rozmów z tymi z drugiej strony siebie. Czasem światy nakładały się na siebie, fizycznie byłam w jednym miejscu, a myślami zupełnie gdzie indziej, z kim innym, odległa, nieobecna coraz bardziej i bardziej każdego dnia.

A potem zaczęłam uciekać. Kiedy realność zawiodła, pozostawała fikcja, tak kojąca i delikatna, tak piękna, nieograniczona niczym, kusząca bezpieczeństwem. Pozwalała zapomnieć, leczyła szeptem. I mogłam wrócić, by zacząć od nowa, jak zawsze, jeszcze raz. Później nagle świat się zatrzymał. Coś pękło, a ja zgubiłam drogę. Tak bardzo chciałabym wrócić do realności, ale nie potrafię. Coś blokuje mnie od środka, dusząc powietrzem. Mimo świadomości upływu czasu, kolejnych zmarnowanych dni i chwil, które zaprzepaściłam – nie potrafię się obudzić, oddychać, żyć. Świat pędzi, a ja stoję wciąż w tym samym punkcie co rok temu i nie jestem w stanie zrobić kroku, rozczarowana wszystkim, a najbardziej sobą. Tyle spraw było ważnych, wszystkie zmarnowałam. Tylu było ludzi przy mnie, wszystkich odtrąciłam. Spadanie, powolne spadanie przez dni, które nie ma końca. Skondensowana ja do głosów w głowie, których już nie umiem wyrazić i kilku uczuć, które dawno straciły sens. Błądzę gdzieś we mgle oplatającej ciasno myśli, zaklinowana między dwoma światami, niedostępnymi już teraz. Tak mało we mnie – mnie. Tak cicho. Wokół tylko pusty, nonsensowny strach. A potem długo, długo nic.

 

Be my friend

Hold me, wrap me up

Unfold me

I am small

I'm needy

Warm me up

And breathe me

 

czwartek, 21 lipca 2011

 

Stoję na balkonie i patrzę jak świat się rozpada. Czarne jak w nocy niebo rozdziera błysk za błyskiem, w uszach huk i deszcz na twarzy. A potem spokój, spokój myśli i słów na kilka dni, godzin, choćby minut. Gdybym miała narysować początek, wybrałabym burzę. Od burzy wszystko się zaczyna. Mgła oplatająca ciasno umysł znika i jestem sobą, tą zapomnianą, zagrzebaną gdzieś głęboko i uśpioną w snach, z których nie ma już wyjścia. Tą, która ma marzenia, lubi się śmiać i czuje, po prostu czuje. Potrafi latać i nigdy nie wątpi. 

Stoję na balkonie i zbieram pokruszone pelargonie. Może kiedyś, może znów, cicho szepcze wiatr.

 

...........................................................................................................................

Ponieważ moje nastroje ostatnio (coś długie to "ostatnio") oscylują gdzieś między ogólnym zniechęceniem a przygnębieniem iście nieprzystającym do tej jakże przecież przyjemnej i lekkiej pory roku, trochę odcięłam się od słów. Ile można używać wciąż tych samych, szarych i znużonych, przepełnionych melancholią, od której nie mogę się uwolnić? W pewnym momencie słowa przestają pomagać, a wręcz przeciwnie, potęgują smutek i wciągają w siebie, głębiej i głębiej, tak że nie rozróżniam już co było autentycznym odczuciem, a co balastem nieudolnie użytych fraz. Trochę się pokłóciliśmy, słowa i ja.

Ale one są cierpliwe. Czekają. Ja też poczekam, szukając nowych, szukając swoich, szukając tych właściwych - a póki co, sięgnę po te cudze. Nie umiem długo się gniewać na słowa. 

 

19:01, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (7) »
środa, 27 kwietnia 2011

 

'Cause baby, you're a firework,

Come on show them what you're worth

Come on let your colors burst

(Katy Perry, Firework)

 

Bieganie jest trochę jak taniec. Pierwsze ruchy niepewne, niewprawne, powolne poszukiwanie rytmu w każdym kroku. Muzyka w słuchawkach dyktuje tempo, góra dół, stopa za stopą, raz dwa, pięty uderzające lekko o podłoże. I już go mam, rytm jest mój. Płynne, zsynchronizowane ruchy, ciało bawi się muzyką, płuca wypełnione powietrzem. Harmonia z samą sobą. Słońce łaskocze łydki, deszcz chłodzi policzki. I biegnę. Nieważne dokąd. Nieważne jak. Po prostu biegnę. Nie czuję bólu. Zmęczenie nie istnieje. Jest tylko bieg. Tylko ja. Nie ma ludzi. Świat znika. Jestem muzyką, własnym rytmem. Krok za krokiem. Nuta za nutą. Byle dalej. Uciec od smutku. Uciec od myśli. Zostawić w tyle wątpliwości. Biec szybko, aż do utraty tchu. Szybciej. Z całych sił. Gonić słońce, zanurzyć w wolności, schwytać radość. Nigdy nie przestawać. Krok za krokiem. Nuta za nutą.

Lubię biegać.

 

piątek, 18 marca 2011

 

I don’t lose, i don’t win

I don’t do well alone

Take my heart and break it

Take me out

I don’t want to stay here

i don’t wanna live half my life

and disappear

(Atomic Tom, Take me out)

 

Zbyt często mam wrażenie, że to nie mój czas. Nie moja rzeczywistość. Że zabłądziłam gdzieś tam po drodze i pomyliłam ścieżki. Wątpliwości powracają jak pijacka czkawka nad ranem i nie dają spać, otępiając umysł. Zgubiłam coś bardzo ważnego i nawet nie wiem, co to było i czemu tak mi tego brak. Nie umiem wrócić do samej siebie. Powtarzam się. Stoję w miejscu. Boję się, coraz bardziej się boję. Swoich myśli i snów. Braku wiary i zaufania, emocjonalnego wyjałowienia. Nie czuję nic. Zaprzeczam sobie, oplatając się iluzjami i okłamuję ludzi. Głównie siebie. Nie jest źle ani nie jest dobrze, jest całkiem nijako. Bez dramatów i euforii. Bez endorfin we krwi i ukradkowych łez. Może to dobrze, a może nie. Alkohol, znajomi czy praca to tylko półśrodki, złudzenia w kolorowych opakowaniach, na chwilę odwracające uwagę. Tak naprawdę nie zmieniają nic. Pewnych ran pewnie nie można zaleczyć, o pewnych rzeczach nie można zapomnieć. Nie dziś, jutro pewnie też nie. Kiedyś brzmi wyjątkowo cynicznie.

Stoję na skrzyżowaniu i jak sparaliżowana nie mogę się ruszyć, idiotyczne wrażenie, że wszystko porusza się w przyśpieszonym tempie, a ja zapauzowana czekam bez możliwości drgnięcia i mijam się z życiem. Jestem jakby poza ciałem, coraz bardziej obca samej sobie. Zgubiłam spontaniczność, jak robot wykonujący zapisane na dysku czynności, porzucona na scenie marionetka. Chwile kontaktu z rzeczywistością stają się coraz krótsze i uciekam myślami w jedyny bezpieczny świat, który znam, choć nawet resztki marzeń są wyblakłe i starte. Iluzję przykrywam iluzją i chowam się za kolejnym złudzeniem, a w rzeczywistości chyba już nie umiem ufać. Nie umiem wierzyć. I na nic już nie czekam.

Nie odbieram tak długo, że w końcu przestajesz dzwonić. Odpowiadam z takim przekonaniem, że nie jestem smutna, że uwierzysz bez problemu. I sama nie wiem czemu. Czemu nie potrafię na nowo wskoczyć w bieg życia, zostawiając strach za sobą. Zdezorientowana potrzebuję kogoś, kto by przyszedł i po prostu mną potrząsnął. Choć i tak pewnie nie otworzę mu drzwi. Czasem mam irracjonalną ochotę schować się do szafy albo pod łóżko, jak przerażone dziecko. Tyle że przed samą sobą się nie schowam, bojąc się przed strachem nie ucieknę. Śmieszy mnie moja żałosna bezradność i rutyna lęków, powracających jak zaprogramowane i na stałe wpisane w mój genom.

Czuję się jak pozbawiona uczuć kukiełka, to co było mną roztrzaskało się, rozpadło, zniknęło, zostało tylko marne echo, drżące rezonansem pustych ścian. Jestem jak Blaszany Drwal, który kiedyś był człowiekiem i pragnie znów czuć, jestem jak wilk stepowy z ranną łapą, który wpadł w sidła własnej samotności i jak pustelnik ukradkiem tęskniący za światem. Jestem, ale jakby nie do końca. Jestem, ale nigdy nie w pełni. Jestem, ale jakby mnie nie było. Potrzebuję światła. Idei. Emocji. Potrzebuję siebie z powrotem. Chcę być, chcę być naprawdę.

 

poniedziałek, 21 lutego 2011

 

Na schodach potykamy się o siebie

Ty w górę, ja w dół

Na schodach potykamy się o siebie

Bo ta zabawa taka jest

(Pustki, Ty w górę, ja w dół)

 

- Cóż tam na tej twojej filologii? – Pan Hrabia uśmiecha się kącikiem ust. „Filologia” w jego wydaniu jest zawsze odpowiednio zaakcentowana, zdeprecjonowana samą intonacją; jak nikt wymawia ją z hektolitrami pobłażania w głosie, jakby była kaprysem małego dziecka, czymś totalnie infantylnym i niepoważnym. W filologii wymykającej się z jego ust pobrzmiewa poczucie wyższości (poczuj się zaszczycona, że rozmawiam z kimś z filologii, przecież to jakiś trzeci świat, drugi sort, zrzut ludzi bez perspektyw i pomysłu na siebie – zdaje się mówić), lekceważenie (tak, dziewczynko, baw się dalej w czytanie wierszyków i stawianie przecinków, to takie potrzebne światu) i kpiny. Tak, Pan Hrabia zdecydowanie bywa irytujący. Drażni mnie. Najbardziej irytujące jest jednak to, że on chyba nie zdaje sobie sprawy z pogardy pobrzmiewającej w jego głosie i byłby szczerze zdziwiony, gdyby go o to posądzić, ale taka już jest hrabiowska natura. I tak go lubię, mimo jego filologii i kpiących spojrzeń. Bo, pomijając denerwujący chwilami styl bycia, Pan Hrabia jest wyjątkowo charyzmatyczną osobą i ma niezwykle urzekającą mimikę. Kiedy uśmiecha się zaraźliwie, wzdycha przewracając oczami i komicznie porusza symetrycznymi łukami brwi, od razu zapominam o irytacji. Kiedy dziesięć lat temu spotkałam go pierwszy raz, był dokładnie taki sam, tylko trochę niższy i bez zarostu. Przyciągający magnetycznym uśmiechem i jednocześnie stawiający mur dystansu nie do przekroczenia. Zawsze intrygowało mnie co jest za tym murem, pod tą wzgardliwą pobłażliwością, pod warstwami ironicznych komentarzy i kpiących spojrzeń, ale lęk przed upadkiem zawsze powstrzymywał mnie przed skakaniem. Dość już stłuczeń i kontuzji.

Nie znam go zbyt dobrze, a nasza znajomość opiera się - i właściwie zawsze opierała – na krótkich wymianach zdań podczas przypadkowych spotkań. I te właśnie przypadkowe spotkania czasem nie dają mi spokoju. Zastanawiam się, czy to moje myśli przywołują jego, czy to on, niczym magnes, przywołuje je do siebie. Zaklinował się gdzieś w mojej podświadomości i sama nie wiem czemu nie mogę go z niej usunąć, nigdy do końca. Nie myślę o nim zbyt często, ale wciąż niezmiennie od tych dziesięciu lat. Powraca falami i znika. Nic mnie nie obchodzi, nie ma żadnego znaczenia przez kilka miesięcy i nagle, niespodziewanie, jakaś myśl wyskakuje znienacka. Co u Hrabiego. I wychodzę z domu albo wracam z zajęć, wsiadam do pierwszego lepszego tramwaju i zaraz słyszę znajomy głos zza pleców:

- I cóż tam na tej twojej filologii?

 

19:23, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (9) »
piątek, 18 lutego 2011

 

W ramach mojego „powrotu do regularnego czytania” postanowiłam uzupełnić wreszcie półki o książki, które od dawna (lub niedawna) planuję przeczytać bądź po prostu (te już kiedyś przeczytane i ulubione) chcę mieć na wyciągnięcie ręki. Najpierw musiałam co prawda kupić dodatkowy regał (bo dwie szafki w pokoju od dawna już stoją wypełnione książkami), więc Ikea się przydała. Rach-ciach i złożony wysoki, czarny regał prezentuje się całkiem elegancko. Półki zapełniają się szybko, dziś wzbogacone o kilka kolejnych pozycji – których zakupienie nie odbyło się co prawda bez drobnych problemów. Otóż, zamówiłam je sobie przez Internet, a żeby zaoszczędzić na kosztach wysyłki, zaznaczyłam odbiór osobisty w księgarni. Wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że dotarcie na miejsce graniczyło z cudem, ale przynajmniej miałam trochę zabawy i czułam się jak bohaterka Dreamfall czy innej przygodówki. Kierując się za podanym adresem i wskazówkami googlemaps dotarłam w postindustrialne rejony Księżego Młyna, rzędy starych, opuszczonych baraków, zanurzonych w wieczornej mgle, przy świetle przygasających latarni wyglądały dość niepokojąco. A w okolicy żadnego człowieka, aż dreszcze przemknęły po plecach. Błąkając się przez chwilę między niskimi budynkami w końcu znalazłam właściwy adres, tyle że tabliczka wskazywała inną nazwę. Weszłam jednak po schodach na górę i przeszłam pustym korytarzem. Zza uchylonych drzwi wynurzała się smuga światła, zapukałam więc i weszłam do środka, żeby zapytać o drogę. W pokoju nie było nikogo, jedynie komputer pracował cicho a jarzeniówka na suficie mrugała nieregularnie, jakby za chwilę chciała zgasnąć. Poczułam się trochę nieswojo, nierealnie, jakby to był jeden z tych moich dziwnych snów. Zbiegłam na dół. Obchodząc budynek naokoło, od strony podwórza, znalazłam niskie schodki przeciwpożarowe, które zaprowadziły mnie do magazynów. Naciskając klamkę miałam głupie uczucie, że w środku czeka na mnie horda wygłodniałych ghuli, ale jeśli to były ghule, to sprawiały wrażenie całkiem cywilizowanych i najedzonych. Na szczęście. Sprzedały mi książki, wszystko się zgadzało, i wyszłam. Odprowadzało mnie długie spojrzenie kota, stojącego na odrapanym murku.

 

A o to moje łupy wydarte z ghulowych szponów:

 

 

A skoro już się chwalę stosikami, to jeszcze jeden, tych oczekujących na przeczytanie w pierwszej kolejności:

 

19:32, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (5) »
niedziela, 13 lutego 2011

 

Żyję. I wracam, mam nadzieję, że już z regularną częstotliwością. Sesja w tym semestrze była wyjątkowo długa i parszywa, ale wreszcie została zwyciężona i mogę odetchnąć oraz nadrobić wszelkie zaległości, również te zapiskowe. W ogóle, miałam mały kryzys. Nie, nie emocjonalny tym razem (bo ile można? Nawet ja mam swoje granice!), tylko związany ze studiami. To trochę śmieszne, ale uznałam ostatnio, że wybrany kierunek jest pomyłką. Życiową. Głupio tak, na czwartym roku dojść do takiego wniosku, ale cóż. Za późno na zmiany, zresztą po serii piątek w indeksie trochę moja wściekłość (na siebie i idiotyczne przedmioty, i jeszcze bardziej idiotycznych wykładowców) ochłonęła i mruknęła pod nosem, że w sumie nie jest tak źle. I nie ma co żałować, że nie poszłam na medycynę (jak kiedyś, dawno temu, chciałam), bo czasu nie cofnę. Bo dużo trzeba by cofnąć. Właściwie wszystko zależało od mojej decyzji w gimnazjum, od decyzji o wyborze profilu klasy w LO. Jako czternastolatka musiałam decydować o swojej przyszłości, a jako czternastolatka byłam taka sama jak teraz, tylko jeszcze bardziej niezdecydowana (czy to w ogóle możliwe?). No i wybrałam, nie wiem czy źle, tydzień temu bluzgając nad teorią literatury, Bergsonem i fenomenologią myślałam, że tak. Teraz tylko zastanawiam się i gdybam (nigdy nie uwolnię się od co-by-było-gdyby), jak wyglądałoby moje życie, gdybym nie posłuchała brata (medycyna? E, ty bardziej na jakieś ASP pasujesz), rodziców (jesteś pewna, że poradziłabyś sobie na tych ciężkich i wyczerpujących studiach?) i polonistek, które zawsze zachwycały się moimi wypracowaniami i wysyłały mnie na konkursy czy olimpiady. Jaką byłabym teraz osobą i jakie popełniłabym błędy? Czy byłabym szczęśliwa? A może przeklinałabym swój wybór lub zrezygnowała znacznie wcześniej? Cobybyłogdyby, nieuleczalny wirus.

Z jednym tylko pogodzić się nie mogę. I nie zamierzam, bo na to akurat mam wpływ. Bo wiecie, paradoksalnie, ale studia filologiczne wyssały ze mnie pasję czytania. Kiedyś pochłaniam codziennie książki, sięgałam po nie z autentycznym entuzjazmem, czytałam dla siebie i dla przyjemności. Na studiach przestałam czytać. Oczywiście, niedosłownie, przeczytałam mnóstwo książek na zajęcia i egzaminy, ale bardzo niewiele dla siebie. Czytanie stało się zautomatyzowane, jakieś takie bezduszne i bezrefleksyjne. Uciekła gdzieś radość z lektury, z odkrywania fikcyjnych światów. Zostały tylko metody i szkoły, chwyty literackie i formalne rozwiązania. Kiedy w semestrze masz (obok mnóstwa innych zajęć) trzy epoki literackie i na każdą do przeczytania kilkadziesiąt książek, nie czujesz ich. Czytasz, bo musisz. Nie dlatego, że chcesz. Nie delektujesz się misternymi rozwiązaniami ani zaskakującą treścią, bo nie tego od ciebie wymagają. Nikt nie zapyta cię co czułaś, co ci się podobało, tylko co to znaczy i jak jest wyrażone. Zapyta cię o mnóstwo szczegółów i detali, ale nie o emocje, które lektura wywołała. I w końcu zapominasz o emocjach, jak robot zaprogramowany do szybkiego czytania. Więcej rozumiesz, ale mniej czujesz. Filologia.

A może to po prostu moja wina, może przestawiając się na to inne, „głębsze”, bardziej analityczne czytanie, gdzieś zgubiłam pierwiastek spontaniczności i zwykłego smakowania literatury. Stało się, trudno, ale nie musi tak przecież być dalej. Znowu zaczęłam więcej czytać dla siebie. Czuć książki. Odbierać je emocjonalnie, nie tylko intelektualnie. I wiecie, lepiej mi z tym. Dużo lepiej. To jak powrót do starych przyjaciół, o których na trochę się zapomniało, ale oni nigdy nie zapomnieli o tobie i wszystko można naprawić.

Czytam więc. Jeśli się uda, będę pisać w pewnym książkowym magazynie. I założyłam sobie konto na sympatycznym portalu http://lubimyczytac.pl/, który pozwala utrzymywać porządek w wirtualnej biblioteczce.

I mam jeszcze jeden plan. Noworoczne postanowienie, które zależy tylko ode mnie. I mam nadzieję, że nie zabraknie mi entuzjazmu, energii i dalej będzie mi się chciało chcieć. I że się uda. Co? Jak się uda, na pewno napiszę. Dość cobybyłogdyby. Trzeba działać. Trzymajcie kciuki.

 

19:52, kredka_666 , okruchy
Link Komentarze (10) »
sobota, 18 grudnia 2010

 

Kiedy zadaję zbyt wiele pytań, Diabeł krzywi się nieznacznie. Słowa niewiele znaczą, on nie lubi słów. Dla niego nie ma wczoraj, nie ma jutro, jest jedynie ciągłe dziś, niekończący się seans teraźniejszości zamknięty w smutnym bezczasie. Jest tylko droga bez końca i początku, bezkresny punkt zawieszony w próżni. Może próbował mi to wytłumaczyć wtedy, gdy szliśmy bez celu po śniegu, przemierzając bezgwiezdną, mroźną noc, a może to była po prostu kolejna jego wędrówka, na którą z sobie tylko znanych przyczyn zabrał i mnie. Może.

Szedł powoli, wydeptując dla mnie ścieżkę, przed oczami migotała mi jego szczupła sylwetka w długim, ciemnym płaszczu. Był i znikał, widoczny na śniegu i wtapiający się w czerń nocy. Wędrowaliśmy tak, może godzinę, a może całą wieczność, bałam się, tak bardzo się bałam, choć jeszcze nie rozumiałam czego właściwie się boję, bałam się i chciałam złapać go za rękę. Zabrakło mi jednak odwagi, wsunęłam więc tylko głębiej zziębnięte dłonie do kieszeni i zagryzłam wargę. Wiatr szeptał coś niezrozumiale, pogłębiając niepokój. Pod skórę wżerał się mróz, sennością oszraniając w żyłach krew.

Minęliśmy szklane jezioro i domy bez okien, opustoszałe miasta i samotne lasy, a później kolejne i kolejne, miałam nieustające mgliste wrażenie, że zataczamy kręgi, że to tylko złudzenie, iluzja, która popęka od minimalnego nawet nacisku, a on okaże się tylko snem, z którego gwałtownie się wybudzę. Kręciło mi się w głowie i wydawało, że tonę, że dławię się sama sobą, przewróciłabym się niechybnie, gdyby Diabeł nie podtrzymał mnie silnym uściskiem. Odurzona bliskością jego ramion, zaskakując sama siebie, drżącym głosem zapytałam idiotycznie: Czy mógłbyś mnie kiedyś pokochać? Zapytałam, a słowa nieznośnie długo dźwięczały w ciszy. Diabeł stał zapatrzony w dal, z tym niepokojącym uśmiechem często wykrzywiającym jego usta, z melancholijno-szyderczym grymasem warg, którego nienawidziłam i który kochałam ponad wszystko. Potem nagle spojrzał na mnie, pierwszy raz tej nocy, i miałam wrażenie, że patrzy na mnie cały świat. Intensywność spojrzenia zaklęta w zielonoszarych tęczówkach, mieniących się metalicznym, zimnym blaskiem przyprawiała o drżenie, drżenie wcale nie przyjemne. W jego oczach było wszystko, może tylko prócz tego, co chciałam tam znaleźć. Absurdalnym byłoby liczyć, że będzie inaczej, ale przecież czym są pragnienia, jeśli nie niekończącym się pasmem absurdu? Stał obok, ale intuicyjnie wiedziałam, zawsze wiedziałam, że nigdy nie będzie prawdziwie mój, że nie może być mój choćby i trochę. To tylko ja należałam do niego, żarliwie, ekstatycznie i wyjątkowo żałośnie.

Odwrócił w końcu wzrok od mojej twarzy i uniósł głowę ku niebu. Spójrz na płatki śniegu, powiedział łagodnie, tak kruche, delikatne i ulotne w swoim niepowtarzalnym pięknie. Widzisz? Pojedynczy płatek opadł powoli na jego rozwartą dłoń, Diabeł przyglądał mu się przez chwilę w zamyśleniu, zadumany, a potem, nagle, szybkim, zdecydowanym ruchem wytarł dłoń o rękaw czarnego płaszcza. Czy można kochać płatek śniegu? - Powiedział jeszcze obdarzając mnie przeciągłym spojrzeniem i ruszył dalej, poszedł, zostawiając ślady na skrzącym śniegu i zostawiając mnie. A ja zrozumiałam, wreszcie pojęłam to, co było we mnie od zawsze, co intuicyjnie przeczuwałam i do czego nie chciałam się przyznać sama przed sobą. Jego wędrówka nigdy nie ma końca, a ja byłam jedynie przypadkową myślą, sugestią, impresją, obrazem, który wymknął mu się spod powieki i zaczął żyć. Byłam zaledwie przecinkiem w jego niekończącej się historii, momentem, który minął zanim właściwie się zaczął. Chciałam biec za nim, ale przecież impresje nie biegają, chciałam krzyczeć, ale przecież przecinki nie krzyczą. Osunęłam się bezsilnie na kolana, śnieg wydawał się niemal ciepły. Uśmiechnęłam się smutno. Zawsze myślałam, że to ja wymyśliłam jego, ale to nieprawda. To on wymyślił mnie.

 

 

Szczupła dłoń w ciemności przewróciła kartkę. Z poprzedniej strony przebijała nieznacznie wilgotna, niewielka plama, marszcząc papier. To tylko płatek śniegu, pomyślał i ruszył w dalszą drogę, nieśpiesznym gestem wsuwając książkę do kieszeni płaszcza. Na niebie nie było gwiazd.

 

 

14:29, kredka_666 , fikcje
Link Komentarze (9) »
piątek, 26 listopada 2010

 

Nie ma już wielkich dramatów. Nie ma nocy przeszywanych bezgłośnym krzykiem ani łez zduszanych poduszką. Nie ma rozpaczliwych słów i nie ma balansowania na krawędzi. Jego w snach też już nie ma. W pamięci powoli zaciera się przysypany śniegiem. Głos spłynął ulicami w dół. Twarz pokrył lód. I spokój. Spokój jest.

Nie ma już we mnie chaosu. Prowizorycznie posklejana lepię sobą dni i nie odwracam się za siebie. O przyszłości wolę nie myśleć. Porządkuję swoją codzienność, układam wspomnienia na półkach i potrafię się z nimi zmierzyć. Potrafię o tym mówić i się z tego śmiać. A kiedy czasem zamykam oczy i to wraca, zapalam po prostu światło. I spokój. Spokój jest.

Bałagan w uczuciach zniknął razem z tym w pokoju. Nieład zastąpiła harmonia i pedantyczność. Książki zniknęły z podłogi, jednolicie poukładane na regałach. Kosmetyki ustawione pod idealnym kątem, ubrania w szafie poskładane równo a długopisy posegregowane wedle kolorów. Nie ma już chaotycznych zapisków na rogach serwetki czy starym bilecie. Każdy dzień zaplanowany, zrobię to, to i jeszcze tamto. Nawet kieszonkowy kalendarz sobie kupiłam. Notatki na zajęcia staranne, tu podkreślone, tam wypunktowane, żadnych obrazków na marginesach, żadnych ukradkowych słów. Ćwiczę. Uczę się hiszpańskiego. Szukam sensownej pracy. Piszę artykuły. Oglądam filmy o buddyzmie i piję zieloną herbatę. Unikam emocji i staram się zbyt wiele nie myśleć w ciszy. Wyrysowałam sobie schemat i ustaliłam sztywne reguły. Nie uciekać od ludzi, ale nie pozwolić im się za bardzo do siebie zbliżyć. Dużo się śmiać, ale nikomu do końca nie ufać. I spokój. Spokój jest.

 

Tylko… tylko że ja tak naprawdę nie chcę tego wszystkiego. Nie chcę spokoju.

Chcę magii.

 

sobota, 30 października 2010

 

Poznałam kogoś ostatnio. Na nowo. Spojrzałam na tę osobę z zupełnie innej perspektywy, sama nie wiem dlaczego i jak to się właściwie stało. Ale się stało. Spotkanie przyniosło ze sobą dziwne uczucie, paradoksalną pewność opartą przecież na samych niewiadomych. Czuliście tak kiedyś, nie znając kogoś prawie w ogóle, ale po prostu wiedząc, wiedząc, że ta chwila zostanie w was na zawsze? Bo otworzyła wam oczy i pokazała, jak mogłoby być? To jedna z tych chwil, kiedy wystarczy wyszeptane słowo, ukradkowe spojrzenie czy hipnotyzujący uśmiech. I świat wywraca się do góry nogami, a wy wirujecie wraz z nim, nie mogąc złapać oddechu. To było tak, jakby ktoś zanurzył mnie gwałtownie w studni, a tam, tam zobaczyłam. Zobaczyłam swoje życie i siebie – siebie szczęśliwszą, beztroską, roześmianą. Ta ona to ja, tam, zaklęta w kręgach na wodzie. Tak blisko, na wyciągnięcie ręki, choć nie mogłam jej dotknąć, by dłonią nie rozmazać konturów, bo rozpłynęłaby się i znikła jak sen. Gdzieś tam jest, w innym życiu, w innym wszechświecie, w innym wymiarze. Gdzieś tam jest, jestem ja, i to ja prawdziwa, a tu, idiotyczne wrażenie, tu została tylko nędzna imitacja, namiastka, nieudany prototyp, błąd w kodzie. Tu jestem tylko plagiatem własnego ja, nieudolną podróbką, zmarnowaną szansą, wątpliwością stwórcy. Tam było inaczej, inaczej dostrzeżone w jego oczach, w oczach poznanych na nowo i rozpoznanych dopiero teraz. Zobaczyłam i po prostu wiedziałam. Zachłysnęłam się chwilą i tysiąc impresji porozbiegało się po mojej głowie w euforycznym tańcu. I wiedziałam. Że mogłabym się w nim zakochać. Że mogłabym mu zaufać. Że mogłabym uwierzyć. Że mogłabym przestać się bać. Po prostu wiedziałam. Szkoda tylko, że ta chwila przyszła nie w porę, jak zwykle w złym momencie, za późno albo zbyt wcześnie, przy akompaniamencie kilku przeciwności losu, losu tasującego karty jak zawsze z cynicznym, nieznającym litości, uśmiechem.

To jedna z tych niedorzecznych historii, których nie rozumiemy, ale które po prostu się dzieją. Trwają moment i zaraz gasną, ale ich echo odbija się przez kolejne dni, znacząc je lekko gorzkim smutkiem i smugą niespełnienia. To jedna z tych historii, która rozkwita feerią barw i którą trzeba zniszczyć od razu, nie pozwolić jej żyć własnym życiem, bo dojrzeje i nie będzie chciała odejść. Powinnam była ją stłumić w zarodku, zadusić od razu, zamknąć drogę myślom przenikającym do krwi. Ale nie mogłam, z jakimś masochistycznym zacięciem próbując wycisnąć z niej tak wiele, jak tylko się dało. Zapatrzyłam się w obraz tak głęboko, jak tylko było to możliwe, z uporem szaleńca, żeby tylko przez jeszcze moment, jeszcze jeden moment, żyć tamtym życiem, przeżyć alternatywną wersję, pójść inną ścieżką i założyć przygotowany dla mnie kostium, który nigdy nie był naprawdę mój. Nie wiem po co, nie wiem czy warto, dla chwili przyjemności, dla chwili rozkoszy wyobraźni, która potem okupiona musi być smutkiem, bo wszystko ma przecież swą cenę. To, co zobaczyłam nigdy się nie ziści. Nie może. Skończy się na kolejnej fikcji w moim umyśle, historii utkanej z kalejdoskopu marzeń, pragnień, myśli i snów. A potem umrze w bólach, umrze powoli i po cichu, i w końcu przyjdzie pogrzebać ją w popiołach na cmentarzysku nieożywionych fabuł, które stopniowo zagęszczają moją krew. Czy warto więc, pytam sama siebie, czy warto dla chwili szczęścia, narażać się na to, co przyjdzie po niej? Pewnie nie, ale to tak, jak z przygryzaniem wargi.

 

Lubię rozgryzać ją do krwi, lubię jak piecze, mimo że wiem, że za chwilę uczucie przestanie być przyjemne, a usta staną się suche, nabrzmiałe i popękane. Będą boleć, a ja posmaruję je miodem, jak zawsze ukoję, zaleczę, powiem, że to już ostatni raz, że teraz będę rozsądna. I zagryzę znów.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11
statystyka Wszystkie teksty zamieszczone na tej stronie są moją własnością i zgodnie z ustawą o ochronie praw autorskich i własności intelektualnej kopiowanie ich bez mojej zgody jest niezgodne z prawem (Dz. U. 94 Nr 24 poz. 83, sprost.: Dz. U. 94 Nr 43 poz. 170) i podlega karze grzywny a także ograniczeniu lub pozbawieniu wolności.